Historia czy mitologia? Spór o najnowszą historię Polski

Autor: Andrzej Młynarski
 

Obrady tzw. Okrągłego Stołu w Polsce trwały w okresie od 6 lutego do 5 kwietnia 1989 roku. Pierwsza tura wolnych wyborów odbyła się w dniu 4 czerwca 1989 roku, druga 18 czerwca 1989 roku. Wybory zakończyły się klęską rządzącej nieprzerwanie od grudnia 1948 roku Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Polskiej prawicy (Komitet Obywatelski „Solidarność”) rządząca w Polsce lewica przekazała bezkrwawo całą władzę polityczną i gospodarczą. 12 września 1989 roku utworzono solidarnościowy rząd (pomimo formalnego udziału w nim kilku ministrów wywodzących się z PZPR) z Tadeuszem Mazowieckim na czele. Od samego początku robotnicy i chłopi zostali podporządkowani instrumentalnym, ale wówczas jeszcze ukrywanym celom politycznym. Ich rola miała się sprowadzić do całkowitej likwidacji socjalizmu w Polsce i przywrócenia kapitalizmu. Kapitalizm zmniejsza lub znosi w ogóle znaczenie związków zawodowych. Neoliberalna globalizacja oznacza globalizację kapitału, redukcję miejsc pracy, pauperyzację robotników i pracowników pracy najemnej. O nic innego zresztą nie chodziło. O pacyfikację klasy robotniczej i eliminację jakiejkolwiek możliwości skutecznego protestu społecznego. Wybitny polski historyk Jerzy Krasuski stwierdzał wprost, że kapitalizm nie boi się robotniczych buntów i nie upada z powodu strajków. Robotnicy mieli się o tym dowiedzieć jako ostatni. Już jako bezrobotni, wykluczeni i niepotrzebni.
 
Znany i ceniony polski ekonomista Tadeusz Kowalik odnosząc się do roli „Solidarności” w najnowszej historii Polski uznał wydarzenia z lat 1980–1992 za tragikomedię. Pisał, że największy w Europie, najbardziej masowy ruch pracowniczy dokonał przewrotu społecznego, z którego wyłonił się jeden z najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie zna historia naszego kontynentu w okresie powojennym. O tym wszystkim doskonale wiedziano, ale ze zrozumiałych względów milczano. Szybka restauracja kapitalizmu i plan Balcerowicza określany potocznie jako terapia szokowa w polskiej gospodarce miały absolutny priorytet. Robotnicy i chłopi mieli być tylko ślepym narzędziem tego antykomunistycznego przewrotu. Później jego największymi ofiarami. Wicepremier i równocześnie minister finansów obiecywał i wmawiał naiwnemu społeczeństwu, że po trzech miesiącach sytuacja gospodarcza się poprawi, a ludzie odczują zmiany na lepsze. Już po kilku miesiącach okazało się, że poprzez masową likwidację państwowych zakładów pracy i przywilejów socjalnych z okresu socjalistycznej Polski ludziom nie tylko nie jest lepiej, ale znacznie gorzej niż było. Zaczął się sprawdzać czarny scenariusz polskiej transformacji ustrojowej trwający do dzisiaj.
 
W oficjalnej polityce i mediach postawiono na socjotechnikę. Tylko w taki sposób można było odwrócić uwagę społeczeństwa od bolesnego i dolegliwego dla milionów procesu przywracania w Polsce kapitalizmu w jego drapieżnej XIX-wiecznej postaci.
 
