Księża: kim są? Autoprezentacja w służbie Panu Bogu (cz. 1)
 
Autor: Czesław Matusewicz
 

Poniżej publikujemy część pierwszą szkicu prof. Czesława MATUSEWICZA, psychologa, wieloletniego nauczyciela akademickiego w Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie, na temat księży, zwłaszcza ich autoprezentacji.

Uważamy tekst za unikalny i ważny, ze względu na nieobecność poważnej refleksji świeckiej na temat osób, tworzących polską wspólnotę duchownych.
Redakcja
 
Księża! Jest ich na świecie nieco ponad pół miliona, w Polsce liczebność tej grupy wynosi około 30?000 (dalszych 6000 kształci się w seminariach), znaczy to, że u nas jeden ksiądz przypada na plus minus 1250 osób. Dla porównania w sąsiednich Czechach pracuje 1956 księży i 184 kształci się w seminariach. Jeden ksiądz przypada tam na 5000 mieszkańców.

W Polsce mamy dwa systemy administracyjne: państwowy i kościelny. Porównania liczby funkcjonariuszy w podstawowych komórkach zarządzania wygląda następująco: liczba gmin z wójtami na czele wynosi nieco ponad 2500, liczba plebanii i księży plebanów z kolei osiągnęła 10?000. Porównania te mają swoją wymowę, i nasuwają poważne pytania m.in. i o to, czy powyższe dane nie wskazują na nadmiar asymetrii, oraz o źródła wpływu księży w nowoczesnym społeczeństwie polskim.

Niemniej istotny z punktu widzenia autoprezentacji jest oprócz ilościowego aspekt jakościowy zjawiska. Księża pochodzą na ogół z rodzin chłopskich, często bardzo ubogich. Kapłaństwo bywa dla nich jedyną realną drogą zdobycia wyższego wykształcenia, jakże dziś kosztownego oraz awansu społecznego. Jednocześnie nauka w seminarium duchownym bywa pierwszą szkołą życia, zachowania w świecie ludzi kulturalnych. W seminariach ? jak to podkreśla ks. Piotr Pawlukiewicz* ? uczono niekiedy elementarnych czynności higieny osobistej, np. ścielenia łóżka lub mycia zębów. Wielu z nich prezentowało (dotyczy to zapewne i stanu aktualnego) niski lub bardzo niski poziom wykształcenia, niektórzy dopiero w seminarium opanowują sztukę ortografii i korzystania ze skarbnicy wiedzy ludzkiej. Ich system wartości nie odbiega od tradycyjnych wzorców chłopskich, niekiedy zbliża się do uniwersalnych wartości kultury biedy, opisanych przez Oscara Lewisa, kulturoznawcę ze Stanów Zjednoczonych. Wartości te leżą u podstaw, niestety, dość często spotykanego cwaniactwa, braku tolerancji, żądzy bogactwa, prostackiego hedonizmu i innych przywar społeczno-moralnych. Trudno sobie wyobrazić to, że ludzie o tym wymiarze zdolni są mieć wpływ na masy wiernych bywać nierzadko się przywódcami na miarę naszych czasów.

Przedstawiona charakterystyka nie może być rozumiana jako uogólnienie dotyczące całej populacji księży. Taka generalizacja byłaby elementarnym błędem i niesprawiedliwą, krzywdzącą oceną wielu szlachetnych jednostek, księży oddanych ludziom i służbie bożej, najwyższemu dobru zarazem, Bywa też, że z tej amorficznej masy wyłaniają się wybitne jednostki, będące chlubą kultury narodowej, a nawet światowej. Nie będę wymieniał nazwisk, by nie pominąć kogoś z postaci znaczących, a Czytelnik zapewne bez trudu dokona niezbędnej egzemlifikacji przedstawionej tezy. Na marginesie dodam, że takie jednostki często funkcjonują poza głównym nurtem życia kościelnego, nie są akceptowane przez administrację kościelną. I w tym przypadku także nie będzie trudności ze znalezieniem właściwych przykładów.

Należy pamiętać przy tym i o tym, że księża nie stanowią grupy jednolitej także w sensie strukturalnym. Mamy do czynienia z księżmi diecezjalnymi i zakonnymi. Ci ostatni stanowią około 20% populacji i różnią się od pierwszych pod wieloma względami, m.in. trybem życia i typem relacji ze światem świeckich. Co więcej, zakony różnych reguł narzucają zakonnikom odmienne style życia, nie możemy zatem jednakowo oceniać np. benedyktynów, wielce zasłużonych dla rozwoju kultury i cywilizacji oraz zakonników wszelkich zakonów żebraczych.

Księża stanowią znikomy odsetek ludności naszego kraju, są o wiele mniej liczni niż lekarze, prawnicy, nauczyciele (np. liczebność tych ostatnich wynosi około 600 tysięcy), a mimo to mają znaczący wpływ we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Praktycznie rzecz biorąc dominują oficjalnie i zakulisowo w polityce, oświacie, wychowaniu młodzieży, sądownictwie i innych dziedzinach życia społecznego. Znaczą nawet więcej niż pozostałe grupy razem wzięte.

