IV wyprawa krzyżowa

Autor: Radosław S. Czarnecki


Dawajcie, a będzie wam dane miarą dobrą,
natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze.
Odmierzą wam bowiem taką miarą jaką wy mierzycie.
Ewangelia wg św. Łukasza 6, 38
 

W roku 2004 mija 800 lat kiedy to oficjalnie po raz czwarty zachodnioeuropejskie rycerstwo wyprawiło się na krucjatę, mającą w zamiarze dotrzeć do Palestyny i walczyć tam z wyznawcami Proroka Mahometa o odzyskanie najświętszych miejsc chrześcijaństwa. Jednak IV wyprawa krzyżowa okazała się w efekcie „...największą w dziejach zbrodnią przeciwko ludzkości. Doprowadziła do zniszczenia lub rozproszenia wszystkich skarbów przeszłości, które Bizancjum gromadziło z tak wielkim pietyzmem i zadała śmiertelny cios żywotnej i wielkiej cywilizacji. Na domiar była to niewybaczalna głupota polityczna. Chrześcijanom palestyńskim krucjata ta nie przyniosła żadnej korzyści. Zniszczyła system obrony chrześcijaństwa”.
 
Być może mniemanie sir S. Runcimanna, wybitnego mediewisty, historyka i wykładowcy uniwersyteckiego, dyplomaty brytyjskiego w stolicach Europy południowo-wschodniej i Bliskiego Wschodu oraz znawcy problematyki Antyku tudzież Średniowiecza jest lekko przesadzone. Traktuje on bowiem krzyżowców nie jako romantycznych rycerzy Chrystusa, ale jako ostatnich barbarzyńskich najeźdźców dokonujących katastrofalnych zniszczeń w obszarze harmonijnie funkcjonującej od tysiącleci cywilizacji śródziemnomorskiej. Taka perspektywa recepcji wypraw krzyżowych jako zjawiska historycznego rodzić musi określone wnioski i uogólnienia.
 
Rycerze ruszają na IV krucjatę - Gustave Doré (1832-1883)
 
Izraelski historyk i dziennikarz J. Prawer nazywa krucjaty pierwszą próbą kolonializmu w historii ludzkości. Tym samym uznać można je za początki imperializmu zachodnioeuropejskiego, kiedy to określona cywilizacja wysyła w świat zastępy ludzi, idee, wartości, mody czy sposoby recepcji otaczającego świata, które podbijają, zawłaszczają niszcząc jednocześnie autochtoniczne kultury. Byłby to wówczas początek nienawiści do INNEGO wynikającej z jego wytworów kultury, języka, duchowości czy historii.
 
 
Na drugim, przeciwstawnym biegunie, spotykamy opinie o szlachetności, wzniosłości i żarze religijnych uczuć rycerzy krzyżowych idących pod sztandarami Zbawiciela do Palestyny. Ta wiara i te uczucia były według tych mniemań decydującą siłą sprawczą w tym historycznym i społecznie masowym przedsięwzięciu. Katoliccy historycy, np. P. Alphandery czy A. Dupront, mówią wprost o wiecznych i wspaniałych wartościach krucjatowych, widząc w tych żywiołach ponadnarodowy ruch ludowy powstały w imię wiary czystej i dziewiczej, uduchowiony obrazami Jeruzalem, raczej transcendentnej proweniencji niźli zbrojnych pocztów, gdzie (budząc zgorszenie i zażenowanie Bizantyjczyków) uwijali się liczni biskupi, kardynałowie czy prałaci zakuci w zbroje i czyniący wojnę.
 
Jak uważa F. Cardini, katolicki historyk tradycyjnej opcji i znawca okresu Średniowiecza „...Tym, co wydawało się i co nadal wydaje się piękne jest wiosna Europy, która objawiła się w wiekach XII—XIII, a dla przeciętnego znawcy historii jest to okres krucjat. Wieki XII-XIII to czas katedr, poezji trubadurów, rycerskich romansów, początku dworskich, wytwornych miłości, pierwszych uniwersytetów, odradzania się handlu śródziemnomorskiego”. Krucjaty są więc częścią tego świata, jego nieodrodną córką.
 
