Pedagogia przyspieszenia i spowolnienia
 
Autor: Sylwester Marynowicz
 

Doświadczałem na swojej skórze wszystkich dyscyplin pedagogicznych, których gałęzie stosują rodzice w wychowywaniu dzieci, posługując się przy tym procesie różnymi odmianami ładu. Najbardziej utrwaliło się w mojej pamięci posłuszeństwo behawioralne oparte na metodzie nagród oraz kar. I to było w czasie mojej młodości prawem naturalnym, albowiem zawierało w sobie autentyczny obraz życia od poczęcia do śmierci. Jeśli za jakieś występek nie otrzymałem kopa od rodziców, to z nawiązką uczynili to koledzy, Los a nawet Bóg. Po długiej męczącej drodze ?wychowania bez stresu?, która pozostawiła we mnie odruch wymiotny, dzisiaj stanęło na tym, że kop rodzicielski, czyli mój, grozi katowi, czyli mnie, więzieniem.
 
W tym procesie odbywającym się wedle praw pozytywnych nasuwają się pytania skądinąd ? jak do tego doszło, dlaczego tak się stało i czy aby zmiany dobrych praw na lepsze są równie skuteczne. Otóż, pedagodzy i psycholodzy odkryli całkiem niedawno, że dziecko to też człowiek i przynależą mu się wszelkie prawa naturalnie ludzkie (prócz obowiązków, bo te niezmiennie obarczają dorosłych). Nazywa się to humanistyczną psychologią wychowawczą. Dlatego dzisiaj każdy antyoprawca powinien być humanistycznym psychologiem. Niestety, praktyka mówi co innego. Co prawda w dalszym ciągu istnieje behawioryzm, ale w zasadzie należałoby go unicestwić. Nauka posługująca się metodami kar i nagród powinna być karalna (sic!). Pewnie to niebawem nastąpi, ale póki co pedagogia humanistyczna nie bardzo sobie radzi z kopaniem dorosłych przez dzieci oraz dzieci przez dzieci.
 
Nieco prostacko powyżej przedstawiony obraz mógłby być zdecydowanie wzbogacony. Np., że szeregi kryminalistów tworzą przede wszystkim tzw. dzieci niechciane, czyli socjopaci z przymusu, którym obce jest zjawisko rodzicielskiej miłości. W rzędach zaś neurotyków i psychotyków, leczonych w szpitalach, ustawiają się tzw. samoluby, czyli psychopaci wychowywani przez nadwrażliwych rodziców stosujących wobec swoich pociech normy zwiększonej wydajności, żywcem przeniesione z urzędowej walki szczurów.
Ale... Przejdźmy do rzeczy.
 
Co począć z ?prostactwem liczb?, które będąc inspiracją moich rozmyślań czynią człowieka durnym i bezradnym? Oto jak wygląda obecnie zjawisko stosowania prohibicji behawioralnej.
 
Z wielu źródeł można dowiedzieć się, że w tym roku (2012) wydamy ponad 3,1 mld złotych na polskie więzienia. Dzienny koszt utrzymania jednego skazanego wynosi 63 złote. Zakładów karnych w Polsce jest 86, a przebywa w nich około 100 tysięcy ludzi...
Nie wiem, jak się z tymi liczbami zmierzyć. W promilach, procentach czy w psychologicznych stenach?
 
Zdecydowałem się ? niczym zauroczony ?polski imbecyl?, jak mawiają o nas Anglicy ? odwołać się do kraju wzorcowego we wszystkich działaniach, czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej (Wielka Brytania nie należy do związku krajów modelowych. Na co wskazują choćby jednostki stosowane na wyspach W.B. do pomiarów świata). Cóż, liczby amerykańskie powaliły mnie z nóg. USA w postępowaniu penitencjarnym należy do państw przodujących. Słowem, jest dobrze, ale jakby inaczej. Powiększa się bowiem w Stanach liczba więzień i osadzonych. W czasie prezydentury Clintona za kratami pozostawało ponoć pół miliona więźniów. Mało. Ale, ale... Od 1992 r. zabito, ot tak, przy byle okazji, 170 tys. Amerykanów przez Amerykanów (czyli więcej niż łącznie w I wojnie światowej, w Korei oraz Iraku). Ostatnimi laty coś w tej materii niby się polepszyło, ale nikt w USA nie wie, jak do tego doszło. Wielu wybitnych obserwatorów twierdzi, że to dzięki legalizacji aborcji i zwiększeniu liczby mundurowych oraz wypełnieniu kryminalistami zakładów karnych po brzegi. Te nadbrzeża jednak jawią się nieco mniej ciekawie, kiedy dowiadujemy się, że wzrosła liczba prywatnych więzień, w których osadzonych jest 8% wszystkich przestępców, tzn. 128 tys. ludzi. Jeżeli ?imbecyl polski? umie jeszcze liczyć, to z prostego równania wynika, że w USA siedzi obecnie 1,6 mln więźniów. Co więcej okazuje się, że prywatne ?karniaki? to jest doskonały interes. Otóż największa prywatna firma więziennicza w USA jest notowana na nowojorskiej giełdzie. Corrections Corporation of America dysponuje 66 placówkami i miejscami dla 91 tys. więźniów. Jej przychody w 2011 r. sięgnęły 1,73 mld dol., a zysk netto przekroczył 162 mln dol. Jak właściciele CCA osiągają tak wysokie dochody? Nie wiem. Ale brzmi to co najmniej zajmująco i szokująco.
 
