Pół wieku po II Soborze Watykańskim
 
Jerzy J. Wiatr
 

Zacznę od pytania, dlaczego Towarzystwo Kultury Świeckiej, organizacja laicka, złożona w przeważającej mierze z ludzi niewierzących, poświęca swoją doroczną sesję problematyce pięćdziesięciolecia Soboru Watykańskiego II? Czy podejmując tę tematykę wkraczamy na obcy teren?
 
Nie podzielam tych zastrzeżeń. Nie podzielam ich z trzech powodów.
 
Po pierwsze: już w 2006 roku przyjęliśmy stanowisko programowe, w którym wyraźnie stwierdziliśmy, że w działaniach na rzecz świeckości państwa i kultury potrzebne jest współdziałanie ludzi wierzących i niewierzących. Wynika stąd logiczny wniosek, ze tak ważne dla katolików wydarzenie, jakim był Sobór Watykański II, zasługuje na naszą uwagę.
 
Po drugie: Sobór obudził wielkie nadzieje, także wśród ludzi nie będących katolikami. Zasadne jest więc postawienie pytania, co z tych nadziei się spełniło, a w czym nastąpiło rozczarowanie. Pół wieku, jakie minęło od otwarcia Soboru jest dogodną okazją dla zastanowienia się nad tymi sprawami.
 
Po trzecie wreszcie: dyskusja o dziedzictwie Soboru Watykańskiego II wpisuje się w szerszy kontekst dyskusji o roli Kościoła Katolickiego we współczesnym świecie, a zwłaszcza w Polsce. Minione pięćdziesiąt lat bardzo wiele w tej dziedzinie zmieniło i warto wspólnie zastanowić się nad tym, co z tych zmian wynika.
 
Podejmujemy tę dyskusję w gronie panelistów, wśród których są zarówno działacze naszego Towarzystwa jak i wybitni intelektualiści katoliccy. To nowa, dobra formuła. Z powodzeniem zastosowaliśmy ją w niedawnej dyskusji na temat nauczania religii w szkołach publicznych. Zwłaszcza obecnie, gdy tak wiele dyskusji publicznych przeradza się w niewybredne ataki i seanse nienawiści, ważne i cenne jest to, że potrafimy rzeczowo i w przyjaznej atmosferze dyskutować ponad światopoglądowymi podziałami.
 
Mówimy o nadziejach zrodzonych przez Sobór Watykański II. Nadzieje te obejmowały trzy obszary.
 
Pierwszym były wewnętrzne sprawy Kościoła Katolickiego. Sobór ożywił nadzieje na zmianę konserwatywnego wizerunku Kościoła, na dowartościowanie w nim kobiet, na zliberalizowanie stosunku do spornych kwestii moralnych, zwłaszcza związanych z życiem seksualnym i rodzicielstwem. Z liberalnych kół katolickich słyszymy często głosy świadczące o rozczarowaniu tą stroną realizacji wskazań Soboru. Jest to sprawa wewnętrzna Kościoła Katolickiego. Nie poczuwam się tu do zajmowania stanowiska, choć rozumiem, dlaczego tak wielu katolików odczuwa dziś zawód.
 
Drugim obszarem jest stosunek Kościoła do innych religii i wyznań. Z zadowoleniem uważam, że w tym obszarze zmiany zaszły daleko i w dobrym kierunku. To Jan Paweł Drugi zapoczątkował wizyty papieskie w synagogach i zerwał z tą interpretacją historii biblijnej, która ? obciążając Żydów odpowiedzialnością za śmierć Chrystusa ? była źródłem antyjudaizmu i antysemityzmu. Ekumenizm stał się busolą w stosunku katolicyzmu do innych religii i wyznań. Do bardzo ważne i cenne, gdyż przyczynia się do nowego klimatu społecznego. Sądzę, że to jest obszar, w którym nadzieje związane z Soborem najpełniej się zrealizowały.
 
Wreszcie obszar trzeci ? stosunek do ludzi niewierzących: ateistów i agnostyków. Z oczywistych przyczyn jest to dla nas sprawa najważniejsza. Czy ekumenizm rozciągnąć można także na stosunek katolików i hierarchii Kościoła Katolickiego do ludzi niewierzących? Bez rozwiązania tej kwestii wszelkie działania zmierzające do budowania klimatu życzliwej tolerancji i współdziałania ponad światopoglądowymi podziałami będą mało skuteczne.
 
Osobiście uważam, że w tym właśnie obszarze mamy do czynienia z regresem. Nie wrócił, na szczęście klimat krucjaty, charakterystyczny dla pontyfikatu Piusa XII, ale stosunek do niewierzących nadal wyraźnie różni się ? na niekorzyść ? od stosunku do wyznawców innych religii. Ekumenizm, tak, jak go praktykują oficjalne kręgi kościelne, zatrzymuje się przed linią oddzielającą wierzących od niewierzących.
 
Nie musi tak być. Mamy w Polsce doniosły przykład szerszego ekumenizmu, nie ograniczającego się do dialogu między religiami i wyznaniami. Ekumeniczna Fundacja ?Tolerancja? ? dzieło niedawno zmarłego wybitnego działacza katolickiego Kazimierza Morawskiego ? skupia we wspólnych działaniach nie tylko ludzi różnych wyznań, lecz także niewierzących. To, że od 2004 roku ja, człowiek niewierzący, jestem przewodniczącym Społecznej Rady tej fundacji, mówi samo za siebie.
 
Jest to jednak wyjątek od ogólnej tendencji. Ta ogólna tendencji to niechęć do uznania ludzi niewierzących za równoprawnych współobywateli. Nikt ludziom Kościoła nie odmawia prawa uważania, że niewierzący to ludzie żyjący w błędzie, podobnie jak nikt nie powinien odmawiać ateistom uważania, że w błędzie znajdują się wyznawcy wszystkich religii. Spór w tej sprawie jest jałowy, bo nierozstrzygalny. Jest sprawą wiary lub jej braku, nie zaś sprawą dyskursu naukowego.
 
Przyjęcie takiego punktu widzenia oznaczałoby, że w dialogu między katolikami i niewierzącymi sprawy wiary odsuwane byłyby poza pole tego dialogu. Nie dlatego, byśmy je uważali za nieważne, ale dlatego, że nie uważamy, by mogły one zostać rozstrzygnięte. Jest jednak wiele spraw doczesnych, w których taki dialog jest możliwy i potrzebny. Nie oczekujemy od nikogo rezygnacji z własnych przekonań, ale domagamy się szacunku dla przekonań innych niż własne.
 
Mówię to mając w pamięci także złe praktyki ruchu laickiego w przeszłości, gdy brakowało mu zrozumienia i życzliwości w stosunku do ludzi wierzących i gdy wbrew głoszonym hasłom wspierał działania władz państwowych wymierzonych w Kościół i zmierzających do ateizacji społeczeństwa. Mam jednak w pamięci także to, że zmiana w polityce władz PRL w tych sprawach dokonała się w dużej mierze pod wpływem tych ludzi ruchu laickiego, którzy opowiadali się za tolerancją i dialogiem. Dla tych ludzi naszego ruchu Sobór Watykański II oznaczał nadzieję na nowe, zasadniczo inne niż dawniej, stosunki między wierzącymi i niewierzącymi. Sądzę, że nadzieje te w dużej mierze czekają nadal na spełnienie.
 
W skali historycznej pół wieku to niewiele. Posiew Soboru Watykańskiego II wymaga dłuższego czasu, by przyniósł plony w pełni odpowiadające ówczesnym nadziejom. Warto być optymistą.