Także N. Cohn w swoich Fanatykach Apokalipsy kreśli pozytywną paralelę pomiędzy eschatologicznym millenaryzmem masowych mchów jakimi były bez wątpienia krucjaty późnego Średniowiecza, a ich zasięgiem (jego zdaniem zawsze istnieje związek przynajmniej przyczynowo-skutkowy między millenaryzmem, a tego typu zjawiskami, trendami czy ruchami — exempli modo XX-wieczne ideologie kolektywistyczne i ich zasięg społecznego oddziaływania).
 
Z kolei w kręgach katolickich tradycjonalistów niektórych krajów Europy Zach. (Messori, Negri, Bozzo, Socci) obligującą jest opinia uważająca krucjaty za olbrzymi wysiłek misyjny szerzący chrześcijaństwo na Wschód. Także niektórzy reprezentanci hierarchii Kościoła katolickiego (np. kardynałowie Biffi czy Ratzinger) skłaniają się do takiej interpretacji ducha krucjatowego, która widzi w tamtej konfrontacji z islamem praprzyczynę współczesnej cywilizacji Zachodu.
Bazylika św. Marka w Wenecji sprawia wrażenie jak gdyby była składnicą wojennych łupów. Została wypełniona skarbami kultury śródziemnomorskiej gromadzonymi bez mała od 1000 lat w Konstantynopolu (podobnie jak cała Wenecja i większość zamków czy kaszteli zachodniej Europy - przede wszystkim Francji i Italii) po nieszczęsnej IV krucjacie, kiedy to z inicjatywy doży Henryka Mandolo stolica Bizancjum została zdobyta i ograbiona przez wojska krzyżowców. Na gruzach wspaniałej cywilizacji stworzono karłowaty twór zwany Cesarstwem Łacińskim z marionetkowym cesarzem i łacińskim patriarchą. Ogłoszono łączność kościołów wschodniego i zachodniego. Papież Innocenty III, pomimo sprzeciwu i ekskomuniki nałożonej na Wenecjan, de facto triumfował. Był to szczyt cezaropapizmu, choć wydał zatrute owoce jak cały ruch krucjatowy. Po raz pierwszy rzymscy chrześcijanie skierowali się z krzyżem i w imieniu Mistrza z Nazaretu oficjalnie przeciwko innym chrześcijanom. Te zatrute owoce idei cezaropapizmu i krucjat to właśnie zdobycie Konstantynopola przez IV wyprawę krzyżową oraz ogłoszenie już bez jakichkolwiek oporów wyprawy krzyżowej przeciwko albigensom, mieszkańcom południowej Francji w kilka lat później. Kolejnym krokiem są następnie czysto partykularne święte wojny przeciwko Hohenstaufom czy politycznym adwersarzom doczesnej władzy papieży w Italii.
 
12 IV 1204 roku po krótkim i niezbyt krwawym oporze, dzięki zdradzie i działalności płatnych agentów weneckich, stolica Bizancjum została zdobyta. Dowódcy pozwolili na trzydniową grabież i dewastację zabytków oraz skarbów miasta. „W szaleńczym poszukiwaniu łupów zniszczyli oni Konstantynopol, mordując bez litości jego mieszkańców. W kościele Bożej Mądrości zrabowali naczynia liturgiczne i pili z nich wino, a jedna z ladacznic zasiadła na tronie patriarchy śpiewając sprośną żołnierską piosenkę”. We wspomnianej świątyni, największej w ówczesnym świecie chrześcijańskim, pijani żołnierze francuscy zdarli jedwabne zasłony, rozbili na kawałki srebrny ikonostas depcząc po świętych księgach oraz ikonach.
 
Barbarzyństwo zdobywców Bizancjum z 1204 roku przeszło wszelkie wyobrażenie i skalę. Było to miasto chrześcijańskie, stolica cesarstwa mającego rodowód jak najbardziej rzymski. Ponieważ w mieście przetrwało wiele pomników starożytnej sztuki i kultury greckiej ta największa metropolia średniowiecznego świata (szacuje się, że Konstantynopol w czasach swojej świetności mógł liczyć ok. l miliona mieszkańców) uważana była przez Greków i ludy Wschodu za stolicę cywilizacji chrześcijańskiej. Rola Konstantynopola wzrosła tym bardziej, gdy patriarchalne miasta Wschodu - Aleksandria, Antiochia czy Jerozolima—zostały zdobyte przez muzułmanów w II-giej połowie I tysiąclecia. Po I wyprawie krzyżowej w Antiochii i Jerozolimie zwycięscy rycerze Zachodu zainstalowali łacińskich biskupów, usuwając w cień patriarchów Kościoła wschodniego. Patriarcha Konstantynopola awansował w wyniku tych wydarzeń do autentycznego, jedynego i tym samym najważniejszego - z racji wolności i obecności cesarza - duchowego przewodnika Wschodu.
 
