Procedury i towar (Ekspansja neoliberalizmu w nauce)

Autor: Paweł Kozłowski


Współczesna nauka, traktowana jako instytucja, jest częścią systemu szerszego: gospodarczo-społeczno-politycznego. W tym trójczłonowym określeniu najważniejsza jest część pierwsza. Postępująca od połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku ? najpierw w USA i Wielkiej Brytanii, a później w innych krajach ? ekspansja neoliberalizmu objęła na początku lat dziewięćdziesiątych także Polskę.

Nasza, polska postać kapitalizmu charakteryzuje się koniunkcją wolnego rynku i biurokracji. Tak powstała i w tym kierunku podąża z większą teraz w okresie spadku tempa wzrostu gospodarczego, siłą(1). Ów splot obejmuje również naukę, w związku z którą, a właściwie przeciwko niej zawiązał się ?nieświęty sojusz biurokracji z rynkiem?. Tak nazwał go Andrzej Walicki, wybitny polski uczony, który uczestniczył w niejednej instytucji akademickiej i zawsze podnosił jej merytoryczną rangę(2). Podkreśla on, że jedną z konsekwencji owego sojuszu jest ograniczenie autonomii nauki przez instytucje mało widoczne: rynek oraz biurokrację z rozproszoną odpowiedzialnością i odpersonifikowanymi procedurami. Następuje odgórna delegitymizacja sfery publicznej ? traktowana jest ona przez system jako partykularna, korupcjogenna, a więc obca a nawet wroga Z punktu widzenia aksjologii biurokracji i marketyzacji jest to diagnoza logiczna z perspektywy różnorodnych wartości społecznych, idei liberalno-demokratycznych jest groźna, bo prowadzi do regresu kultury i stosunków między ludźmi(3). W dziedzinie nauki, a także gospodarki podstawą systemu opartego na marketyzacji oraz na biurokracji jest towar. Nauka (również sztuka, ochrona zdrowia, komunikacja, mieszkanie, pracownik itd.) ma być towarem. W ten sposób jakoby, zyskuje obiektywną wartość, bo wyznaczoną przez rynek. Jeśli nauka jest towarem, to naukowcy są producentami. O efektywności ich produkcji decyduje popyt,  który jest częścią rynku. Naukowcy, jako producenci, nie powinni się ?oddolnie? zrzeszać, ich związki prowadzą do monopolu, a więc ? według tego sposobu rozumowania ? wyposażają naukę w nadmierną  i zwodniczą siłę. Kazimierz Twardowski swoje ostrzeżenia skierowane w latach trzydziestych przeciw nacjonalizmowi niszczącemu uniwersalne, kulturowe wartości nauki, teraz zapewne skierowałby przeciw takiemu biegowi myśli i działań, i wspomaganej przez państwo marketyzacji(4). Biurokracja spleciona z marketyzacją zwłaszcza (ale nie wyłącznie) w przypadku nauk podstawowych oraz humanistyki musi przekształcać twórczość w liczby, kwantyfikować ją, by móc porównywać, wyceniać, nadawać rangi i posługiwać się rankingami. W interesie biurokracji dokonywana jest parametryzacja, kategoryzacja itp. oznaczenia o nazwach tworzących współczesną nowomowę, kamuflującą rzeczywisty sens oraz funkcję owych zabiegów. Odwołują się one do sprawiedliwości, których ostoją ma być rynek i merytokracja z niego wywodzona. Na rynku wygrywają ci, którzy mają większe zyski. Najprostszą drogą dla przedsiębiorców jest zmniejszenie kosztów, a więc ograniczenie zatrudnienia, niższe płace, niższa jakość itp. Z perspektywy makroekonomicznej i ogólnospołecznej ta droga prowadzi do destrukcji. Znamy to wszystko również z instytucji nauki.

Funkcjonalnymi instrumentami kierowania w systemie biurokratyczno-rynkowym są granty oraz tzw. parametryzacja. Jeden i drugi instrument ma służyć odpersonalizowaniu władzy, tworzy jej anonimowość, chce jej działania upodobnić do sił naturalnych, obiektywnych, takich jak klimat czy powszechne ciążenie.

