Z rogu obfitości. Po lekturze Rozmowy z Janem Woleńskim
 
Autor: Bohdan Chwedeńczuk
 

Mam przed sobą przedstawiciela popularnego ostatnio gatunku piśmiennictwa, wywiad rzekę: Jan Woleński w rozmowie z Sebastianem T. Kołodziejczykiem, Jackiem Prusakiem i Jolantą Workowską (Copernicus Center Press, Kraków 2014, s. 238). Szczytowym moim zdaniem okazem tego gatunku w Polsce są rozmowy, które ze Stanisławem Lemem przeprowadził Stanisław Bereś, opublikowane pod wymownym tytułem Tako rzecze ... Lem (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, wydanie drugie poprawione i rozszerzone).

Mam przed sobą rozmowy z siedemdziesięciokilkuletnim uczonym, filozofem, historykiem logiki i filozofii, teoretykiem prawa, nauczycielem akademickim, publicystą, ongiś członkiem partii rządzącej PZPR, jej liberalnego skrzydła, dziś wnikliwym obserwatorem życia politycznego i społecznego, jego krytykiem z pozycji legalisty, racjonalisty, demokraty i liberała; rozmowy z człowiekiem dwóch równorzędnych przynależności narodowych, Polakiem i Żydem, a sięgając do poziomu źródłowego ? z człowiekiem o bogatej, różnolitej osobowości, apodyktycznym, a zarazem skłonnym do kompromisu, wyrozumiałym rygorystą, człowiekiem niedogmatycznym, lecz nieustępliwym, gdy przychodzi do pryncypiów.

Biografia Woleńskiego bowiem, jego życie prywatne, o którym niejedno ciekawe pada w Rozmowie, jego prace naukowe i publicystka, jego krąg społeczny ? wszystko jest w funkcji tej osobowości. Woleński agnostyk, ?ale ze wskazaniem ateistycznym? (Rozmowa, s. 145), przyjaźni się ze Stanisławem Obirkiem jeszcze w czasach zakonnych tego ostatniego, przyjaźni się z Michałem Hellerem, z Józefem Życińskim ?byłem bardzo zaprzyjaźniony? (s. 147), a na przeciwległym skrzydle ? przyjaźnił się z Barbarą Stanosz oraz z piszącym te słowa, jak on bezkompromisowymi antyklerykałami, a radykalniejszymi od niego krytykami religii.

Czytelnik może czerpać do woli z tego rogu obfitości, recenzent musi wybrać. Moją uwagę zwracają cztery kwestie filozoficzne ? po pierwsze to, co nazywam kompozycją Woleńskiego, czyli jego agnostycyzm zespolony osobliwie z ateizmem; po wtóre, bulwersujący pogląd, że ?jeżeli ktoś w nic nie wierzy, jest to jakaś patologia mentalna? (tamże, s. 144); po trzecie, niejasne stanowisko w trudnej skądinąd kwestii stosunku nauki do religii, a po ostatnie, doniosła deklaracja etyczna Woleńskiego, że jest sytuacjonistą. W tych kwestiach albo mam inne zdanie, albo wątpliwości co do prawdy lub co do sensu słów Woleńskiego. W dostępnych mi tu gościnnych ramach mogę jednak zająć się tylko ciekawą filozoficznie i ważną światopoglądowo kompozycją Woleńskiego.

Zacznę od tego, co łączy mnie z Woleńskim. Podzielam mianowicie jego antyklerykalizm, a doceniam, że wyraża go dobitnie, bez eufemizmów i zmiękczeń. Woleński wie, co nie uchodzi filozofowi i obywatelowi, i zna swoją wartość. Potrafi powiedzieć, nawiązując do boju, który toczył między innymi na łamach tygodnika ?Polityka?, o dobre imię swojego ucznia Artura Rojszczaka, zabitego przez sąsiada, potrafi w tym kontekście powiedzieć, że ?ze mną jednak redaktor Baczyński musiał się liczyć, a z innymi niekoniecznie? (tamże, s. 206). I potrafi też, rzecz doprawdy rzadko spotykana, realistycznie ocenić swój dorobek filozoficzny: ?nie sądzę, żeby to miało jakieś specjalnie światowe znaczenie? (s. 67).

