Jezus: widziany inaczej (Cz. IV ostatnia)
 
Autor: Edward A. Mierzwa
 

Poniżej publikujemy czwartą, ostatnią część eseju prof. Edwarda A. Mierzwy, historyka dziejów powszechnych, o Jezusie widzianym nieco inaczej niż w przekazie biblijnym. Tekst spotkał się z zainteresowaniem wielu naszych Czytelników, którzy za naszym pośrednictwem dziękują Profesorowi za mądrą a zarazem z dużą kulturą przedstawioną opowieść o tym, co dla ludzi wierzących jest niepodważalną świętością, a dla wielu innych wciąż otwartą, fascynującą kartą ludzkich dziejów.
Redakcja
 
Co ma tu do rzeczy całun turyński? To płótno lniane o długości 4,36 m i szerokości 1,1 m, pochodzi z Palestyny, a ściślej z okolic Morza Martwego. Potwierdziły to badania profesora Instytutu Technologii Wyrobów Włókienniczych Gilberta Raes?a z Gandawy, który wśród lnianych splotów tkaniny znalazł pojedyncze włókna uprawianej wówczas w Palestynie bawełny (ma inne, naturalne zabarwienie). Zapewne dostały się tam podczas produkcji płótna na warsztacie tkackim, na którym uprzednio tkano bawełnianą tkaninę. Szwajcarski kryminolog Max Frei, biegły w palinologii (nauka zajmująca się badaniem kwiatowych pyłków roślinnych), stwierdził w tkaninie obecność pyłków kwiatowych roślin pustynnych rosnących w rejonie Morza Martwego i Jerozolimy. Nie wdaję się w sposoby badania całunu, odsyłam do komentarzy bezpośrednich uczestników badań i fachowej literatury.
 
Na całunie turyńskim odwzorcowany został zarys wcześniej torturowanego mężczyzny, z licznymi ranami. Stwierdzono ślady pięciu większych ran: dwóch na nadgarstkach i dwóch na stopach, spowodowanych przybiciem do krzyża oraz jednej na prawym boku. A więc ran jakie znamy z ewangelicznej pasji Jezusa. Na całunie naliczono około 90 miejsc z większymi lub mniejszymi krwawymi wybroczynami w miejscach zranień koroną cierniową i biczowaniem. Świadczy to o tym, że ? w całun zawinięty był żywy człowiek. Zatem nie może być mowy o stężeniu pośmiertnym; krew wypływała tylko wówczas, gdy serce owiniętego całunem człowieka pracowało. I nie jest to wykluczone. Dla mnie szczególnie interesująca jest plama krwi, która rozlała się w poprzek pleców leżącego na wznak człowieka owiniętego całunem. Była to krew, która spływała z rany w prawym boku. Ślad na całunie świadczy o tym, iż sączyła się stosunkowo wolno, co przy rozległości rany wydawać się może dość dziwnym. Ale? gdyby serce owiniętego w całun pracowało z normalną szybkością ? około 60 uderzeń na minutę ? to ilość krwi jaka wyciekłaby ze zranionego boku, a zatem i plama na całunie byłaby znacznie większa. Tak więc wielkość plamy może świadczyć o zastosowaniu specyfiku spowalniającego akcję serca i tamującego wypływ krwi. Zatem można z całą pewnością założyć, że człowiek owinięty całunem turyńskim znajdował się pod wpływem alkaloidu spowalniającego metabolizm organizmu, w tym także mięśnia sercowego.
 
Przeciwnicy autentyczności całunu turyńskiego wytaczają argument, że jego wiek badany był w wielu wysoko cenionych placówkach naukowych na świecie (w 1978 r. ? w Turynie, w 2004 r. ? w USA, itd.). W 2005 r. w naukowym czasopiśmie ?Thermochimica Acta? podsumowano wyniki badań: wiek całunu nie sięga 2 tysięcy lat. Niemniej jednak wyniki nie są wcale jednoznaczne, bowiem najstarsze badania wskazywały na wiek zbliżony do początków ery dionizyjskiej, potem go systematycznie przesuwano ku naszym czasom. To także budzi wątpliwości. Dlaczego?
 