Jest to jednak kamuflaż. Zasłania on fakt, że nakłady na naukę są dramatycznie małe, ponadto że są one konsekwencją budżetu, a więc wyboru polityki i systemu. Granty mają sprawić wrażenie, że ktoś nie dostał funduszy dlatego, że inny był lepszy jako naukowiec. Przegrał w sprawiedliwej walce. Granty wymuszają konkurencję według norm biurokratyczno-finansowych, dezintegrują społeczność ludzi nauki, tak jak gospodarczy leseferyzm wywołuje w zbiorowości ludzkiej procesy opisywane przez socjaldarwinizm. W dodatku w systemie biurokratyczno-marketowym ?czyste? reguły rynkowe nie istnieją. One są ustanawiane przez biurokrację, a akceptowane o tyle, o ile jej służą. Nie zmienia to faktu, że ich autonomiczny byt jest również w stosunku do nauki niszczycielski. Zwłaszcza w humanistyce i w ogóle w kulturze ?nie ma zobiektywizowanych kryteriów. Ocena z natury rzeczy jest subiektywna?(5). Co nie znaczy, że jednostkowa.

System biurokratyczno-marketowy, granty oraz parametryzacja (wraz z punktami za cytaty, publikacje itp.) jako jego główne instrumenty zmieniają naukę i jej instytucje. Ceniony przez rynkowych liberałów, ich guru ? Hayek, wskazywał z aprobatą nie tylko na spontaniczny, organiczny charakter procesów i zmian, a więc odrzucał biurokratyczną, aprioryczną ingerencję. Podkreślał również wyjątkową, nieredukowalną wartość wiedzy skumulowanej w instytucjach, niezależnie od tego, czy jest ona artykułowana, czy, jak ją określał ?milcząca?. W każdej postaci jest ona kapitałem. Dotyczy to również instytucji grupujących ludzi nauki. Były one, a w każdym razie dążyły do typu wspólnotowego. Ze stosunkami bezpośrednimi, podporządkowanymi jednemu celowi, jak jest w każdej autentycznej twórczości. Miały przez siebie kształtowane hierarchie, które były związane z prestiżem, a nie z formalną strukturą. Miały daleko idącą autonomię,  niezależność zarówno od jawnej władzy państwa i jego administracji, jak i od ?niewidzialnej? władzy rynku. Takie chciały też być w Polsce. Nowy system niszczy fundamenty  tego  rodzaju  instytucji, są one dla niego  wyrazem oporu i dezintegracji. Wprowadza nowe, funkcjonalne dla siebie bodźce, a robi to za pomocą zabiegów o mylącej nazwie ?reformy?(6). Instytucje nauki w nowym systemie przestają być wspólnotami i ciałami społecznymi, a stają się agencjami impresaryjnymi. Tworzą sieć doraźnych zleceń realizowanych przez wykonawców ? producentów, czerpanych z rynku. W teatrze prowadzi to do dominacji repertuaru bulwarowego, którego publiczność pragnie poznać ?z bliska? uczestników seriali i innych tego rodzaju popularnych programów telewizyjnych i artykułów prasowych. W nauce oznacza to podporządkowanie badań wymogom utylitaryzmu i trosce o spełnianie kryteriów związanych z parametryzacją oraz uzyskiwaniem i rozliczaniem grantów. Powstają zbiorowe książki, które nie są przeznaczone do czytania, artykuły, które przede wszystkim muszą mieć odpowiednią objętość oraz nagradzane miejsce publikacji, dokonuje się wymiana cytowanych autorów itp. Następuje wymuszana przez system degradacja nauki, coraz bardziej się liczy popularność profesora (lub doktora) wśród publiczności kultury masowej, niż uzyskiwana przez niego ranga w republice uczonych.

