Ekonomia naprawdę dobra
 
Autor: Wacław Sadkowski
 

Tomáš Sedlaček, Ekonomia dobra i zła. W poszukiwaniu istoty ekonomii od Gilgamesza do Wall Street, przeł. Dariusz Bakałarz, Studio EMKA, Warszawa 2012.
 
Książkę Sedlačka ? prawdziwy bestseller na światowym rynku publikacji z zakresu ekonomii politycznej ? można traktować dwojako. Opcja pierwsza ? to jako zarys dziejów myśli ekonomicznej od pradziejów właściwie po najnowsze formy neoliberalizmu. I to już w pełni usprawiedliwia jej istnienie i sukces międzynarodowy. Gdyby dziełko to istniało w okresie moich studiów (polonistycznych, ale z obowiązkiem zaliczenia egzaminu z ekonomii politycznej socjalizmu!), dostałbym z tego przedmiotu z pewnością więcej niż trójkę. A może w ogóle bym ten egzamin oblał, bo socjalistyczna myśl ekonomiczna w doznawanym przez nas w owym czasie kształcie nie była przedmiotem szczególnej adoracji ze strony czeskiego ekonomisty, doradcy prezydenta Havla. Chociaż, kto wie... Nasz wykładowca przymrużał oko na różne kpiarskie żarciki, jaki mu serwowaliśmy, a w każdym razie unikał wystawiania ocen dyskredytujących studenta któregoś z humanistycznych wydziałów tej socjalistycznej uczelni, jaką wówczas uczyniono Uniwersytet Warszawski. Jest książka Sedlačka świetnie napisanym, przystępnym przeglądem wszystkich głównych ogniw myśli ekonomicznej; rozdział dot. Adama Smitha jest wprost perełką narracji edukacyjnej, a ?historia zwierzęcych instynktów? majstersztykiem eseistyki politologicznej. Z kolei zaś ?Ul łajdaków Bernarda Mandeville?a? uznać wypada za pokaz sztuki finezyjnego paszkwilu moralistycznego i politologicznego, przywodzący na myśl klasyczne pamflety Jonathana Swifta (pisane zresztą w sprawach Irlandii).
 
Ale jest też druga wykładnia zalet i uroków tej książki. Jest to bowiem jednocześnie nowoczesny traktat moralistyczny, zdyscyplinowany semantycznie i logicznie, rzeczowy i konkretny, ukazujący sui generis skundlenie nowoczesnej myśli ekonomicznej, w porównaniu do innych dziedzin nauk społecznych. Chociaż spotykamy i w innych dziedzinach wiedzy uznawanej za naukową objawy podobne, to jednak w żadnej niemal nie osiągnęły one dominacji tak całkowitej. Cóż to za rodzaj skundlenia diagnozuje czeski ekonomista?
 
Dało by się go z grubsza określić jako utratę użytecznego z punktu widzenia ogólnoludzkiego ukierunkowania wiedzy uzyskiwanej przez przedstawicieli tej nauki. W odróżnieniu od na przykład wiedzy medycznej (również nadżeranej dorobkiewiczowskimi praktykami, głównie z zakresu tzw. piaru), których dynamikę wydają się napędzać potrzeby lecznicze, zagrożenia najgroźniejszymi i atakującymi ludzkość na najszerszym froncie schorzeniami, głownie epidemicznymi), w odróżnieniu też od dokonań technicznych zmierzających ku maksymalnemu ułatwieniu działań ludzkich, a nawet tylko warunków życia człowieczego, ekonomiczne odkrycia i ?uskutecznienia ? dyktowane są jedynie chęcią maksymalizacji zysków, dokonywanej bez opamiętania i wielokrotnie ponad potrzeby ?inwestorów?, najbardziej nawet wygórowane, ale dające się usprawiedliwić względami racjonalnymi. Rozwój (rozumiany oczywiście jako przyrost zysków) w ujęciu współczesnej ekonomii nie tylko jest celem sam w sobie, ale wręcz uznaje się go za warunek istnienia przedsiębiorstwa, korporacji, systemu gospodarczego. Jeśli jakiś twór tego rodzaju nie zwiększa stale swej dochodowości, wypierany zostaje z rynku tak skutecznie, że zeń znika, zostaje unicestwiony. A według doktrynerów dochodowości wszelkie działania mające go z takich czy innych względów osłonić, wesprzeć w potrzebie, zachować przy życiu jako żywe świadectwo najbardziej nawet szlachetnej świetności, jest aktem bałwochwalstwa, bluźnierstwem wobec ?niewidzialnej ręki rynku?, etatyzmem (jeśli podejmuje taką próbę państwo, działając w imię interesu publicznego), zamachem na wolność. Nikt z orędowników tej doktryny ekonomicznej nie przyzna się oczywiście, że chodzi o wolność umierania przyznawaną w imię swoistego darwinizmu społecznego bytom słabszym, mniej bezwzględnym lub też zaspakajającym bardziej wysublimowane, a więc mniej ?rynkowe? potrzeby jakiejś klienteli, skądinąd może w jakimś stopniu społeczeństwu przydatnej. Taką przydatność dało by się może porównać do praw jakiejś mniejszości, które umie respektować demokracja dojrzała, ale które pseudo-demokracja lumpowsko-parweniuszowska ma za nic.
 