Ciekawa zatem wydaje się ocena tegoż problemu przez socjologów, psychologów i pedagogów. W ich opiniach najbardziej powalający jest spokój i chłód wypowiedzi. Take it easy. (Que sera, sera, whatever will be, will be, the future`s not ours to see. Que sera sera. What will be, will be.) Ale mimo wszystko, co z tego ambarasu wyniknie? Nie mam zielonego pojęcia, ale cytuję tych, którzy już wiedzą:
?Niezliczona jest rzesza młodych mężczyzn (głównie w wieku 18-35 lat), którzy odsiadują długie wyroki, zostawiając przyjaciół, rodziców, a przede wszystkim swoje dzieci bez opieki. Wydaje się, że w Stanach wkrótce do głosu dojdzie pokolenie dzieci, których ojcowie widziani są tylko przez kraty. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jaki efekt może przynieść dorastanie w takich warunkach. Nigdy bowiem wcześniej w historii Stanów Zjednoczonych tak wielu młodych ludzi nie widziało swoich rodziców w innym ubraniu niż we więziennym uniformie.
 
Problemem jest także koegzystencja w więzieniu naprawdę groźnych przestępców, dopuszczających się morderstw czy gwałtów, wraz z drobnymi złodziejami czy sprawcami (często nieumyślnymi) wypadków drogowych. Po pobycie w podobnym środowisku, powracająca do swego rodzinnego miejsca osoba ta już nigdy nie będzie taka sama. Zwolnionym nie zapewnia się większej pomocy, rzadko udaje się im rozpocząć nowe życie w zgodzie z prawem. Socjologowie amerykańscy zastanawiają się, jaki wpływ wszystkie te czynniki będą miały na rozwój USA w kolejnych latach. Czy pokolenie dzieci skazańców jest w stanie urzeczywistniać amerykańskie marzenia, czy też Stany Zjednoczone czeka powrót do kryzysu lat 90?? (M. Przybył, 2011, zebrane z artykułów z ?The Time?).
 
Trudno takiemu prostakowi, jakim jestem, wyobrazić sobie, co się może stać w najbliższych latach z wychowaniem amerykańskich dzieci w duchu psychologii humanistycznej, ale mam takie przekonanie, że warto pomyśleć humorystycznie ? tzn. humanistycznie ? o Al-Kaidzie czy Guantanamo w Stanach.
 
Rozbawiony tymi ?prostackimi liczbami? do łez, widząc zaledwie czubek własnego nosa, chodzę tak sobie po różnych księgarniach, biorę co mi w ręce wpadnie i nagle? oczy zaszklone przecieram. Odkrywam jakby kolejne oblicze toczącej się wokół mnie przemiany społecznej, o której także nie miałem bladego pojęcia. (Oby kolejne odkrycia miały nieco lepsze twarze Światowida.)
 
Carl Honoré (é ? accent aigu). Czy ktoś w Polsce słyszał o Carlu Honoré?! (Mężu Zaszczyconym). Może kilku psychologów humanistów ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, ale reszta, w tym ja ? nic. A facet napisał 310 stron ?Pochwały powolności. Jak zwolnić tempo i cieszyć się życiem?. Od razu mi ulżyło. Przynajmniej na chwilę.
 