Jak zatem, wobec tych naukowych konstatacji traktować wiek całunu? Jego badania dały asumpt do postawienia wielu nowych, niewygodnych dla chrześcijaństwa pytań. Ktoś w Watykanie zapewne doszedł do oczywistego wniosku, iż całun turyński ? jeśli jest autentyczny i był nim owinięty Jezus ? jest zagrożeniem wiarygodności paru chrześcijańskich dogmatów. Postanowiono zatem dokonać dalszych badań wieku całunu. Ich wyniki miałyby poświadczyć lub zaprzeczyć jego autentyzmowi. W 1988 r. Watykan zlecił ponowne badanie płótna. Badały go zespoły uniwersytetów Arizony, Oxfordu, Columbia University, specjaliści z British Museum i Institut für Mittelenergiephysik w Zurichu. W badaniu zastosowano izotopową metodę węglową, tzw. metodę C14.
 
Badania podważyły antyczne pochodzenie całunu i wykazały, że jest on średniowiecznym falsyfikatem, acz doskonale podrobionym. Konkluzja badaczy była następująca: ?Dlatego rezultaty jakich dostarczyły badania rozstrzygają, że len całunu turyńskiego jest średniowiecznego pochodzenia?. Jego powstanie umieszczono między 1260 a 1390 rokiem (przy dopuszczalnym błędzie +/? 10 lat). I wszystko byłoby lege artis, skoro tyle tęgich głów tak orzekło, gdyby? w naturze ludzkiej nie mieszał przysłowiowy diabeł i nie podsuwał wątpliwości. Badanie wieku całunu turyńskiego zamiast ostatecznie rozwiązać problem, spowodowało powstanie wielu nowych wątpliwości. A mianowicie: poddano w wątpliwość, czy słusznie zastosowano znaną od 1946 r. metodę izotopowo-węglową, powszechnie stosowaną w paleoantropologii, archeologii i paleologii. Jej wyniki mogą być obarczone błędem na dłuższym dystansie czasowym nawet do +/? 250 lat. Największą dokładność uzyskuje się w badaniach obiektów organicznych liczących kilka tysięcy, ale nie więcej niż 70 tysięcy lat. Tak więc badając tą metodą wiek płótna liczącego około 2 tysięcy lat teoretycznie można otrzymać przedział czasowy jego wytworzenia między 2250 do 1750 lat, ale nie można się pomylić o 1300 lat. O pomyłce nie może być mowy, bowiem należało wziąć pod uwagę, że całun turyński nadal ?żyje?. ?Żyje? w tym sensie, że jest zbiorowiskiem bakterii, mikrobów i grzybów, zwiększających ilość izotopu C14. Ponadto do badania użyto mikroskopijnych strzępków nitki z rogu całunu, która wielokrotnie była dotykana przez tysiące ludzi. A to fałszuje rzeczywistą ilość pierwotnego izotopu węgla w płótnie, czego określić precyzyjnie niepodobna. Zatem metoda izotopowo-węglowa w tym konkretnym przypadku nie mogła być dokładniejsza. I może o to chodziło? Podejrzenia w stosunku do wyników badań zgłaszali liczni naukowcy-eksperci już wkrótce po ich opublikowaniu.
 
Eksperyment mający na celu wyjaśnienie procesu, który doprowadził do odbicia wizerunku człowieka na całunie turyńskim przeprowadzili Fogler Kersten i Elmar R. Gruber. Ponieważ ciało owiniętego w całun turyński ? co wykazały badania ? było namaszczone maścią, w skład której wchodziła mirra i aloes, Kersten i Gruber także wysmarowali ciało człowieka, który był przedmiotem testu, maścią sporządzoną m.in. z mirry i aloesu, a następnie zawinęli go w płótno lniane. Wzrost temperatury spowodował obfite pocenie się, co w połączeniu z aloesem i mirrą doprowadziło do powstania na płótnie delikatnego obrazu podobnego do tego jaki znajduje się na całunie turyńskim. Całun turyński wykazuje oczywiście większe zmiany i ma bardziej wyrazisty rysunek wywołany obfitym krwawieniem, upływem czasu, wielowiekowymi procesami utleniania tkaniny, działaniem różnic temperatur i światła. Zatem eksperyment Kerstena i Grubera potwierdził, że w całun turyński zawinięto żywego człowieka.
 