Przykłady widzimy na każdym kroku. Szczególne ich skupienie stanowi dzisiejszy ruch wydawniczy ? i nie można jego zamierania tłumaczyć samym tylko kryzysem, ani ?przeżywaniem się? cywilizacji gutenbergowskiej, opartej na druku. Ofensywa mediów post- gutenbergowskich nie osiągnęła jeszcze takiej skali, by druki przestały już w ogóle być potrzebne (i nie dotyczy to wyłącznie banknotów, też zresztą wypieranych przez karty platnicze!). Jeszcze nie zdołano stworzyć nowej biblioteki (przepraszam: mediateki!) aleksandryjskiej, która by skonsumowała wszystkie druki, na jakie zdobyła się ludzkość. I nawet gdyby takie przedsięwzięcie stawało się już osiągalne (i funkcjonalne), badania procesu przyswajania sobie i interpretowania treści myślowych przez człowieka dowodzą, że najbogatszym i najbardziej płodnym, inspirującym, twórczym sposobem uzyskiwania wiedzy i zdolności operowania nią jest słowo żywe i słowo utrwalone na piśmie, w druku, w zapisie audialnym. Dostarczają te ?media? bodźców naszej wyobraźni, rozwijają nasze umiejętności klasyfikowania informacji, enumerowania ich i kojarzenia w konstrukcje rozwinięte samodzielnie przez nas, a nie mechanicznie powielane w naśladowczej pogoni za ?obrazkami?, schematami i diagramami lub też wtłukiwane w komputer ?odpowiedzi? testowe.
 
W naszej dziedzinie najwyrazistszym ostatnio przykładem niszczycielskiego barbarzyństwa dokonywanego w wyniku radykalnego prymitywizmu intelektualnego jest skazanie na zagładę Państwowego Instytutu Wydawniczego (przy jednoczesnym mechanicznym powtarzaniu ? zupełnie jak ?za panią matką? ? listy zasług tej instytucji dla kultury polskiej). Obrano dla wykonania tego wyroku drogę, uznaną widać za stosunkowo najbezpieczniejszą dla egzekutorów: stopniowego (stopniowanego?) konania tej świetnej niegdyś oficyny wydawniczej z głodu, czy też na uwiąd starczy, za co przecież nikt bezpośredniej odpowiedzialności (przynajmniej w ich własnym mniemaniu) nie bierze. Homunculusy aranżujące ten zgon jednego z najbardziej zasłużonych wydawnictw polskich, które mogło było ratować kulturę humanistyczną Polski przy niewielkich w gruncie rzeczy i mających formę spłacanego kredytu nakładach finansowych państwa (którego organa mienią się opiekunami tejże kultury), mają jednak horyzonty myślowe wąskie w stopniu niemal samobójczym: nie uświadomiły one sobie jeszcze tego, że do historii przejdą wprawdzie, ale jako likwidatorzy dobra kulturalnego i intelektualnego, którego utrata jest trwałym okaleczeniem organizmu kultury polskiej. Okaleczeniem dokonanym z bezmyślnego konformizmu wobec neoliberalnego doktrynerstwa ekonomicznego.
 
Polecanie im książki Sedlačka do lektury jest rzucaniem pereł przed cielce, raczej zresztą tombakowe niż złote. Ale ofiary tej ?ostatecznej likwidacji? wszelkich reliktów systemu ?marnotrawienia? środków, które powinny napędzać ?rozwój dla rozwoju?, przeczytają tę rzecz z głębokim uznaniem.
 

Res Humana nr 3/2013, s. 42-43