Podróż do źródeł pamięci (dwa fragmenty książki)

Autor: Uri Huppert
 
 
Uri Huppert, Podróż do źródeł pamięci, Biblioteka ?Więzi?, tom 161, Warszawa 2004, s. 124 + reprodukcja fotografii ze zbiorów rodzinnych.
 
Moja matka bohaterką polskiego podziemia
 
Rano wstawałem bardzo wcześnie, by odbyć drogę do szkoły. Byłem zastraszony. Żyłem w ciągłej obawie przed skutkami listu gończego, ale przede wszystkim wyczekiwałem ze strachem reakcji kolegów z klasy, dla których moje wystraszone oczy i nadmierna wrażliwość były tematem zgryźliwych uwag, dowcipów i podejrzeń co do mego semickiego pochodzenia.

Tymczasem matka jakoś zaaklimatyzowała się w swojej pracy na zaporze. Dzięki pełnionej funkcji wiedziała, gdzie niemiecki magazynier wiesza klucz od pomieszczenia, gdzie były przechowywane koce wojskowe i mundury organizacji Todt.

W nieznanych mi okolicznościach do mojej matki zgłosił się przedstawiciel miejscowej jednostki AK, prosząc ją o współpracę. Chodziło o umożliwienie podziemiu wtargnięcia do magazynów. Matka stanęła przed niemal nierozwiązalnym dylematem. Odrzucenie propozycji współpracy z partyzantką oznaczałoby kolaborację z niemieckim okupantem i wynik takiej decyzji mógłby być dla nas smutny. Zdradzenie z kolei naszego żydowskiego pochodzenia dla wytłumaczenia się z odmowy udzielenia pomocy partyzantom, którym w leśnych ziemiankach, na zimnie i słocie, przydałyby się wełniane koce Wehrmachtu, mogło mieć skutki nie mniej tragiczne. Matka zdecydowała się na współpracę z podziemiem, licząc na cud.

Wkrótce nadszedł decydujący moment. Którejś ciemnej nocy koce zniknęły. Dopiero po kilku tygodniach magazynierzy Todtu odkryli, że magazyn jest pusty. Niemiecka policja kryminalna, jak również gestapo, wszczęły dochodzenie. Ślady jednoznacznie prowadziły do mojej matki, która została w rezultacie aresztowana przez gestapo.

Wypadki potoczyły się jak lawina i wryły głęboko w moją pamięć. Tamtego dnia, kiedy miało nastąpić aresztowanie mojej matki, pomaszerowałem jak zwykle wczesnym rankiem do szkoły w Czchowie. Była chyba godzina dziesiąta rano, gdy nagle poczułem, wiedziony jakby instynktem, że mojej matce zagraża wielkie niebezpieczeństwo. Jakiś głos wewnętrzny, niedający się opanować, sygnalizował mi, że muszę być przy niej, że mam jej bronić.

Pod jakimś błahym pretekstem wyrwałem się ze szkoły, wylatując jak z procy. Szaleńczym biegiem przeleciałem sześciokilometrową trasę dzielącą szkołę od biur zapory rożnowskiej. Zgrzany, spocony, z błędnymi oczami, niemal nieprzytomny ze zmęczenia i napięcia stanąłem w pokoju, gdzie pracowała matka. Przywitała mnie jej biurowa koleżanka. Ciężko dysząc z wyczerpania, wykrztusiłem: ?Gdzie moja matka?? Mój ton musiał wymownie świadczyć o tym, iż wiem, że jej nie ma. ?A skąd ty wiesz?? ? zapytała zdziwiona urzędniczka. ?Wiem? ? wymamrotałem, czując, że nogi uginają się pode mną, że wali się cały świat, a cały nasz wielki wysiłek wkładany w ucieczkę przed śmiercią i w każdą darowaną minutę życia, okazał się oto wysiłkiem daremnym. Czułem się tak, jakbym się znalazł u kresu życia, podobnie jak musi się czuć obłożnie chory starzec, wiedzący od dawna, że jego dni są policzone, który nagle uświadamia sobie, że oto nadszedł dzień sądu ostatecznego.

Nagle ocknąłem się. Chęć życia i instynktowna potrzeba walki o życie matki przeważyły szalę. Przed wejściem do biura stał wojskowy mercedes. Gestapowiec, prawdopodobnie jeden z oficerów wysłanych w celu prowadzenia śledztwa, otwierał właśnie drzwiczki wozu, by za chwilę ruszyć z miejsca. W odruchu szaleńca zwróciłem się do niego moją łamaną bielską niemczyzną, by mnie zabrał ze sobą do Nowego Sącza. Zapytał, czego takie małe dziecko szuka w dużym mieście. Odpowiedziałem, że to właśnie moja matka została tutaj aresztowana i chcę się dowiedzieć, gdzie ona się teraz znajduje. Niemiec śpieszył się najwyraźniej i gestem ręki zgodził się, bym mu towarzyszył, byle mu tylko nie zawracać głowy. W ten sposób dojechałem prosto pod siedzibę gestapo w Nowym Sączu. Gestapowiec wysadził mnie z auta koło budki wartownika.