Carl urodził się Szkocji, ale jest Kanadyjczykiem, bo Edmonton uważa za swoje miasto rodzinne. Niemniej ukończył Uniwersytet w Edynburgu. Z wykształcenia jest historykiem i romanistą. W końcu został dziennikarzem. Wyjechał do Brazylii, by zająć się ?dziećmi ulicy?. I znów powrócił do Europy, później wyjechał do Argentyny. Jednak co najważniejsze dzielił się swoimi przemyśleniami pisząc choćby artykuły w Economist. Obecnie mieszka i pracuje w Londynie. Ma żonę, dwójkę dzieci i pisze książki.
Po zapoznaniu się z informacjami zaczerpniętymi z biografii Carla mój dobry nastrój nieco się obniżył. Zaś po przeczytaniu ?Pochwały powolności? nabrałem podejrzeń, że książka ta nie trafi do 1,6 mln w USA i 100 tys. więźniów w Polsce, ale do wielu narwanych zapaleńców na pewno. W każdym razie, moim skromniutkim zdaniem, warto się pochylić nad wieloma spostrzeżeniami Carla Honoré, aby zastanowić się, czy można jeszcze gdzieś uciec, czy walczyć jak bitni Anglicy o Falklandy zwane Malwinami. Czy w kulturze konsumpcji da się spowolnić życie, aby pochylić się nad naszymi dziećmi, który to rodzaj zbliżenia nabierze znaczenia miłości? A tym samym zmniejszymy odsetek socjopatów i psychopatów? No, nie wiem, ale? (Dla ?polskiego imbecyla? i mężnego szkoto-kanadyjczyka wiara czyni w dalszym ciągu cuda i cudeńka.)
 
Nie znalazłem trafnych polskich pojęć do przekładu angielskich słów użytych przez Carla, jak ?slow? czy ?slowly?, ale należy domniemywać, że chodzi tu ?zwolnienie tempa życia wówczas, kiedy zwyciężając niezmiennie gonisz za każdym wyścigiem szczurów?. Sprawa jest bardzo poważna, albowiem chodzi tu o ludzi poczętych.
 
Otóż, Carl Honoré zwraca uwagę czytelnika na fakt, że nie bez wpływu na urodzenie dzieci o podwyższonej skłonności do dysrównowagi procesów fizjologicznych, która staje się gruntem dla częstszego utrwalenia agresji u poczętych, są ? wiadomo ? rodzice. Jednakże inicjowanie ?toksyczności? partnerów powstaje o wiele wcześniej niż psychologom i biologom się wydawało. Zaczyna się od tego, że dobrze usytuowani materialnie ludzie chcą być młodą parą w dość zaawansowanym wieku 35-40 lat. I dzisiaj staje się to normą. Skutki jednakże decyzji o posiadaniu dziecka w tym wieku mogą okazać się wielce kłopotliwe. I są. Nie ma bowiem w biologii nic za darmo. Fasadowość nie ma zbyt wiele wspólnego ze zmęczeniem materiału, stale zapisywanym w notatniku genetycznym.
 
Co więcej ? stajemy się społecznością jedynaków. Starsi partnerzy rzadko decydują się na drugie dziecko. Kalkulacje w tym względzie są dosyć proste. Przede wszystkim martwimy się o siebie. Będąc pod stałą presją kultury konsumpcji robimy wszystko, by zachować idealne zęby, włosy, ciało, wakacje, dom i wreszcie urodzić genialną, cudowną pociechę. Lęki i frustracje są paliwem napędowym działania ?średniaków?. Zaś ich dziecko staje się nośnikiem ułudy dorosłych, ich niespełnień i wyobrażeń o sukcesie. ?Starzy? rodzice są niemal doskonałymi przykładami na żywotność Kantowskiego imperatywu kategorycznego i obowiązku. Jednakże profesor Immanuel nie może być w pełni usatysfakcjonowany. Przymus ?starych? rozpływa się bowiem w działaniach neurotycznych, nadwrażliwych, a widoczne niepowodzenia dziecka budzą w jego opiekunach ogromne poczucie winy. Okazuje się bowiem, że mało doświadczeni, acz wiekowi rodzice mają tak małe doświadczenie wychowawcze, iż sami wymagają opieki. Nie cenię sobie młodych terapeutów, ale być może są oni idealnymi towarzyszami dla ?sfatygowanych? rodziców. Paradoks? Nie pierwszy i nie ostatni: osiemdziesięcioletnie pary młodych pouczane są przez wnuczków. Piękne. Nazywa się to SKS.
Czego możemy oczekiwać po małych egoistach wychowywanych przez czterdziestoletnich frustratów przesuwających normy zwiększonej wydajności z biura do domu? Wszystkiego.
 
Co mówi Carl ? zwolnij, zajmij się dzieckiem, przestań szczurzyć. Albowiem?
 