Kiedy więc słyszę z ust szacownego galicyjskiego profesora (mimo lat świetlnych, żyje i dobrze się miewa galicyjskość!), z ust człowieka w gruncie rzeczy umiarkowanego, kiedy słyszę, że po 1989 roku Kościół ?zaczął być antyspołeczny w wielu kwestiach? (s. 52), ?krzyż jest symbolem przewagi politycznej podszytej religią? (s. 197), a ?Polska jako państwo wyznaniowe jest pewnym stanem faktycznym, potwierdzanym nie tyle prawem, ile praktyką jego stosowania? (s. 198), słyszę moje gorzkie myśli wyrażone bez gwałtu na polszczyźnie.

Podzielam też wynik ogólny przeglądu dowodów na istnienie Boga, czyli Woleńskiego krytykę tak zwanej teologii racjonalnej ? że mianowicie wszystkie te dowody są niekonkluzywne. Trudno skądinąd nie podzielać poglądu, że ?każdy znany ... argument teologii racjonalnej jest logicznie błędny? (s. 149), poglądu przekonującego wielu, odkąd Immanuel Kant ustanowił jego zrąb (przypomnę, pod koniec XVIII stulecia).

Gdy Woleński potępia okrucieństwo wobec zwierząt, gdy oburza go traktowanie zwierząt ?przy masowej produkcji żywności? (s. 211; zob. też s. 212?213), jestem po jego stronie. Na jego miejscu natomiast, z jego wrażliwością na cierpienia zwierząt, skorzystałbym z okazji, skoro rozmowa zeszła na teizm jako doktrynę Kościoła, by wskazać zależność między katolicyzmem a losem zwierząt. Gdybyż wiejscy proboszczowie stosownie napominali z ambon, los wiejskich psów mógłby być lepszy!

Woleński zaś, który odkrył swoje żydostwo i odsłania antysemicki jad w popularnym zwrocie ?przyznał się, że jest Żydem?, ten Woleński budzi moje uznanie i sympatię. Walczy bowiem nie tylko o swoje, walczy o nasze (zob. rozdział ?Ja, Hertrich?, s. 171?193).

Ale potrafi też budzić sprzeciw i niezadowolenie. Woleński: ?Ja jestem agnostykiem, ale ze wskazaniem ateistycznym? (s. 145). Agnostycyzm Woleńskiego nie jest deklaratywny, jest bowiem argumentowany, mianowicie w książce Granice niewiary (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004). Agnostycyzm Woleńskiego, wedle świadectwa Rozmowy natomiast, występuje w pewnej kompozycji ? z ateizmem, nie byle jakim, bo uzyskanym w wyniku wyboru i praktycznym (s. 145).

Poprzestanę na agnostycyzmie, czyli na rdzeniu tej kompozycji. Położenie Woleńskiego rozumiem następująco: mam argumenty, które mnie prowadzą do agnostycyzmu ? a chciałoby się dodać, mógłbym na tym poprzestać ? lecz coś mnie zmusza do wyboru wiary, że Bóg nie istnieje, czyli do wyboru ateizmu. Ateizm pokroju Woleńskiego jest bowiem w tej sytuacji wiarą, skoro argumenty nakazały mu zawiesić sąd, że Bóg istnieje, na równi z sądem, że nie istnieje, czyli przyjąć agnostycyzm i na tym zakończyć czyhanie na Boga. Czytelnikowi muszę zostawić namysł nad interesującymi pytaniami, co właściwie prowadzi Woleńskiego do ateizmu i na czym polega praktyczność tego ateizmu. Zastanawiające jest też, czy w jednej głowie może bez kolizji mieszkać agnostycyzm z poglądem, że ?każda religia jest po prostu mitem? (s. 145).

Rozumowanie, które przywodzi Woleńskiego do agnostycyzmu, widzę następująco: (1) Powstrzymuj się od sądu zawsze wtedy, gdy zdanie oraz jego negacja ? tutaj: ?Bóg istnieje? oraz ?Bóg nie istnieje? ? są równosilne! (2) Przytoczone zdania są równosilne. (Wniosek) Zostań agnostykiem!