David Ost, amerykański socjolog i politolog przedstawił w swojej pracy opublikowanej w Polsce w 2007 roku bodaj najpełniejszą analizę procesów zachodzących w Polsce po 1989 roku. Nie wchodząc w szczegóły, nie one są tematem artykułu, choć stanowią jego ważne tło, należy stwierdzić, że to Ost zwrócił uwagę na osobliwy polski fenomen: na całym świecie wyzyskiwani przez kapitalistów robotnicy zwracali się w stronę partii lub ruchów lewicowych. W Polsce odwrotnie. Według Osta polscy robotnicy określali się jako antykomunistyczni katolicy. Zintegrowani wokół walki z cieniem i widmem. Z „komunizmem”. Niczego takiego w Polsce po 1945 roku wprawdzie nie było, ale robotnikom skutecznie wmówiono, że walczą o swoją wolność z wrogim im komunizmem. Trudno nie zgodzić się z Ostem, gdy pisał, że świadomość klasowa polskich robotników praktycznie w owym czasie nie istniała lub dla nowych elit wywodzących się z „Solidarności” po prostu była zbędna i niewygodna. Tak jak i poczucie całkowitego przeciwieństwa kapitalistycznych i robotniczych interesów. Wykluczających się nawzajem. Paradoksalnie to robotnicy doprowadzili do upadku Polski Ludowej zupełnie nieświadomi zagrożeń, jakie dla ich indywidualnej egzystencji niesie ze sobą wprowadzany w Polsce kapitalizm Było to świadome oszustwo, jakiego dopuścili się związkowcy z „Solidarności”, nie tylko wobec władz Polski Ludowej (w czasie trwania obrad Okrągłego Stołu nikt nie mówił o zamiarze przywrócenia w Polsce kapitalizmu), ale przede wszystkim wobec tych, których mieli oni reprezentować. Według Osta związkowcy z „Solidarności” nie utożsamiali się z robotnikami, uważali natomiast, że typowa dla kapitalizmu gospodarka rynkowa zostanie w ten czy inny sposób przyjęta i zaakceptowana. Była to tragiczna pomyłka i zamierzone kłamstwo. Niejako przy okazji rozwijano też antykomunistyczną retorykę.
 
Już na początku lat 90. i to jeszcze przed utworzeniem IPN polski McCarthyzm choć w znacznie łagodniejszej formie był nie tylko widoczny, ale i gorliwie wprowadzany. Powstanie na mocy ustawy sejmowej z 18 grudnia 1998 roku IPN przyspieszyło wszystkie wcześniejsze trendy zakłamywania najnowszej historii Polski i zastąpienia jej wygodną dla prawicy endecką i narodową mitologią. Przypomnijmy, że Narodowa Demokracja powstała w 1887 roku i była skrajnie prawicowym i nacjonalistycznym ruchem politycznym. Endeckie idee były propagowane wśród robotników i chłopów przy aktywnym wsparciu Kościoła rzymskokatolickiego. Przywódcy Solidarności doskonale wiedzieli, że mają przed sobą wielkie, ale bezkrytyczne grupy ludzi integrowane poprzez skrajny antykomunizm i chrześcijańsko-fundamentalistyczne tradycje w historii Polski. Manipulacja, oszustwo, polityczny odwet i zwykła dintojra miały wyznaczać dalszy rozwój Polski. Fundamentalne oszustwo zostało przedstawione przez stronę solidarnościową już w czasie obrad Okrągłego stołu. „Solidarność” głosiła, że stanowi tzw. demokratyczną opozycję. W rzeczywistości była wyłącznie opozycją antykomunistyczną i antysystemową. Strona rządowa naiwnie wierzyła w te zapewnienia. Konsekwencje są znane. Była nią zgoda na przekazanie polskiej prawicy władzy i przywrócenie w Polsce kapitalizmu.
 
Prawicowi historycy używają często sloganu o „wolnej Polsce”. Mają przy tym na myśli Polskę sprzed 1939 roku jako rzekomo wolnościowe zaprzeczenie zniewolonej przez obcych PRL. Zasadnicze i badawczo uprawnione jest więc pytanie od kiedy właściwie tamta Polska była tak naprawdę wolna? Od zabójstwa pierwszego prezydenta II RP Gabriela Narutowicza, od zamachu majowego z 1926 roku Józefa Piłsudskiego, od procesów brzeskich, od utworzenia obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej, od uchwalenia konstytucji kwietniowej z 1935 roku i odpowiedzialności prezydenta państwa przed „Bogiem i historią” czy od wprowadzenia w Polsce dyktatorskich rządów pułkowników? Od kiedy? Dyżurni historycy z IPN i nie tylko oni, posługiwali się manipulacją i fałszem w zohydzaniu okresu Polski Ludowej i równoczesnej bezkrytycznej apologii II RP. Rzetelną analizę procesów dziejowych i próbę ich wyjaśnienia zastąpiono antykomunistycznym szaleństwem. Budowano atmosferę szczucia, podejrzliwości, manipulowano na nieznaną dotychczas skalę umysłami i wprowadzono inkwizycyjne procedury (powszechna lustracja). Praktycznie każdy kto był lojalnym obywatelem PRL – legalnego i uznawanego przez wszystkich państwa polskiego – mógł i może stać się ofiarą sądu kapturowego IPN i zostać uznany za „agenta”. Trudno nie zgodzić się z Ostem, że polskim robotnikom wyznaczono wyłącznie rolę klakierów wąskiej elity zainteresowanej kapitalistyczną restauracją. Faktycznie zmieniono i zużyto definicję demokracji.
 
