Okrągły Stół po dwudziestu latach
  
Przed dwudziestu laty, w dniach od 6 lutego do 5 kwietnia 1989 roku 57 delegatów, reprezentujących ówczesną władzę i opozycję, podjęło wspólną debatę nad tym jak wyjść z ostrego kryzysu, w którym znalazło się polskie państwo, kryzysu, który groził nieobliczalna katastrofą.
 
Wszystko wskazuje, że świadomość tę mieli uczestnicy Okrągłego Stołu i że to ona pozwoliła obu stronom wznieść się ponad głębokie urazy i lęki, pokonać zwątpienie, podjąć odważne i powiedzmy bez wahania – historyczne decyzje, które utorowały Polsce drogę do jej nowego, suwerennego i niepodległego bytu, drogę trudną, bo nieznaną, ale drogę, która okazała się właściwą.
 
Tym, co zdecydowało o jej wyborze to wspólne dla wszystkich uczestników tego wydarzenia poczucie odpowiedzialności, budowane na idei porozumienia, na wspólnym poszukiwaniu tego, co możliwe w konkretnych warunkach miejsca i czasu. