Pół wieku po II Soborze Watykańskim
 
Eugeniusz Kabatc
 

Rozważania wokół myśli i praktyk religijnych w obszarze odwiecznej kultury i skali ludzkiego świata przypomina mi przeorywanie materii ducha jako substancji płynnej, głębokiej i niepojętej niczym wody morza kończące swój przypływ u naszych stóp.
 
Tak się właśnie poczułem, kiedy pół wieku temu znalazłem się w jesiennym Rzymie - jako stypendysta Uniwersytetu dla Obcokrajowców w Perugii ? i trafiłem na tę wysoką falę historii i sztuki, którą od razu dość buńczucznie próbowałem oswoić...Tak właśnie nazwałem moje ?rekonesanse włoskie?, plon bizantyjskiego na swój sposób ?giro d? Italia?, podczas którego skupiony zachwyt nad ?spiżową bramą śmierci? w Watykanie spotkał się z tanią pogodą obrazka wyławiania małż z płytkich wód morskich w okolicach Viareggio. To drugie było autentycznym oraniem morza, to pierwsze, owe symboliczne wrota bazyliki, przeniosło się na sens watykańskiego Soboru, który wypełnił był oto wnętrze katedry Św. Piotra wysokimi rusztowaniami ław biskupich i ciepłym głosem niezwykłego papieża.
 
Był październik, trwała przerwa w obradach, czas pierwszych zadziwień: Jan XXIII zapisywał się w kronikach katolickiego Kościoła mądrością historycznej decyzji, dobrotliwością swojego charakteru i otwartą bramą watykańskiego państwa, przez którą papieski pociąg wyruszył po raz pierwszy na terytorium Włoch z pontifexem rzymskim w pielgrzymce do Loreto.
 
Zaiste działy się wokół rzeczy niesłychane... Uśmiechnięta, przyjazna całemu światu twarz Jana XXIII wychylała się z pociągu przecinającego półwysep, witający go tłumami na dworcach i przejazdach kolejowych, śledzący każdy ruch nieoczekiwanego gościa kamerami młodej telewizji, przekazującej obraz z równym entuzjazmem, co budowane z rozmachem autostrady i inne objawy włoskiego ?cudu gospodarczego?. Utknąłem w środku tej dynamicznej rzeczywistości z rozdziawioną buzią, między naszą ambasadą, w której mój poprzednik, Tadeusz Breza, stworzył był właśnie swoje dzieła watykańskie ? Urząd i Spiżową bramę ? a samym Watykanem, skąd Jan XXIII ogłaszał ?Miastu i światu? swoją encyklikę nadziei, Pacem in terris, jako ekumeniczną konstytucję, ale i własne przesłanie. Tak oto ekumenizm włączał się do języka Soboru zapowiedzią drogi do pojednania chrześcijan i wszystkich ludzi dobrej woli. W mieście jeszcze straszono Bogiem [?Dio ti vede?], tu oferowano go jako pokój w polityce wraz z powszechnym duchem czasu.
 
Pora po temu była najwyższa. W tymże październiku soborowym narastał ostry konflikt kubański, dwie potęgi ? radziecka i amerykańska ? wyszczerzyły na siebie rakiety na Atlantyku, światowa wojna nuklearna wisiała na włosku...Dopiero w ostatniej chwili Chruszczow i Kennedy zostali zmuszeni do porozumienia, zdemontowano radziecką bazę na Kubie i amerykańską w Turcji... Papież odetchnął z ulgą i powrócił do swoich pół-tajnych rozmów z pewnym ważnym ziomkiem z Bergamo. Donoszono, że porozumiewali się w dialekcie b e r g a m a s c o i dlatego tylko rozmowy zakończyły się sukcesem. Bowiem rozmówcą Jana XXIII był komunista i trudno było przypuszczać, że w sprawach zasadniczych mogli cokolwiek ze sobą uzgodnić. A jednak porozumieli się właśnie w sprawach zasadniczych. Głębokiego humanizmu i sztuki. Ziomkiem papieża okazał się Giacomo Manzu, najwybitniejszy wówczas malarz i rzeźbiarz włoski.
 