Ogarnięty rozpaczą, sam w obcym mieście, u schyłku dnia, rozpocząłem wędrówkę po sztabach przeróżnych jednostek hitlerowskich. W wartowni sztabu gestapo nikt mi oczywiście nie udzielił żadnej informacji. Poleciałem do kripo, a nawet do żandarmerii Wehrmachtu, gdzie dwóch żołnierzy odpowiedziało mi bardzo grzecznie łamaną polszczyzną. Byli to Ślązacy, którzy nawet tłumaczyli się przede mną, dlaczego są w wojsku niemieckim. Śladów matki nigdzie jednak nie odkryłem.

Zapadał już zmrok, gdy nagle ujrzałem napis: RGO ? Rada Główna Opiekuńcza. Wszedłem na klatkę schodową. Na półpiętrze, po lewej stronie od głównego wejścia znajdowało się biuro. Za stołem siedziała kobieta w wieku mojej matki. Była to, jak się później okazało, Jadwiga Wolska ? Jaga. Opowiedziałem jej historię aresztowania mojej mamy i fakt zamordowania mego ojca w więzieniu Montelupich w Krakowie. Zataiłem jedynie fakt naszego żydowskiego pochodzenia. Pani Wolska ulokowała mnie natychmiast w miejscowym sierocińcu i przyrzekła zbadać, gdzie znajduje się mama i co było przyczyną jej aresztowania.

Następnego dnia od samego rana warowałem już u drzwi biura Jagi. Czuwałem tam również przez następne dni, od świtu do nocy, w oczekiwaniu na jakąś wiadomość. Któregoś dnia pani Wolska obwieściła mi, że matka została aresztowana przez gestapo za współpracę z podziemiem i znajduje się w miejscowym więzieniu.

Minęły trzy kolejne tygodnie napięcia i niepewności, Wreszcie pewnego dnia pani Jaga powitała mnie uśmiechem. ?Jurek ? powiedziała do mnie ? istnieje bardzo poważna szansa, że twoja matka zostanie zwolniona. Jutro będzie decydujący dzień. Przyjdź do mojego biura umyty i uczesany. Stanie przed nami ważne zadanie?. Następnego ranka stawiłem się punktualnie, wypucowany i przejęty. Zauważyłem, że pani Wolska również jest w wyjątkowym nastroju. Oznajmiła mi, że jesteśmy oboje zaproszeni na audiencję do głównego szefa gestapo w Nowym Sączu, hauptsturmführera Rauschwitza. Moim zadaniem będzie w pewnym momencie, na jej znak, wyrazić mu uprzejme podziękowanie. Należy się spodziewać, że w wyniku tego wyjątkowego spotkania Rauschwitz podpisze rozkaz wypuszczenia mojej matki na wolność.

Ruszyliśmy w drogę. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że zostaliśmy zaproszeni do tego samego sztabu hitlerowskiego, przed którym trzy tygodnie wcześniej wysiadłem z gestapowskiego mercedesa... Tym razem wartownik nas przepuścił i podniósł się szlaban. Żołnierz w mundurze SS przyłączył się do nas, by nam wskazać drogę. Weszliśmy przez bramę do dużego budynku. Otworzyły się po chwili drzwi po naszej prawej stronie i nagle znaleźliśmy się w imponującej, długiej sali. Na ścianie wisiał ogromny, portret führera, w rogu zwisał sztandar hitlerowski. Za biurkiem siedział gestapowiec. Był to sam hauptsturmführer Wilhelm Rauschwitz.

To on stał na czele słynnej komendy ponoszącej odpowiedzialność za akcję ?Reinhardt?, której uwieńczeniem było w sierpniu 1942 roku wywiezienie dziesiątków tysięcy Żydów z powiatów Nowy Sącz i Limanowa do obozu zagłady w Bełżcu.

Z chwilą gdy drzwi sali otworzyły się przed nami, szef gestapo wyszedł zza biurka. Nonszalancko podał rękę Wolskiej. Ona przedstawiła mnie krótko: ?To syn tej kobiety?. I w tym momencie dała mi znak, dyskretnie ściskając za ramię. Przyszła moja kolej. Miałem wyrazić w paru grzecznych słowach moje podziękowanie za uwolnienie matki, ale coś mnie zahamowało. Jakiś chochlik kazał mi milczeć i nie wypowiedzieć przygotowanych zawczasu słów podziękowania dla gestapowca. Nie widziałem twarzy Jagi. Nie ulega wątpliwości, że skamieniała ze zgrozy. Ocknęła się jednak i powiedziała spokojnie po niemiecku: ?To dziecko ułożyło specjalny panegiryk na pana cześć i nauczyło się go na pamięć. Ale tak to bywa, że dziecko z przejęcia zacina się w momencie uroczystości?. Komendant gestapo położył mi łaskawie dłoń na głowie, mówiąc, że rozumie moje napięcie. Alles in Ordnung ? powiedział.