Nie ulega też wątpliwości, że krew na całunie jest pochodzenia ludzkiego. Victor V. Tryon z Teksańskiego Uniwersytetu w San Antonio zbadał DNA pobranych z całunu próbek krwi. Stwierdził, iż krew zawiera chromosomy X i Y, zatem jest to krew mężczyzny. A zatem faktem jest też i to, iż w całun turyński owinięty był mężczyzna z krwi i kości posiadający zarówno chromosom żeński X jak i męski Y. Skoro w krwi całunu znaleziono chromosomy męskie i żeńskie, to gdyby był weń owinięty Jezus, to? ległby w gruzach następny dogmat chrześcijaństwa: dogmat o niepokalanym poczęciu, bowiem Jezus jako zrodzony z Marii dziewicy nie mógł mieć chromosomu męskiego Y. A to implikuje kolejne fakty: człowiek zawinięty w całun został spłodzony w normalny ?ludzki? sposób, bez żadnej boskiej interwencji. Chyba że popełnimy kolejną herezję i przypiszemy Bogu posiadanie obydwu ludzkich chromosomów ? XY.
 
I na koniec jeszcze jeden, może najmniej istotny, bo nie zweryfikowany, a jedynie prawdopodobny lub możliwy do rozważenia aspekt. W indyjskim stanie Kaszmir jest dolina i miejscowość Śrinagara, a w niej budowla, w której rzekomo pochowany został Jezus. Faktem jest, że w hinduskiej mitologii Jezus jest obecny, a miejscowi wyznawcy czczą tam grobowiec Yuz Asana, czyli rzekomego Jezusa, który po uniknięciu śmierci na krzyżu, uciekł z Palestyny, po czym przez Persję i Afganistan dotarł do Kaszmiru. Tam gdzie być może w młodości pobierał nauki jogi i kształcił się w zakresie medycyny, gdzie zetknął się z buddyzmem. Podkreślam ? w kaszmirskiej mitologii Jezus jest obecny. Miał mieć rodzinę, spłodzić potomków i dożyć 108 lat. Próbował tego dowieść oficer carski, Nikołaj Notowicz, Polak z pochodzenia, który spędził w Indiach ponad 20 lat szukając śladów Jezusa.
 
Co można powiedzieć? Nic pewnego! Wszak sam Jezus nie ukrywał, że po trzech dniach powróci do żywych i publicznie o tym mówił. Mówią o tym znacznie więcej znane i liczne apokryfy, których Kościół nie włączył do kanonu Pisma Św. (wręcz je obłożył klątwą milczenia).
 
Dlaczego sygnalizuję, być może nie dające się wyjaśnić wątpliwości? Przedstawiłem tu moje obiekcje wobec zapisów ewangelicznych, konfrontując je z wiedzą i praktyką m.in. starożytnej medycyny. Są to wątpliwości, które historyka skłaniają do postawienia pytania o to co zaszło ponad dwa tysiące lat temu na jerozolimskiej Golgocie? Dalej, co zrobić z wątpliwościami, które mogą się zrodzić u każdego, kto ma odrobinę krytycyzmu i kto przede wszystkim chce wiedzieć co się wówczas wydarzyło? Schować je do szuflady? Nie wspomnieć o nich jak to uczynił Apostoł Łukasz ? lekarz, którzy pominął milczeniem sprawę naczynia z octem, gąbki, aloesu bowiem wiedział, że wywoła to niepotrzebną i być może szkodliwą ciekawość? Przedstawione wywody, u mnie osobiście zrodziły wątpliwości w powszechne przekonanie, że Jezus umarł na krzyżu. Jest to tylko kwestia moich osobistych przemyśleń i wniosków. Nikogo nie zamierzam przekonywać do ich zaakceptowania, bowiem nie każdy musi je akceptować, ale każdy może je przeanalizować, czytając na nowo Ewangelie.
 

Res Humana nr 3/2013, s. 35-37