Przedyskutujmy to rozumowanie. Dyrektywa (1) jest moim zdaniem bez zarzutu ? zaleca poznawczo bezpieczne postępowanie, bo chroni przed błędem, w sytuacji równosilności zdań. Trzeba jeszcze, by prawdziwe było twierdzenie (2) o równosilności naszych zdań, i dostajemy Wniosek. Tymczasem, da liegt der Hund begraben, w tym szkopuł.

Uprzedzam. Wywód, który przedstawię, wymierzony w twierdzenie (2), nie jest dowodem jego fałszywości. Jest rekonstrukcją utajonych przeświadczeń, których używa agnostyk, by osiągnąć swoje, czyli agnostycyzm. Jeśli rekonstrukcja ta jest udana, rzuca cień na zasadność agnostycyzmu. Agnostyk korzystający z dyrektywy (1) wydaje się być uosobieniem racjonalności. Dyrektywa ta stanowi rdzeń obyczajowości badawczej przestrzeganej w nauce, jeden z filarów metodologii naukowej ? żaden naukowiec nie będzie ryzykował hipotezy, za którą przemawia nie więcej niż za jej negacją. Ale też mało kto uzna za równosilne zdania takie, że za jednym nic nie przemawia, a jego negacja (u nas: ?Bóg nie istnieje?) nie ma wprawdzie dowodu, lecz przemawia za nią właśnie to, że za tamtym zdaniem (u nas: za zdaniem ?Bóg istnieje?), którego jest negacją, nic nie przemawia. Zdanie ?Bóg nie istnieje? jest skądinąd niedowodliwe nie ze względu na swoją treść, która by je uodparniała na dowód, lecz ze względu na formę logiczną, jest więc trywialnie niedowodliwe, jak wszystkie zdania tej formy.

Agnostyk natomiast, nie bacząc na metodologię, z której wziął dyrektywę abstynencji (1), dyktującą powstrzymywanie się od sądu w sytuacji równosilności, traktuje sąd o nieistnieniu Boga na innych prawach niż sąd o każdym innym kandydacie do istnienia. Jest coś z paradoksu, że aby otrzymać twierdzenie (2) o równosilności, musi uprzednio uznać sąd o nieistnieniu Boga za nierównosilny wszystkim innym sądom o nieistnieniu, podciągając go w ten sposób do poziomu równosilności z sądem o istnieniu Boga. W przypadku bowiem wszystkich innych sądów o nieistnieniu, w przypadku wszystkich, by tak rzec, świeckich sądów o nieistnieniu, gdy za istnieniem nic nie przemawia, nieistnienie uznajemy za wiarygodniejsze lub za przesądzone. Agnostyk lokuje więc milcząco sąd o nieistnieniu Boga wyżej niż tamte i dopiero ten ruch pozwala mu uznać go za równosilny z sądem o istnieniu. Wydaje się jednak, że nie ma żadnych rzeczowych racji, by traktował Boga z uniżonością, skoro nie wie o jego istnieniu.

Agnostyk zatem, który jedną ręką zapisał się do klubu racjonalnych, przyswajając dyrektywę (1), drugą się z niego wypisuje, stosując nieobyczajną w tym klubie ?metodę? szacowania równosilności zdań o istnieniu i nieistnieniu. Bez dyrektywy (1) tymczasem nie może ruszyć z miejsca, ale bez twierdzenia (2) nie może dotrzeć do celu. Uzyskany w ten sposób agnostycyzm jest więc owocem niespójnego postępowania. Przypomina most, którego budowniczy zaczął od inżynierskich obliczeń, po czym zwrócił się do wróżki z prośbą o wskazówki.

Jeśli mam rację, sytuacja jest dramatyczna. Agnostyk zmierza do bezstronnego, wyważonego, więc racjonalnego poglądu na istnienie Boga, lecz po drodze przechyla szalę na korzyść Boga. Nie wydaje się zatem, by tym sposobem cel osiągnął.

Rozmowa z Janem Woleńskim natomiast prowadzi, jak widać, w dramatyczny świat myśli, świat błądzenia, sporu i dociekania. I to jest jej wartość główna.
 
Autor tekstu jest profesorem filozofii w Uniwersytecie Warszawskim. Podkr. ? od red.
 

Res Humana nr 1/2015, s. 25-27