Już czeka na nas kolejny paradoks. Dzieci perfekcyjne są mniej kreatywne. Nie uczą się samodzielnego myślenia i podejmowania ryzyka. Między teoretycznymi sprawdzianami testowymi a naturalnymi próbami szybkiej oceny ryzyka w życiu leży głęboka różnica, jaką stworzyliśmy dla algorytmicznych komputerów, do których się upodabniamy, a biologicznym myśleniem człowieka, które opiera się o prawidła heurystyki z ogromnym marginesem do błędnie podejmowanych decyzji.
W tym układzie rzeczy już nienarodzone mają przechlapane. Albowiem?
 
Kolejny paradoks. Wraz z dobrobytem globalizacji wzrasta stopień rywalizacji, co pociąga za sobą ogromne poczucie niepewności w miejscu pracy o każde stanowisko; a to sprawia, że boimy się o nasze dzieci, o ich nienajlepsze przygotowanie do życia, chcemy, by stały się geniuszami, ale biologia ma to życzeniowe myślenie w głębokim poważaniu. W zastraszającym tempie rodzi się coraz więcej Eugeniuszy, rentierów żyjących na koszt ?starych?. Niestety (!) znaczny odsetek ?szczurzych dzieci? posługuje się tymi samymi kategoriami myślowymi, co ich opiekunowie. Nie wiem, jak zwykle, co ten kolejny etap wyścigu przyniesie, ale przedstawienie trwa. Oto wypowiedź 15-latka, która także powaliła mnie na kolana.
 
?Niedawno pisałem próbny egzamin dla gimnazjalistów. Wspólnie z kolegami zastanawialiśmy się, czy był on potrzebny, czy nie. Według mnie jest sporo argumentów, które przemawiają za zasadnością takiego egzaminu.
 
Po pierwsze ? już wiem, jak będzie wyglądał prawdziwy egzamin na zakończenie gimnazjum.
 
Po drugie ? nauczyłem się dobrze rozplanowywać czas, który był nam dany na napisanie testu. Pragnę zauważyć, że nowością jest dla nas kodowanie prac. Jestem przekonany, że po takim próbnym egzaminie na pewno nie będę miał z tym żadnych problemów. Warto podkreślić, że każdy egzamin niesie ze sobą stres, ale też mobilizuje do nauki. Miałem więc okazję do solidnej powtórki. Kolejnym argumentem przemawiających za tym, że warto pisać próbny egzamin jest fakt, że mogliśmy ocenić swoje możliwości i umiejętności.
 
Nie jestem przekonany co do formuły tego egzaminu. Uważam, że test powinien być czytelniejszy, a nauczyciele powinni objaśniać polecenia. Pragnę zauważyć, że nie każdy pisał egzamin z tego profilu, w którym czuł się lepszy. Na zakończenie przytoczę wyniki badań przeprowadzonych w młodszych klasach naszej szkoły: 91% uczniów opowiedziało się za, a 9% ? przeciw. Wśród moich rówieśników wszyscy byli za, natomiast wśród opinii społecznej 86% badanych uważa, że taki egzamin jest potrzebny. Prasa i media twierdzą, że ?egzamin był trudny jak na możliwości 15-latków, ale organizowanie takich sprawdzianów jest zasadne??.
 
Dla dobrego samopoczucia tego zacytowanego powyżej ?gienusza?, jemu podobnych naukowcy określili nową funkcję i rolę, jaką pełnią dla nich ?starzy?. Hyper-rodzicielstwo, albo bardziej obrazowo ?rodzic śmigłowiec? (np. mama helikopter). Tata wisi nad głową swojej pociechy przez 24 h na dobę niczym stary, acz uwspółcześniony wizerunek anioła stróża. Niestety, te super samolociki udają jedynie perpetuum mobile, co ? jak się pewnie niedługo okaże ? grozi wielką katastrofą.
Cóż, dla świeckiego spokoju, tyle.
 
I aż tyle! Z niemałym strachem przedstawiłem te dwa skrajne obszary, w których poruszają się lub będą się poruszać nowonarodzeni. Straszne. Przy życiu trzyma mnie w dalszym ciągu magiczne życzenie: oby znalazł się dla moich dzieci jakiś ciekawszy i normalniejszy labirynt życia. Może się znajdzie? Choćby ten z Trzech panów w łódce (nie licząc psa) Jerome?a K. Jerome?a, angielskiego pisarza, który nigdy nie nazwał swoich bohaterów ?imbecylami?, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Powiem nawet więcej ? JKJ wskazał mi sposób, w jaki należy wychowywać urokliwych pomyleńców. Korzystam z jego (Jego) sugestii do dzisiaj. I pomyśleć, że opowieść została wydana w 1889 r. Polecam!
 

Forum Myśli Wolnej nr 54/2012, s. 23-27