Po kilku minutach byliśmy już na zewnątrz. Pani Wolska nie kryła przede mną swego wzburzenia.

Nie pamiętam samego momentu wyjścia matki z więzienia. Trudno mi sobie wytłumaczyć, dlaczego tak decydujące, ważne wydarzenie, które w dużej mierze było rezultatem mojej zawziętej walki o życie mamy, nie utrwaliło się w mojej pamięci. Sądzę, że pani Wolska umyślnie uniemożliwiła mi spotkanie się z mamą bezpośrednio pod bramą więzienia, przewidując zapewne słusznie, że jej wygląd mógłby mnie załamać. Jest to jednak tylko mój domysł.

Matka ze swojej strony nigdy nie wracała do swoich więziennych przeżyć, a ja nie miałem odwagi pytać. Dopiero po 45 latach milczenia matka, już w wieku 86 lat, sporządziła niespodziewanie lakoniczny, skondensowany zapis biograficzny całego okresu okupacji. Znalazł się w nim także krótki opis pobytu w więzieniu nowosądeckim.

?Gestapo oddało mnie w ręce straży więziennej. Kazali mi zdjąć buty i oddać pasek i wepchnęli do latryny, gdzie spędziłam mą pierwszą dobę. Nazajutrz byłam już więźniarką z prawdziwego zdarzenia. Dzieliłam celę więzienną z grupą innych więźniarek: typów spod ciemnej gwiazdy, kryminalistek i prostytutek. Dla tych prymitywnych kobiet byłam kimś obcym i nieznanym, a zatem przedmiotem szyderstw i sadystycznych wybryków. Jednym z ich ulubionych wyczynów było oblewanie mnie wiadrami zimnej wody i lanie wody pod nogi. Drżałam z zimna, myślami będąc nieustannie przy moim małym synku, którego opuściłam. Zdawałam sobie sprawę, że jestem stracona i zapomniana. Po trzech tygodniach, w ciągu których ani razu nie zostałam wezwana na przesłuchanie, nagle zjawił się u żelaznych krat mojej celi Niemiec, którego mundur nie przypominał uniformów straży więziennej. Żołnierz wykrzyknął moje nazwisko, strażnik więzienny otworzył żelazne drzwi celi. Byłam wolna... Przy bramie więzienia stała kobieta, której nie znałam. Była to Jadwiga Wolska...?

Matka dodaje: ?Mój syn nie wyswobodził się z traumatycznych przeżyć. Nieustannie się bał?.
 
Więź z przeszłością
 
Kiedy moje wspomnienia ukazały się po raz pierwszy po hebrajsku w Izraelu, wielu ludzi odniosło się do nich sceptycznie. Mówiono: ?Co ty, jako dziecko, mogłeś zapamiętać?

Miałeś wtedy sześć, siedem lat, jakieś bajki nam opowiadasz!? W tym podejściu wyrażał się brak wyobraźni ludzi, którzy nie przeżyli wojny i okupacji, i nie rozumieją, jak głębokie, jak makabryczne mogą być wspomnienia małego dziecka z tamtych lat. Jeśli pamiętam najdrobniejsze szczegóły różnych wydarzeń, to nie dlatego, że byłem jakimś wyjątkowym dzieckiem, lecz dlatego, że te niesamowite przeżycia tak głęboko wryły się w moją pamięć. Człowiek, który ma w miarę normalne życie, nie jest w stanie zrozumieć, że dziecko siedmioletnie może przez całe życie pamiętać ze szczegółami jakiś straszny wypadek.

Moja matka cały czas od przybycia do Izraela powtarzała mi: ?Nie opowiadaj ludziom nic, bo oni nic nie zrozumieją! To jest po prostu rzucanie pereł przed wieprze. W ten sposób tylko obrażasz naszą pamięć?. Aż wreszcie przyszedł krytyczny moment pod koniec jej życia, kiedy uświadomiła sobie, że jej ukochani wnukowie nic nie wiedzą. Wtedy dopiero napisała parę stron, i zwróciła się do mnie z prośbą, abym to przetłumaczył moim synom na hebrajski. I to był zalążek tej książki.

Mój ojciec, tak jak miliony innych ofiar zagłady, nie ma swojego grobu, nie ma kamienia, który by upamiętniał miejsce jego pochówku. Te wspomnienia opublikowane po polsku są dla mnie jakby takim kamieniem.

* * *

Odwiedzając znów po wielu latach Polskę, kraj mego tragicznego i traumatycznego dzieciństwa, przekonałem się z niemałym zdziwieniem, iż nić wiążąca mnie z moją przeszłością, a także z przeszłością mojej rodziny, na ziemi Śląska i w Krakowie, została wprawdzie boleśnie nadszarpnięta, ale jednak się nie zerwała.
 

Res Humana nr 2/2015, s. 24-27