Jak już wspomniano punktem odniesienia i wzorem do naśladowania dla prawicowych historyków w Polsce była i jest II RP. Podziwiana, czczona i hołubiona. Przedstawiana jako przykład prawdziwego polskiego patriotyzmu. Jeśli tak, to ci sami prawicowi historycy w trosce o własną wiarygodność i warsztatową rzetelność powinni rozliczyć się najpierw z tamtą Polską. Nie robią tego, a szkoda, bo jest się z czym rozliczyć.
 
Tymczasem organizowane przez IPN groteskowe konkursy w rodzaju „opowiem ci o wolnej Polsce” nie są tylko zwykłym przejawem stanu umysłów zatrudnionych tam historyków. W opinii prezesa tej instytucji są „kształtowaniem świadomości historycznej Polaków”. Uwaga to tym ważniejsza, że działacze endeccy na emigracji po 1945 roku stanowili trzon wszystkich kolejnych tzw. „rządów” emigracyjnych w Londynie. Jest to w tym kontekście ważna konstatacja i znamienna refleksja. IPN jest przecież instytucją państwową powołaną do życia przez polski Sejm i finansowaną z pieniędzy wszystkich podatników. Nie jest to więc tylko skrajnie prawicowa fundacja prywatna, a jej prezes i jego pracownicy nie są wynagradzani z pieniędzy prywatnych sponsorów czy donatorów. Gdyby tak było, mieliby pełne prawo we własnym zakresie i za własne pieniądze kształtować świadomość historyczną Polaków w oparciu o tylko jedną endecką wersję najnowszej historii Polski. Tak jak to robi do tej pory. Kolegium IPN reprezentuje tylko jedną orientację polityczną w Polsce: orientację narodowej prawicy. Za wiedzą i zgodą najwyższych władz w państwie. Odbiera to faktycznie IPN status placówki badawczej i naukowej. Żaden szanujący się instytut naukowy na świecie nie przedstawia tylko jednego poglądu i nie ogłasza wszystkim, że tylko ten jest jedynie słuszny i prawdziwy. IPN robi to na co dzień. Trudno nie zgodzić się z wybitnym polskim badaczem Bronisławem Łagowskim, że IPN jest wyłącznie narzędziem politycznej zemsty i odwetu. To już nie nauka, ale nachalna skrajnie prawicowa indoktrynacja i pranie mózgów młodego pokolenia Polaków w skali masowej.
 
Jako spadkobierca i świadomy propagator myśli endeckiej w Polsce IPN bierze na siebie odpowiedzialność za dalszą przyszłość państwa polskiego. Za praktyczne rezultaty takiej, a nie innej anachronicznej i ultraprawicowej agitacji. Takiej, a nie innej wizji Polski. Jej wpływu na miejsce Polski w Europie i jej dalszego cywilizacyjnego rozwoju. Endeckie tendencje charakteryzowały przede wszystkim: agresywny nacjonalizm i szowinizm, pogarda dla mniejszości narodowych, wspominany już skrajny antysemityzm i programowy antykomunizm. Endecja tylko werbalnie odcinała się od pokrewieństwa z faszyzmem. Znakomity polski publicysta Kazimierz Koźniewski pisał, że z dziedzictwa Romana Dmowskiego wyłoniły się tak zwane Narodowe Siły Zbrojne, które w walce z Żydami, lewicą, komunizmem i Związkiem Radzieckim gotowe były współdziałać z hitlerowcami. Koźniewski stwierdzał też dalej, że pozostała również pamięć – niedobra pamięć – o polskiej odmianie faszyzmu i jej twórcy. Ideowe podobieństwa pozostały aktualne do dzisiaj. IPN kształtuje świadomość historyczną młodzieży w Polsce – by użyć dosłownie określenia prezesa tej instytucji – poprzez jej endecką indoktrynację i odwoływanie się do ideowego dorobku przedwojennej endecji. Tu nic się nie zmieniło. Prawicowi ekstremiści z IPN w specyficznych polskich warunkach mogą sobie pozwolić na pełną bezkarność i działalność pod szyldem instytucji państwowej. Kompromitują nie tylko siebie. Kompromitują państwo polskie.
 