Formowane przez system instytucje nauki upodabniają się do działających w gospodarce i w sferze finansów korporacji. Mają być ?zarządzane?, podporządkowane procedurom i kwantyfikowane. Bodźce biurokratyczno-rynkowe stymulują w nich wewnętrzną rywalizację, przecząc etosowi nauki, powiększając to, czego i tak było u nas w nadmiarze. Ale w ten sposób niedobór środków wyjaśniany jest przejmowaniem ich przez konkurencję, określaną jako lepsza. Fałszywa świadomość broni się przed faktem, że ?zamiast rosnąć, nakłady na naukę będą sukcesywnie malały!?(7). Powtórzę za wybitnym profesorem medycyny: ?To jest, niestety, klęska nas wszystkich?. Wyraża się ona ekspansją systemu opartego na biurokracji i marketyzacji i nie takimi czy innymi grantami lub liczbą punktów przyznanych za coś ocenionego w ramach parametryzacji, ale samym istnieniem takich zasad. Postulowane w tych ramach zmiany są analogiczne do niegdysiejszego postulatu ?dalszego doskonalenia systemu?. On cały jest zdewiowany, a mówiąc dokładniej ? spatologizowany.

System dzisiaj się rozwijający jest nie tylko szkodliwy dla nauki i kontrreformujący społeczeństwo. On jest również nieracjonalny z punktu widzenia głoszonych przez siebie celów(8). W deklaracjach ma prowadzić do lepszego, to znaczy bardziej efektywnego wykorzystania istniejących środków przeznaczonych na naukę. Innymi słowy ma przeciwdziałać rozrzutności i czerpania przez innych środków materialnych mających bezpośrednio służyć twórczości naukowej. Faktycznie podporządkowany jest celom przeciwnym. Zwolennicy nieograniczonego rynku wskazują, że rynek jest tańszy, z wytworzonego dochodu mniej zużywa się dzięki niemu na redystrybucję, rozbudowę administracji, kontrolę, na całą sferę pośredniczącą między producentem a nabywcą, między pracą a pieniężnym wynagrodzeniem. Dodana do marketyzacji biurokratyzacja niwelują ten walor systemu gospodarczego opartego na rynku. W sferze nauki, polityki naukowej i instytucji związanych z nauką, a zwłaszcza z jej otoczeniem ? również. Koszty transakcyjne są duże, choć rozproszone. Wynikają nie tylko z istnienia centralnego ministerstwa. Powołano ponadto wiele różnych instytucji rozdzielających środki, monitorujących ich wykorzystywanie, wybierających, nadających, opiniujących, badających, analizujących, sprawdzających, kontrolujących, ewaluujących itp. Nazwy można mnożyć. Do tego ustanowiono rozmaite centra, ośrodki itp. Na uczelniach, na których jakość kształcenia spada, istnieją w związku z tym komórki jakości kształcenia. Absolwentami, wśród których coraz więcej jest bezrobotnych, zajmują się biura do spraw karier. Nazwa zawsze musi być podniosła, jak to bywa w sferze działań pozornych(9). To wszystko związane jest ? jak to w biurokracji ? z ustanawianiem procedur, którym służą rozmaite sprawozdania, formularze, sylabusy. Ma wypełniać je administracja, naukowcy, skrupulatnie, a później są one scalane, ich wyniki kwantyfikowane (według, oczywiście, odpowiednich przeliczników), najlepiej dla biurokracji, gdy ujmowane są w tabele. Co z tego wynika dla twórczości naukowej? To, że przeznaczone na nią małe środki realnie służą samej biurokracji. O stracie czasu i bezproduktywnym zapracowaniu ludzi nauki wszystkich szczebli nie wspomnę. Niektórzy naukowcy w tego rodzaju instytucjach obecnego zarządzania też tkwią, część dlatego że musi, część dlatego że chce. Nie ich inicjatywa ani wina, to system wymusza odpowiednie zachowania, włącznie z odradzającą się strategią typu ?beze mnie byłoby gorzej?. Ani kiedyś, ani teraz nie należy jej bagatelizować, choć warto pamiętać, że jest to strategia tylko adaptacyjno-obronna.

