Czterech Śpiących: świadectwo pamięci i szacunku
 
Autor: Janina Łagoda
 

Tak Warszawiacy nazwali Pomnik Braterstwa Broni, upamiętniający żołnierzy polskich i radzieckich poległych w walkach o wyzwolenie stolicy. Było to wspólne dzieło polskich rzeźbiarzy i architektów, zrealizowane według projektu A. Nieńko. Tworzywo stanowiły metale uzyskane z przetopionych łusek i broni zdobytej w Berlinie. Jest to pierwszy pomnik powojennej Warszawy odsłonięty 18 listopada 1945 roku. Ostatnio został zdemontowany, bo stanął na drodze budowy Metra, ale z gwarancją odtworzenia nieopodal dotychczasowego miejsca.

Ta w gruncie rzeczy warsztatowa czynność wyzwoliła, po raz kolejny, namiętne komentarze: od pełnej akceptacji do całkowitej negacji dalszego trwania monumentu. Tym samym stwarza okazję do bardziej szerszego spojrzenia na materialne znaki naszej historycznej pamięci. Pomniki, tablice pamiątkowe, nazwy ulic, placów etc., ucieleśniają wyznawaną ideę, przypominają o czymś, co było ważne dla państwa, narodu, grupy społecznej, czy pojedynczych osób. W końcu stają się wyznacznikami tożsamości, tworząc międzypokoleniowe pomosty; innym zaś razem trudne do pokonania otchłanie. Losy narodu i państwa, to przecież skomplikowana amplituda wzniosłości i niepowodzeń, wyzwalających imperatyw stawiania śladów na tej burzliwej paraboli.

Pomnik Czterech Śpiących był odzwierciedleniem potrzeby takiej tożsamości. Wyraził atmosferę końca okupacji i wypełniał bez reszty entuzjazm z odzyskanej wolności, ale przytłoczony niepojętą tragedią narodu. Były to emocje ogromne, które w naturalny sposób aprobowały wszystko to, co doprowadziło do położenia kresu temu piekłu. Wypędzenie okupanta to nieopisanie radosna ekscytacja dla tych, którzy zrządzeniem losu przetrwali w gruzach Warszawy. Było to wydarzenie nadzwyczajne, trudne dzisiaj do ogarnięcia, lecz w powojennych dniach jednoznacznie wyczuwalne. W tamtych chwilach nie było wątpliwości co do tego, że ten, który wyzwalał, zajmował piedestał . Tak więc żołnierze radzieccy i polscy, idący z dalekich kresów, byli tymi, którzy nieśli oczekiwane wyzwolenie. Stali się więc naturalnymi właścicielami cokołu, zresztą co naturalne i najważniejsze, bo zbudowanego, z myślą o nich, przez cudem ocalałych.

Dzisiaj, z odległości wielu lat z łatwością zaprzątają inne spojrzenia na tamten historyczny przedział. Stają się impregnowane nawet na to, że ponad 70% badanych opowiada się za pozostawieniem Śpiących w spokoju. Czyżby już całkowicie opuściła nas pokora i uczciwość wobec historii?

Jest truizmem przypominanie tego, że nie wolno stawiać pomników przeciwko komuś, czemuś, bez społecznego zrozumienia, a nawet zachwytu, bo wówczas te, z pozoru szlachetne gesty, będą dzielić, a nie łączyć, staną się zarazem obiektami ataków i obrony, a więc bliskimi wojennym manewrom. Nie są to bynajmniej odosobnione przypadki. Starczy wskazać chociażby na niedawne podhalańskie upamiętnianie Ognia lub pośmiertny generalski awans Warszyca czy hołdowanie tzw. żołnierzom wyklętym, których ówczesne zachowania zagrażały utrzymaniu państwa polskiego i nakręcały spiralę odwetu. Ale jeśli się to dzieje z woli i pod patronatem najważniejszych osób w państwie, to czy jest jakaś racjonalna formuła wyjścia z zaklętego kręgu?

Wyzwolenie Warszawy i kraju nie nastąpiło przecież na polityczne zmówienie określonej partii, ale było rezultatem strategii aliantów, wśród których byli także protoplaści Czterech Śpiących. Zadziwiającą postać przybierają dzisiaj interpretacje tamtych zdarzeń, dokonywane przez niektórych polityków. Krótkowzroczność jest wprawdzie też ludzką cechą, ale jak to odnieść do polskiej racji stanu?

Weryfikowanie pamiątek związanych z PRL potęguje dekomunizacyjna inicjatywa byłego premiera tzw. IV RP, pilotowana nadal przez Instytut Pamięci Narodowej. Zmiany nazw ulic, lokatorów cokołów itp., mają na celu zerwanie z niedawną przeszłością i zapomnienie o PRL, mimo że to czasy dzieciństwa i młodości, również autorów tych brutalnych, graniczących z wandalizmem zamysłów, ale i sentymentalne refleksje ich rodziców, dziadków? Dzisiejsze zachowania niektórych stanowią pomieszanie absurdu z brakiem trzeźwej oceny własnego biogramu.

Nad takimi pomysłami unoszą się też opary dyletantyzmu w ocenie historii własnego państwa. W tę konstatację wpisuje się również powołany 17 maja 2012 roku w Sejmie ? głównie przez przeciwników Czterech Śpiących ? zespół parlamentarny ds. usunięcia z przestrzeni publicznej symboli nazizmu i komunizmu. W kontekście dbałości o umysłową higienę narodu propagowaną przez prawnie sprawiedliwą partię, może jedynie pozazdrościć resort zdrowia, ale to już inny wymiar aseptyki. W tym nieszczęściu pociesza to, że coraz bardziej ważone są słowa. Zaczyna wygrywać racjonalizm. Optymizmem napawać może to, że ? jak dotąd ? nie było sygnałów, abyśmy karczowali drzewa ? pomniki, wśród których wiele przecież zostało posadzonych przez nieprawomyślnych ogrodników. Oby nie wywołać wilka z lasu.

Wracając do pierwotnej inspiracji tych uwag, miejmy pewność, że po liftingu i przejażdżce ulicami Stolicy, Czterej Śpiący obejmą służbę na warszawskiej Pradze i nie będą poddawani stresującym politycznym atakom, jak chociażby przykładowo grożenie im wyprowadzką na Cmentarz Żołnierzy Radzieckich w Warszawie, albo do Muzeum Socjalizmu w Kozłówce. Nie są też sensownymi głosy o przydzieleniu tej kwatery kontrowersyjnemu rtm. Witoldowi Pileckiemu (w dniu 6.9.2013 r. awansowany do stopnia pułkownika). Może też, co niektórzy bardziej krewcy stołeczni magistraccy politykierzy, powstrzymają się od ponowienia pomysłu wysadzenia monumentu w powietrze. Pamiętać wszak trzeba o tym, że pomnik ten, to także, a może przede wszystkim, pamięć o polskich żołnierzach oswobadzających Warszawę, spośród których wielu nie doczekało majowej kapitulacji okupanta. Wśród nas żyją przecież ich krewni, znajomi, a przede wszystkim ci anonimowi wdzięczni wyzwolenia. Nie sposób aż tak karkołomnymi metodami skutecznie uprawiać politykę wewnętrzną ale i zagraniczną, zwłaszcza wschodnią, w którą Śpiący się wpisują. Gruzowisko, to przecież żaden fundament.
 
Autorka tekstu jest historykiem i niezależną publicystką. Publikowany tekst jest fragmentem większej całości, który zachowujemy w redakcyjnej tece do stosownego wykorzystania.
 

Res Humana nr 6/2013, s. 5-6