Zdobywcy wdzierali się zarówno do pałaców, świątyń, klasztorów jak i do zwykłych domostw, ruder czy innych przybytków niszcząc to czego nie mogli zabrać. „Na ulicach konały od ran kobiety i dzieci. Ów bestialski rozlew krwi i grabież trwały całe trzy dni, aż w końcu to piękne i ogromne miasto obróciło się w ruinę. Nawet Saraceni okazaliby więcej miłosierdzia — wołał z rozpaczą historyk Nicetas — i miał rację”.
 
To w wyniku tego barbarzyństwa np. paryska Sainte Chapelle wzbogaciła się o dwie bezcenne relikwie - tunikę i Koronę Cierniową Jezusa Chrystusa. Słynny ze swych skarbów, relikwii i dzieł sztuki na cały świat konstantynopolitański kościół Chrystusa Pantokratora został doszczętnie ograbiony i zniszczony. Czołową postacią kierującą grabieżą w tym świętym przybytku był alzacki opat Marcin z Pairis, jeden z czołowych duchownych IV krucjaty. Opat zmusił siłą i groźbami starego kapłana kościoła greckiego do wydania żelaznej skrzyni w której je przechowywano. Gdy schodził ze wzgórza na którym wzniesiono świątynię ,,...został powitany przez innych krzyżowców zajętych grabieżą. Zapytali opata czy wziął również coś dla siebie. Opat odpowiedzią! Wesołymi słowy, z uśmiechniętą jak zawsze twarzą: udało się nam. Na co oni odpowiedzieli: Bogu niech będą dzięki”.
 
Złupienie i zniszczenie Konstantynopola przyniosło Zachodowi opłakane skutki. I to zarówno w perspektywie krótkotrwałej jak i na dłuższą metę. Dotyczy to wszystkich sfer: politycznej, społecznej, kulturowej, religijnej itd. To tak jak w przypadku podobnych przedsięwzięć, kiedy religia została pomieszana z polityką. Trzeba stwierdzić, iż o ile za prawdziwe weźmiemy wątki wspomnianych wcześniej tradycjonalistów katolickich o sprawczej roli wypraw krzyżowych w procesie kształtowania esencji kultury Zachodu, były to wyłącznie duchy kolonializmu, imperializmu, ekspansji, zaborczości, okrucieństwa i nienawiści do INNEGO. IV wyprawa krzyżowa jest najbardziej adekwatnym, plastycznym i jednoznacznym świadectwem tej teorii.
Niektórzy historycy, mediewiści czy specjaliści od zagadnień polityczno-społecznych uważają krucjaty i ówczesne zdobywanie Orientu za początek długiej serii kolonizacji Wschodu przez Europę Zachodnią. Etapy tego zawłaszczania to po wyprawach krzyżowych zdobycze Napoleona w Egipcie, czy kolonizacja Bliskiego Wschodu przez Anglików w XIX i XX wieku. Część muzułmanów zalicza do tego procesu jeszcze osadnictwo Żydów Aszkenazyjskich w Palestynie - różniących się od swych Sefardyjskich braci językiem, zwyczajami, rytuałem religijnym i mentalnością - jako wszczepianie obcej kultury na orientalny (islamski - choć nie jest to do końca prawdą ze względu na skomplikowaną i pogmatwaną historię tych obszarów) grunt.
 