Bardzo poruszyło mnie to wydarzenie, ustanawiając swoistą równowagę między wiarą a rozumem; toteż zanotowałem od razu w moich ?rekonesansach?: ?Manzu? wygrał konkurs na nowe drzwi do bazyliki w roku 1947. Następne trzynaście lat to okres cierpienia i niemocy. Triumf świętych i męczenników Kościoła ? co o tym nowego można powiedzieć?...A dzieło ma przez wieki całe zaświadczać o epoce, w której żyjemy. Jaka to jest epoka? Co ma wspólnego z męczennikami Kościoła? Dwie straszne wojny, faszyzm jako ostateczne upodlenie człowieka, wreszcie grzyby atomowych eksplozji... Więc chyba męczeństwo człowieka, współczesnego człowieka we współczesnym świecie...? A potem: ?Na otwarcie Soboru opracowuje w mozaice herb pontyfikalny wyłożony na kamiennej posadzce portyku. I pyta papieża, czy mu się to podoba. Papa Roncalli uśmiechnął się z zakłopotaniem i odpowiedział: ?Podoba mi się, drogi synu. Ale, prawdę powiedziawszy, to ja tego jeszcze nie widziałem: przez portyk zawsze mnie przenoszą w lektyce?. I ostatni zapisek z tamtych wydarzeń: ?Manzu? skończył swoje dzieło już po śmierci papieża. I nazwano te odrzwia ?bramą śmierci?. Okrucieństwo wizji artysty znalazło swoje usprawiedliwienie w tym, iż wrota, na których umieścił swoje płaskorzeźby otwierają się tylko z okazji wielkich pogrzebów. Zresztą nie całkiem odszedł od konkursowego tematu, bowiem dwie górne i największe płyty przedstawiają śmierć Marii i śmierć Chrystusa, zaś wśród dolnych, mniejszych znalazło się miejsce na śmierć Józefa, śmierć św. Szczepana, pierwszego męczennika, śmierć Grzegorza VII i śmierć Jana XXIII... Wszystko zostało przedstawione z laicką, dramatyczną siłą protestu przeciwko sytuacji, w której ?ludzie ludziom gotują ten los?. Najsilniej zaś idea ta objawia się w czterech pozostałych dolnych płaskorzeźbach przedstawiających śmierć Abla, śmierć przez powieszenie za nogi, śmierć w przestrzeni i śmierć na ziemi... Jasny, złoty brąz płyt drzwiowych, opasanych wewnętrzną wstęgą obrazową, na której Jan XXIII dokonuje otwarcia ?swojego? Soboru, witając murzyńskiego kardynała Rugambwę...?. Taka to miała być pełnia dwudziestego wieku, nowoczesna w sztuce i myśleniu, nie bez tradycji przecież wielkiego humanizmu i ofiar w zmaganiach o wolność człowieka.
 
Nie odwoływałbym się tak szeroko do tego epizodu sprzed pół wieku, gdyby nie przetrwał do dziś w bazylice watykańskiej jako symbol pewnej nowej polityki kultury, nowego otwarcia w Kościele pokoju, ponad walką z komunizmem o rząd dusz, z zaproszeniem do wspólnego stołu, przy którym wkrótce miało się wykluć wstępne porozumienie, określone donośnie jako ?kompromis historyczny?. Perspektywy były ogromne, Sobór był Ekumeniczny, z czynnym udziałem Polaków, także przyszłego papieża, Kościół katolicki zapowiadał braterskie pojednanie nie tylko z innymi Kościołami chrześcijańskimi, ale także, w sposób ewangeliczny, z judaizmem. Nawiązywał stosunki dyplomatyczne z krajami Europy wschodniej i znowu ruszał w świat z Ojcem Świętym na czele... Na podbój świata?
 
Kościół katolicki, czyli powszechny nie może być konsekwentny. Nie jest to monolit, nawet jego hierarchię tworzą tylko niedoskonali ludzie. Chcieć to nie znaczy móc.
 
Konstytucję duszpasterską II Soboru Watykańskiego Gaudium et spes niełatwo było ułożyć, ale jeszcze trudniej pozostać jej wiernym. Polska jest tego najbliższym przykładem, choć przykłady bezradności kościelnej wobec konfliktów politycznych, społecznych, a zwłaszcza ekonomicznych mnożą się deprymująco na całym świecie. Jednym z nich jest ruch określany w Ameryce Południowej jako ?teologia wyzwolenia?, której kapłani, angażujący się w zbrojną walkę o sprawiedliwość społeczną, nie znaleźli uznania w oczach papieskiego Watykanu. Cała historia Kościoła rozwijała się w mocno rozfalowanej linii dobra i zła lub po prostu błędów w polityce dominacji. Kościół czasem przyznaje się do nich, ale bardzo skromne wyciąga z tego konsekwencje. Nawet epoka Jana Pawła II nie była pozbawiona tych cech rozterki, mówiąc oględnie, natomiast po jego śmierci Kościół w Polsce znalazł się na manowcach, o czym świadczą coraz częściej krytyczne głosy już nie jego przeciwników, lecz przyjaciół, poważnych osób związanych z codziennym życiem religijnym w znaczeniu przede wszystkim etycznym. Nieoczekiwane naruszenie zasad, na których Kościół w Polsce miał oferować wiernym oparcie moralne w rozchełstanej pod każdym względem rzeczywistości, nakazuje skupić uwagę nad możliwością udzielenia pomocy szlachetnym nurtom wiary ze strony twórczych myślowo i obywatelskich sił kultury.
 
Szczęśliwie są takie obszary w tych marnujących się szansach posoborowej odnowy, na których polski Kościół ożywił swoje ekumeniczne inicjatywy, podejmując wraz rosyjską Cerkwią próbę historycznego pojednania już nie tylko pomiędzy katolikami a prawosławnymi, ale i między naszymi narodami. Dokument w tej sprawie, podpisany przez najwyższych hierarchów obu stron, nie wywołał wprawdzie zasłużonego rozgłosu, nie poruszył serc i sumień nawet światłej części naszego społeczeństwa, pozostawił jednak jakby jaśniejszą przestrzeń współbytu, w której teraz będzie można poruszać się świadomiej i pewniej. Wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy optują w pierwszym rzędzie za pojednaniem wśród samych Polaków.
 
Owszem, to jest jak oranie morza, połów jest tu zapewne skromny, dużej ryby wprawdzie się nie złowi, ale i z drobnych można czasem przygotować niezbędny posiłek. A na tych wodach zwłaszcza warto zachować umiar.