Od chwili swego powstania IPN świadomie i celowo postawił znak równości pomiędzy nacjonalizmem a patriotyzmem. Tymczasem patriotyzm w jego słownikowym znaczeniu oznacza jedynie szacunek dla historycznej i kulturowej spuścizny własnego narodu, a przede wszystkim poczucie odpowiedzialności za państwo. Badacze niemieccy zajmujący się różnicami pomiędzy patriotyzmem a nacjonalizmem trafnie zwracają uwagę na bardzo cienką linię dzielącą patriotyzm od nacjonalizmu. W negatywnym sensie patriotyzm prowadzi zawsze do narodowej arogancji, szowinizmu i agresywnego nacjonalizmu. W całościowej ocenie działalności IPN można zresztą odnieść nieodparte wrażenie, że pracownikom tej instytucji o nic innego nie chodzi. Świadomie zapomniano, przeoczono lub zignorowano fakt, że nacjonalizm jako ideologia egoizmu narodowego łączy się zawsze z poczuciem własnej urojonej i rzekomej wyższości, megalomanią, narodowym samouwielbieniem, arogancją, z pogardą i nienawiścią wobec innych narodów i jako taka jest całkowitym zaprzeczeniem patriotyzmu. Adam Schaff stwierdzał, że tylko skrajny nacjonalista i szowinista zawsze pochwala wszystko, co wiąże się z jego narodem. Zdaniem Schaffa rzeczywisty patriota pozostaje w ciągłym sporze z własnym narodem właśnie po to by zwalczać jego złe cechy, nawyki i zwyczaje. W interpretacji endeckiej i skrajnie prawicowej patriotyzm sprowadzono tylko do prymitywnej i jawnie szowinistycznej formuły w rodzaju: „mój naród ma zawsze rację”. Taka też interpretacja patriotyzmu jest oficjalnie propagowana przez IPN. Jest to w istocie faktyczna negacja patriotyzmu, swego rodzaju antypatriotyzm.
 
Działalność IPN kompromituje również rządzącą w Polsce prawicę. PO nie zrobiła niczego dotąd by doprowadzić do likwidacji instytucji propagującej wyłącznie myśl endecką i kształtującą tylko skrajnie prawicową świadomość historyczną młodego pokolenia Polaków. IPN jest w istocie instytucją permanentnej zimnej wojny domowej w Polsce. Jest to instytucja państwa stanu wyjątkowego, a nie państwa, w którym obowiązują cywilizowane i demokratyczne standardy prawne. Taki stosunek do najnowszej historii Polski ma daleko idące konsekwencje. Powoduje, że współczesna Polska jest krajem dwóch światowych fenomenów: antykomunizmu bez komunistów i antysemityzmu bez Żydów. Legitymizuje to prawicowy ekstremizm, religijno-klerykalny fundamentalizm i obskurancki katolicyzm w życiu społecznym i politycznym współczesnej Polski. Lansuje całkowicie zafałszowany wzór prawdziwego Polaka i patrioty. Owym prawdziwym Polakiem jest tylko człowiek o prawicowych poglądach, praktykujący katolik, identyfikujący się z sarmackim stylem życia. Obowiązującymi wartościami są: antysemityzm (wg. Strobla odgrywa on rolę centralną i wiodącą), rusofobia, polonocentryzm, mariologia, mesjanizm, narodowa megalomania, ordynarnie (w niemieckim oryginale tekstu Strobla-grob) sfałszowana i wywyższona historia własnego narodu. Stąd wynikają wszystkie kalumnie i oszczerstwa na temat Żydów w kraju, na terenie którego dokonał się Holocaust, używanie endeckiego mitu o „Żydokomunie”, „Judeopolonii” etc. Gra na najniższych ludzkich instynktach wyróżnia całą działalność programową IPN. Duchowi podżegacze i podpalacze z kręgów skrajnej prawicy nawiązują tu do tradycji przedwojennej faszystowskiej „Falangi” Bolesława Piaseckiego. Historycy IPN utrzymują Polaków w błogim przekonaniu, że są najzdrowszym i najbardziej wartościowym narodem na świecie. Narodem pełniącym rolę „Antemurale Christianitatis” – przedmurza chrześcijaństwa ratującym Europę przed moralnym upadkiem.
 
Ukazujące się w Paryżu od 1982 roku „Zeszyty literackie” (redakcja czasopisma została przeniesiona do Warszawy w 1992 roku) opublikowały w 1991 roku „List do ojca”. Jan Ryszard Bychowski był żołnierzem polskich sił zbrojnych na Zachodzie, lotnikiem i polskim Żydem. Przed swoją śmiercią w 1943 roku gdy jego bombowiec został zestrzelony w czasie lotu bojowego nad Kolonią Bychowski zdążył napisać list do ojca. W liście znajdujemy opis emigracji polskiej w Londynie. Bychowski zaczął od analizy stanu umysłów polskiej inteligencji. Jego zdaniem sposób myślenia tej grupy ludzi pozostał wąski, „narodowy”, nacjonalistyczny i wyprany z jakiegokolwiek poczucia rzeczywistości. Pomimo klęski wrześniowej w kręgach tych otwarcie snuto plany powojennego protektoratu nad Litwą i krucjatą antybolszewicką. W tym miejscu Bychowski powołał się na raporty z kraju wydane przez emigracyjne MSW w księdze maj–czerwiec 1943. Wiele miejsca poświęcił stosunkom polsko-radzieckim. Ta część analizy Bychowskiego jest szczególnie ważna, bo po 1989 roku świadomie i rozmyślnie unicestwiono całą polską politykę wschodnią. Tak jak w okresie międzywojennym postawiono na samobójczą polityczną konfrontację z Rosją. Bychowski pisał wprost, że „nienawiść, pogarda, chęć zemsty nad Rosją przybierają wręcz formy zoologiczne”. Według Bychowskiego „o Niemcach już się w ogóle nie mówi i nie myśli. Wrogiem – odwiecznym i znienawidzonym jest Rosja. Wojna z nią jest jedynie kwestią czasu. Każde zwycięstwo radzieckie witane jest zaciśnięciem pięści i złorzeczeniem, każdy kontratak niemiecki i odbicie choćby jednego miasteczka – uśmiechem zadowolenia i satysfakcji”. Bychowski oceniał, że „ludzie głoszący takie poglądy są chorzy z nienawiści i mają bielmo na oczach. Wpędzają siebie i Polskę w ślepy zaułek. Bychowski stwierdzał, „że gdyby nawet Rosja chciała zawrzeć jakiś kompromis z Polską i Polakami – to nie miałaby z kim. W warunkach emigracji londyńskiej nie mogło być mowy o rządzie innym niż z gruntu antyradzieckim, o armii innej niż nastawionej na wojnę z Rosją”.
 
Mitologia, zakłamywanie najnowszej historii, jej fałszowanie lub udawanie, że nie miała w ogóle miejsca, przybiera w działalności IPN lub innych reprezentantów prawicy formy wręcz groteskowe. W prawicowej ocenie najnowszej historii Polski jeden nonsens goni następny. W okresie swych rządów jako premier RP Jan Krzysztof Bielecki stwierdzał w Davos w Szwajcarii, że komunizm zrujnował Polskę w stopniu większym niż druga wojna światowa. Jeden z najbardziej znanych polskich filozofów Bronisław Łagowski pisał, że z kręgów postsolidarności słyszy się głosy zagniewane i donośne, że gdyby nie 45 lat „komunizmu” to Polska dorównałaby Niemcom, Holandii i innym krajom zachodnim. Wybitny badacz ironizował, że już przed komunizmem Polska miała tysiąc lat na zrównanie się z Zachodem i jakoś się nie zrównała. Łagowski wyraźnie dostrzegał, że Polska międzywojenna była krajem niesłychanie zacofanym, biednym i brudnym. W bilansie tego, co otrzymała lewica po drugiej wojnie światowej trafnie pisał, że dodajmy, a raczej odejmijmy to, co dodatkowo spowodowała wojna, a otrzymamy realistyczny obraz tego, co w 1945 roku dano komunistom do rządzenia.
 
IPN instrumentalnie rozpowszechnia mity i zamiast uczciwej historiografii uprawia hagiografię. W ogóle w działalności programowej IPN możemy dostrzec dwie zasadnicze tendencje: Hagiografię i tanią apologetykę w stosunku do skrajnej prawicy i równoczesną demonologię w stosunku do lewicy. W stosunku do przedstawicieli aparatu władzy legalnego państwa polskiego używa się pogardliwych i obraźliwych określeń w rodzaju „ubecy”, „esbecy” itd. Tymczasem – jak pisał znany polski intelektualista – Jerzy Adamski większość polskich intelektualistów, którzy poparli tamtą rzeczywistość i Polskę Ludową, czyniła to po prostu dla zachowania kultury narodowej, a nie w imię komunizmu, bo komunistów w Polsce można było policzyć na palcach jednej ręki. Polska po 1945 roku miała wybór: albo status republik bałtyckich albo kraj z ograniczoną z powodów geopolitycznych (podział Europy na strefy wpływów wielkich mocarstw) suwerennością. Autentyczni patrioci, a nie zwykli fanatycy z reguły opowiadali się za tym drugim rozwiązaniem. Odbudowa kraju ze zniszczeń wojennych, likwidacja powszechnego w II RP analfabetyzmu i masowego bezrobocia, równe prawa dla wszystkich, zmiana charakteru państwa z zacofanego rolniczego kraju na przemysłowo- rolniczy, jego uprzemysłowienie, rozwój szkolnictwa, nauki i kultury to były najwyższe priorytety i motywy tych ludzi. Retoryczne jest więc pytanie kto w tamtym okresie rzeczywiście ratował polską niepodległość i kto tak naprawdę był patriotą: skrajna prawica dążąca bez względu na cenę (taktyka po trupach do celu), koszty i bezsensowne ofiary do odzyskania władzy, czy polska lewica rozumiejąca, że w określonych warunkach tylko ona jest w stanie ocalić kraj i zapewnić mu niespotykany i nieznany wcześniej w historii Polski cywilizacyjny awans. Adam Schaff pisał, że kto tego nie widzi i nie docenia, ma porażone zmysły i umysł nienawiścią, która go dyskwalifikuje jako partnera do rozmów na temat Polski i jej przyszłości.
 
Polska jest krajem, w którym antykomunizm podniesiono do rangi niemal cnoty najwyższej. Oficjalnej państwowej doktryny i dyrektywy. Obowiązującego politycznego wyznania wiary. Faktycznej przepustki do historii. Historii Polski. Budzi to fatalne skojarzenia i konotacje. W polskim życiu politycznym podstawowym kryterium „moralności” stał się antykomunizm. Jest to groźne, niebezpieczne i niepokojące. Równoznaczne ze zniszczeniem demokracji w Polsce. Z eliminacją najbardziej podstawowych praw i wolności człowieka. W takiej perwersyjnej optyce przyjęto a priori absurdalne założenie, że „dobry” bez względu na to, co robi jest zawsze tyko antykomunista, a „zły” z zasady i z definicji komunista. Bronisław Łagowski pisał, że już nawet chuligani zauważyli, ze nic nie daje w Polsce pewniejszego immunitetu niż „antykomunizm”, i każdy, kto występuje pod tym przejrzystym transparentem, może bezkarnie gnębić, każdego, kogo sobie upatrzy.
 
„Wróg” zawsze jest ten sam: Żyd, komunista, człowiek o innym kolorze skóry, czy innych politycznych przekonaniach. O tym, że IPN już dawno przekroczył tzw. „czerwoną linię” świadczy najlepiej kuriozalne oskarżenie gen. W. Jaruzelskiego o „kierowanie przestępczym związkiem o charakterze zbrojnym”. Byłego dowódcę Wojska Polskiego, premiera i prezydenta państwa potraktowano jak szefa gangu wołomińskiego lub mafii pruszkowskiej. W przypadku gen. Jaruzelskiego mamy do czynienia z typowym procesem pokazowym, z „sądem” nad całą Polską Ludową. Akt oskarżenia kompromituje polski wymiar sprawiedliwości. Oznacza bowiem jego widoczny koniunkturalizm i polityczną dyspozycyjność. IPN zamienia Polskę w prawdziwy skansen i muzeum ludzi oraz idei. Rujnuje koncepcję budowy nowoczesnego i cywilizowanego państwa polskiego o europejskich horyzontach myślowych i standardach prawnych. Dalsze istnienie IPN jest nie do pogodzenia z ideą pojednania narodowego i spokoju społecznego w Polsce.
 
Autor jest doktorem nauk humanistycznych.
 
 
Res Humana nr 2/2009, s. 17-23