To w wyniku nieszczęsnej krucjaty, która zdobyła i złupiła Konstantynopol, ostatecznie nastąpił podział chrześcijaństwa na Wschód i Zachód. Nie formalny, gdyż ten miał miejsce prawie 150 lat wcześniej (rzucenie na siebie klątw przez papieża Leona IX i patriarchę Konstantynopola Michała Cerulariusza), ale mentalnościowy - w umysłach i sercach wyznawców greckiej wersji chrześcijaństwa. To od tego czasu wykształciła się na Bałkanach i w Lewancie nieprzekraczalna granica kulturowa (trwalsza od żelaznej kurtyny z czasów zimnej wojny) między katolickim Zachodem, a prawosławnym Wschodem. Po przejęciu duchowych prerogatyw pierwszeństwa między kościołami prawosławnymi drugiego Rzymu - Konstantynopola, przez Rzym trzeci - Moskwę, granica ta wydłużyła się aż do Zatoki Fińskiej. W ostatniej dekadzie XX wieku i początku nowego stulecia było to aż nadto widocznym. Wszelkie interwencje Zachodu, mimo upływu tylu wieków po tych tragicznych wydarzeniach, ale trwających w świadomości wyznawców wschodniego chrześcijaństwa, na tzw. kanonicznych terenach prawosławia (np. bombardowania Serbii, interwencje w Bośni czy Kosowie, pokojowa misja w Macedonii, dwie wojny przeciwko Irakowi, poparcie udzielane przez USA Izraelowi w konflikcie z Palestyńczykami) odbierane są jako zamach na suwerenność i odrębność ortodoksów. Podobnie odczuwają ten problem muzułmanie bliskowschodni. Doświadczenia z okresu kolonializmu i hegemonii Zachodu nad resztą Świata potwierdzają te reakcje i spostrzeżenia. M.in. piszą obszernie o tych problemach S.P. Huntington czy B.R. Barber.
 
Świadczy ta właśnie krucjata (jak i pozostałe) o tym, że odległe wydarzenia historyczne mogą być przechowywane w pamięci ludzi i kreować współczesny odbiór otaczającego nas świata bądź interpretację zachodzących w nim zdarzeń. I wykorzystują te fakty nie tylko populiści, dyktatorzy czy niedemokratycznie rządzący przywódcy.
Ogólna ocena krucjat nie może jawić się więc jako coś pozytywnego czy rozległego. Cytowany już S. Runcimann jest przekonany o ich zdecydowanie negatywnym oddziaływaniu - zarówno na sytuację chrześcijan bliskowschodnich w Palestynie, na Bizancjum (będące zaporą przed naporem Turków Seldżuckich i Osmańskich na Bałkany i Europę Środkową), na muzułmanów (w wyniku wypraw krzyżowych światłych Ajjubidów oraz kalifa bagdadzkiego zastąpili ograniczeni i fanatyczni mamelucy, którzy „...byli równie prymitywni jak Frankowie. Jednymi z pierwszych ofiar tej nietolerancji stali się ich chrześcijańscy poddani. Odtąd już nigdy nie łączyło ich z sąsiadami i zwierzchnikami muzułmańskimi dawna, bliska zażyłość”.
Kronika Chrześcijańska opisuje IV krucjatę pod hasłem bezdroża i klęski wypraw krzyżowych, zaś N. Davies (angielski historyk) uważa ją z kolei „...za dobrą ilustrację wątpliwych cnót krzyżowców nie jest prawdą, że apogeum pontyfikatu Innocentego III (to też IV Sobór Laterański - 1215 r.) jest szczytem świetności Kościoła katolickiego, średniowiecznej kultury religijnej czy modelowym rozwiązaniem wartości chrześcijańskich ogarniających całą rzeczywistość Średniowiecza.
 
Jest to przestroga dla zbyt idealistycznych - bądź cynicznych - propagatorów tamtych czasów, widzących tylko wzniosłość gotyku, uduchowienie świętych, rycerskość zakonów czy żar religijnej wiary.
 
To w wyniku historii do dziś dnia w konstantynopolitańskim (istambulskim) Fanarze słyszy się zdanie, że Grekom lepiej jest żyć jako poddani muzułmanów niż łacinników. To w wyniku tej właśnie historii Święty Synod Prawosławnego Kościoła greckiego w oficjalnym dokumencie wydanym 6 IX 1999 roku upominał Jana Pawła II tymi słowy: „...Nie zgodzimy się, abyś przybył do Aten jako głowa Kościoła katolickiego, jeśli najpierw nie poprosisz o przebaczenie i nie odpokutujesz za ataki skierowane przeciwko światu prawosławnemu od czasu krucjat do dziś”.
 
Ciekawe czy rocznicę tej właśnie krucjaty będzie się wspominać - i czy w ogóle - tak jak na to zasługuje.

Res Humana nr 1-2/2004, s. 15-18