Pół wieku po II Soborze Watykańskim
 
Jan Turnau
 

Wypowiedź wstępna
 
Sobór był sukcesem Kościoła czy też zmarnowaną szansą jego głębokiej odnowy?
 
Odpowiedź na to pytanie jest po trosze kwestią optyki. Ja mam optykę prawie osiemdziesięciolatka. Pamiętam całkiem nieźle, co było przed pół wiekiem. W on czas takie spotkanie jak nasze dzisiejsze byłoby niemożliwe nie tylko dlatego, że szalała ?komuna?: mroził również przedsoborowy, szczelnie zamknięty Kościół rzymskokatolicki. Niemożliwe zgoła byłoby również wielowyznaniowe warszawskie nabożeństwo wczorajsze i w ogóle legion dzisiejszych wydarzeń. Takich, co mają miejsce nawet w naszej konserwatywnej ojczyźnie, nie tylko na rozbujałym reformatorsko Zachodzie. Sławna jest już dzisiaj opowieść księdza Adama Bonieckiego o swojej spowiedzi ?illo tempore?. Wyznał, że wówczas zajrzał do ?innowierczej? świątyni, i zapytał, czy był to grzech. Spowiednik nie był pewny, ale poradził mu, żeby na wszelki wypadek tego więcej nie robił. A teraz Jan Paweł II mówił o duszpasterskim priorytecie ekumenicznym, o skandalu rozłamu: teraz, co było grzechem, staje się cnotą. Duchownemu rzymskokatolickiemu nie wypada odmówić, gdy zostanie zaproszony do innego Kościoła: jeśli nawet nie odmawia, bo tego wymaga polityczna poprawność kościelna, to sam fakt jej istnienia jest wynikiem pojęciowej rewolucji.
 
No tak, ale była przecież deklaracja ?Dominus Jesus? i w ogóle w Watykanie widać wyraźnie ?przykręcanie śruby?. Nie da się ukryć, owszem, ale nawet tam jest owa śruba rozkręcona potężnie w porównaniu z zakręceniem przedsoborowym dumnego Kościoła rzymskiego. Już nie mówię o dialogu z judaizmem, ale w ogóle stosunek mojego Kościoła do całego pozakatolickiego świata jest z gruntu inny niż 50 lat temu. Bardziej pokorny, mniej napastliwy, chętniejszy do słuchania, czyli dialogu, mniej chętny do anatem.
 
Chyba nowość sytuacji polega przede wszystkim na  nieporównanie większej wolności myśli. Tu Kościoły rzymskokatolickie lokalne na Zachodzie różnią się od polskiego ogromnie i o nich tu głównie myślę, nie o naszym krajowym, gdzie, owszem, księdzu Rydzykowi wolno wszystko, ale księdzu Bonieckiemu zgoła niewiele. Tam każdy katolik mówi niemal, co chce. Gdy jest duchownym albo zakonnicą, musi się hamować, a raczej jest hamowany przez władzę krajową oraz centralną, niemniej nic to wobec sankcji w tamtych czasach. Owszem, teologowie awangardowi mają kłopoty, ale swoją drogą idą nieraz bardzo daleko. Nie mówię, że za daleko, cieszę się, że jest dyskusja. Co do biskupów, to uważają znacznie bardziej, ale też zdarza im się ?wychylać?. Patriarcha Lizbony kardynał Policarpo odezwał się odważniej o homoseksualistach i wzięty na dywanik w Watykanie, wycofał się, ale świętej pamięci kardynał Martini pozwolił sobie w tej sprawie niebywale bez żadnych konsekwencji. A powiedział przecież, że jeżeli taki związek międzyludzki jest trwały, to trzeba go uznać.
 
Jednym słowem ?odwilż? trwa i nie sądzę, żeby mogła być zamrożona. Historii nie da się cofnąć.
 
Wypowiedź końcowa
 
Jedną z idei odnowy soborowej była decentralizacja Kościoła, wbrew długotrwałej tradycji scentralizowanego jak żadna inna z chrześcijańskich rodzin wyznaniowych. I mimo oporów Rzymu moja międzynarodowa wspólnota wyznaniowa staje się obecnie coraz bardziej różnokształtna, nie ma jednak dobrego, co by na złe trochę nie wychodziło. Jest to, wydaje mi się, jedna z przyczyn, dla których polski Kościół lokalny taki jest, jaki jest, przedsoborowy w swoim zamykaniu się na dialog ze światem polskim pozakościelnym, w swoim upartym szukaniu misyjnego sukcesu w korzystnych dla siebie regulacjach prawnych, a nie we własnej duchowej ?konkurencyjności?. Zachodnie Kościoły chrześcijańskie są na ogół inne, południowe czy wschodnie raczej też i Watykan się z taką różnorodnością chyba raczej pogodził, choć awangardę hamuje. Jako żywo pogodził się przede wszystkim także z naszą radiomaryjnością i jej nie tępi, choć nie mogę uwierzyć, że Benedykt XVI uwielbia polski nacjonalkatolicyzm w takim nowym wydaniu.
 
Sądzę jednak również, że naszą kościelną specyfikę wiele tłumaczy historia najnowsza. W dyskusji usłyszałem, że mój Kościół domaga się praw dla mniejszości, gdy sam jest w mniejszości, a zapomina o nich, gdy dysponuje większością. Owszem, zdarzało mu to się nieraz i zdarza, choć znacznie rzadziej, tylko że jest to skłonność zgoła ogólnoludzka: ateistyczna formacja myślowa ma tu na sumieniu niejedną zbrodnię. I tamta przeszłość nie zachodzi mgłą, rodzi podejrzenia, że się powtarza. Biskupi nie rozumieją, że tendencje antykościelne w demokracji liberalnej to co innego niż administracyjna antyreligijność komunistyczna, ale polski fundamentalizm ateistyczny im tego zrozumienia nie ułatwia.
 
Profesor Tanalski postawił tezę, że soborowe oceny ateizmu były o wiele życzliwsze niż opinie na ten temat późniejszych papieży: Pawła VI i Jana Pawła II. Nie będę walczył na cytaty, choć teza ta wydaje mi się przesadna, różnice w owych opiniach są chyba mniejsze, proszę jednak przede wszystkim o wzięcie pod uwagę w ocenie poglądów Jana Pawła II choćby przyjaznych dialogów w Castel Gandolfo, w których brali przecież udział ludzie dalecy od wiary religijnej.