W strukturze prestiżu społecznego księżą lokują się na szczycie drabinki układu hierarchicznego. Przy czym status ten traktuje się jako przypisany, a więc przynależny grupie, nie wymagający uznania osiągnięć lub zasług jednostkowych. Sami księża i organizacje kościelne jawnie domagają się respektowania tego stanu rzeczy, o czym świadczą hasła o uprawnieniu Kościoła do ferowania ocen moralnych dotyczących wszelkich decyzji regulujących procesy życia społecznego.

W tym kontekście pojawia się ważne pytanie: dlaczego tak się dzieje i jakie są źródła ukazanego wyróżnienia? I nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi, bowiem powikłany splot licznych czynników warunkował i warunkuje ten stan rzeczy. Próbując wskazać niektóre z nich pominiemy te metafizyczne, nie poddające się empirycznej weryfikacji i te, wynikłe z politycznych uwarunkowań życia wspólnoty polskiej. Nie znaczy to, że ich rolę można uznać za marginalną, przeciwnie ? jest ona wiele znacząca. Piszącemu te słowa idzie jednak głównie o wyeksponowanie wpływu i znaczenia odwiecznych i świadomych zabiegów księży o zyskanie oraz utrwalenie wysokiego prestiżu grupy i jej uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie. Innymi słowy idzie o ukazanie roli i wpływów zabiegów autoprezentacyjnych księży.

Autoprezentacja jest ciągiem czynności wywierania zamierzonego, najczęściej korzystnego wrażenia na innych ludziach. Jest czynnością nadzwyczaj popularną, korzystają z niej zarówno młodzi (zazwyczaj spontanicznie) jak i starzy (w sposób przemyślany i wyszukany), kobiety i mężczyźni, piękni i szpetni, a nawet umierający życzą sobie ozdobnej trumny, pięknego ubrania i takiego wystroju postaci, by ładnie wyglądać po śmierci. Są oni zapewne świadomi tego, że nie zaznają przyjemności oglądu swego eleganckiego wizerunku pośmiertnego, niemniej pragną wspaniale wyglądać, a to z tego powodu, by w pamięci innych pozostawić atrakcyjny obraz swej postaci.

Niemal każdy człowiek pragnie, by pozytywny jego obraz w świadomości innych funkcjonował zarówno za życia jak i po śmierci. Nawet osoby tak sławne i popularne za życia, o tak znakomitym dorobku kulturalnym jak Horacy lub Puszkin podkreślały z dumą to, że dzięki swym dziełom (?Ja pamiatnik woznios nierukotwornyj...?) na wieczne czasy pozostaną we wdzięcznej pamięci ludów. Wskazany fakt świadczy o sile przeżyć tego typu i o ważności autoprezentacji w życiu ludzi.

Nie będzie to, jak sądzę, nadużyciem interpretacyjnym, jeżeli powiem, że mamy tu do czynienia z powszechną, a przy tym ważną i silną potrzebą dobrego wizerunku w oczach innych. Ludzie usilnie zabiegają o jej zaspokojenie. Co więcej, powyższe określenie należy rozumieć szeroko, wielopoziomowo. Niektórzy ludzie dbają przede wszystkim o dobrą opinię, reputację w środowisku, inni o uznanie ich mądrości, kwalifikacji itp. Natomiast zdecydowana większość zawęża to pragnienie jedynie do pielęgnowania pięknego wyglądu, kształtowanego na podstawie percepcji zmysłowej. Zwolennicy współczesnej koncepcji ewolucji podkreślają, że tak rozumiana atrakcyjność osobnicza jest uwarunkowanym genetycznie i jest sposobem na zapewnienia trwania gatunku oraz rozprzestrzenienie genów organizmu poprzez liczne potomstwo. Ma ona zatem biologiczną podstawę motywacji, jest pożądana i aprobowana.

Dzięki dobrej prezencji możemy zyskać zaufanie innych, zapanować nad nimi lub nawiązać korzystną interakcję albo rozmowę. Od czasów Cicerona przewija się w wielu wypowiedziach sentencja, że uroda więcej znaczy niż najlepsze listy polecające. Powiedzmy dobitniej: dobra aparycja, emanacja pewności, siły i znaczenia otwierają drzwi nie tylko do ważnych gabinetów. Współcześni psychologowie społeczni wykazali przekonująco, że prawidłowość ta sięga znacznie głębiej niż przypuszcza się potocznie.

Okazało się, że sędziowie skazują na niższe kary przestępców przystojnych, atrakcyjnych niż pozbawionych urody, nauczyciele porównywalne opracowania uczniów urodziwych wyżej oceniają niż brzydali. Przedstawianą prawidłowość bez trudu można dostrzec w pacy urzędników, negocjatorów, sprzedawców, a także księży.