Biurokratyzacja i marketyzacja nauki to nie tylko duże koszty transakcyjne, czyli z punktu widzenia twórczości naukowej marnotrawstwo pieniędzy i czasu. To również przejaw kultury nieufności, blisko związanej z niskim kapitałem społecznym, z wymuszoną rywalizacją i taką współpracą, która jest potrzebna do odnotowywania w sprawozdaniach, ulotną, a nie trwałą, związaną z poczuciem wspólnej identyfikacji, realizowaną w rzeczywistości.

Instytucjonalny układ nauki łączy się z całym istniejącym systemem społeczno-ekonomicznym. Andrzej Walicki w cytowanym tekście krytykował go z punktu widzenia idei liberalno-demokratycznych. Realny system nie tworzy u nas społeczeństwa liberalno-demokratycznego. Nauka nie jest w nim traktowana jako część kultury, przestaje być dobrem publicznym. Jest towarem i zbiorem procedur, jest grą interesów wyrażających się w konkurencji i rywalizacji o zbyt małe środki. Prowadzi do ograniczenia, aż do zaniku rzeczywistej autoteliczności nauki i niezależności wspólnot uczonych. W sposób paradoksalny ziszcza się sformułowany przez neopozytywistów postulat jedności nauki. Oni opierali tę jedność na uniwersalnych zasadach analizy logicznej i na koniecznej podatności każdego twierdzenia naukowego na weryfikację empiryczną. Obecny, rozrastający się system opiera tę jedność na rynku i biurokracji, instytucjach, które też dążą do kwantyfikacji swoich pól działania i do objęcia ich mocnym uściskiem swojej władzy. Neopozytywiści wszakże wywyższali naukę, teraz wywyższana jest biurokracja i rynek. To zasadnicza różnica.

Przypisy
1?Por. P. Kozłowski, Ekspansja systemu, ?Przyszłość. Świat ? Europa ? Polska?, 2013, nr 1.
2?A. Walicki, Nieświęty sojusz biurokracji z rynkiem, ?Gazeta Wyborcza?, 1?2 czerwca 2013 r.
3?Socjolodzy mówią o żywej, współczesnej postaci plemienności.
4?Por. K. Twardowski, O dostojeństwie uniwersytetu, Poznań 1933.
5?K. Modzelewski, Nauka to nie biznes, ?Gazeta Wyborcza?, 2 października 2012.
6?Powinno się je nazywać ?kontrreformami?, zgodnie z ideowym sensem terminu ?reforma?. Por. mój cytowany artykuł Ekspansja systemu.
7?Dotyczy to nie tylko humanistyki. Por. artykuł prof. dr med. Adama Płaźnika, Od mieszania się nie poprawi, ?Gazeta Wyborcza?, 7 maja 2013 r. Prof. Henryk Ratajczak przypomina, że teraz w Polsce ?na naukę przeznacza się ok. 4 mld zł. Budżet Ministerstwa Obrony Narodowej wynosi 31,17 mld zł.? Autor dokonuje szerszej krytyki realizowanej u nas polityki naukowej. Podzielam jego stanowisko. Por. H. Ratajczak, Armia cenniejsza niż myślenie ?Przegląd? nr 15?21.07.2013.
8?Cele milcząco zakładane mogą być odmienne, podobnie jak cele rzeczywiście osiągane.
9?Analizy Jana Lutyńskiego dotyczące podwójnego świata poprzedniego systemu w nowym nie tylko nie zdezaktualizowały się, ale nabrały nowych wymiarów. Por J. Lutyński, Działanie pozorne, [w:] Nauka i polskie problemy. Komentarz socjologa. Warszawa 1990.
 
Autor tekstu jest ekonomistą i socjologiem, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. W dniu 24 maja 2014 r. został wybrany na nowego prezesa TKŚ im. Tadeusza Kotarbińskiego. Publikowany tekst jest skróconą wersją artykułu wydrukowanego w czasopiśmie ?Nauka Polska? (XXII), 2013.