Autoprezentacja poprzez atrakcyjny wygląd przysparza księżom nieco kłopotu. Bo z jednej strony jest ona, jak wskazałem, niezwykle skuteczna, a z drugiej kłopotliwa doktrynalnie. Zgodnie z nią ciało jest czynnikiem drugorzędnym wobec duszy, nie stanowi wartości samej w sobie. Niektóre autorytety kościelne z przeszłości (św Wincenty a Paulo, św. Teresa z Avila, św. Ignacy Loyola) nawet określały je jako ?obrzydliwość?, ?kupę gnoju?. Współcześnie takie stanowisko, oczywiście, jest nie do przyjęcia, niemniej pewne echa tych poglądów pobrzmiewają do dzisiaj. Mówi się o grzesznym ciele, niektórzy umartwiają się, uprawiają pokutę, a nawet biczują się. I wszystko po to, by wyciszyć popędy ciała i pobudzić przeżycia duchowe.

Jakie księża znaleźli wyjście z tej sprzeczności? Wykorzystują dwa, pierwsze sprowadza się do ?zawieszenia? zasad doktrynalnych w działalności praktycznej i uleganiu wymogom praktyki, np. nie przyjmuje się do seminariów duchownych osób o zeszpeconej twarzy, ułomnych, np. garbatych, kulawych, jąkających się, a także inwalidów. Zabieg ten uwalnia od problemu nieprzyjemnego i kłopotliwego wyglądu cielesnego księży, sług bożych.

Drugi sposób polega na przyjęciu orientacji kolektywistycznej i odrzuceniu lub sprowadzeniu do minimum orientacji indywidualistycznej. Znaczy to, że jednostkowy wizerunek księdza zostały ukryty pod wizerunkiem grupowym. Zuniformizowany, elegancki czarny strój księży świeckich, przykrywający całą postać, bezspornie wyróżniający się na tle innych grup społecznych i kontrastujący z ich roboczym ubiorem dnia codziennego, zdominował postrzegania księdza jako elementu większej całości, wspólnoty. Na dalszy plan zeszły, wyraźnie zwłaszcza w kontaktach dorywczych, jego cechy indywidualne.

Z punktu widzenia grupy jest to rozwiązanie bardzo korzystne, bo pozwala dyskontować walory dobrego wyglądy i jednocześnie ukrywać różnego typu wpadki jednostkowe księży. ?Przecież w każdej, nawet najlepszej grupie, znajdzie się jakaś ?czarna owca?! Doświadczenie dowodzi wielkiej skuteczności tej metody repudiacji, tuszowania, względnie pomniejszania znaczenia wad.

Wiele technik autoprezentacji księżą doprowadzili do perfekcji. Już sam wybór stanu duchowego jako pomysłu na życie określają wzniosłym terminem ?powołanie?. Byłby to naturalny zabieg semantyczny, gdyby przyjąć, że określenie to oddaje szczególne zamiłowanie, silną skłonność do aktywności pewnego typu. W tym sensie mówimy o powołaniu do zawodu nauczycielskiego, o lekarzu z powołania, powołaniu artystycznym itp. Księża swoje powołanie rozumieją jednak nie jako skłonność wewnętrzną, wyróżniające zamiłowanie lecz jako akt boski, efekt wyboru z woli samego Boga.

Kryteria boskiego wyboru są nieznane i niedostępne ludzkiemu poznaniu, podobnie jak jest niezrozumiałe to, iż Jezus wybrał tych, a nie innych apostołów, pisze ks. Pawlukiewicz. Znał przecież różne słabości tych ludzi, Judasza. Piotra, Zachariasza, a mimo to wybrał ich na apostołów. Znaczy to, że wybrańcy do ?służby bożej? zyskały specjalne wyróżnienie ?niebios?. Kwestionowanie zatem walorów kandydata na księdza w tym ujęciu jawi się jako niedopuszczalne podważanie wyroków boskich, jako grzech pychy.

Przeświadczenie o boskim powołaniu interioryzuje się, utrwala w kolejnych stadiach funkcjonowania księdza. ?Duchowni starają się robić wrażenie, że poszli za głosem powołania, ukrywając, jak to się dzieje w Ameryce, swe pragnienie awansu społecznego...? ? pisze Erving Goffman.

Kandydat na księdza, w wyniku tych zabiegów, jawi się jako ?namaszczony?, etykietka ?wybranego? nobilituje, wskazuje, że jest on osobnikiem lepszym od tego, który jedynie pragnie wyrwać się z nędzy, uciążliwości wiejskiego otoczenia, niekiedy z patologicznej rodziny, np. alkoholika. Motyw awansu społecznego lub wyboru dostatniego i wygodnego życia jest dyskretnie pomijany.
 
* Zachowania księży wywołują niekiedy różnorakie formy agresji. Pisze o tym obszernie ks. Pawlukiewicz. Moim zdaniem wynikają one z nadużywania przywilejów i narzucającej się, przejaskrawionej autoprezentacji.
Odnośniki:
1. Ks. P. Pawlukiewicz: Porozmawiajmy spokojnie o...księżach. Księża na księżyc i co dalej? Liberton, Warszawa, 1997.
2. Ks. M. Dziewiecki: Psycholog w konfesjonale. Wydawnictwo M. Kraków 2012

Res Humana nr 5/2013, s. 31-34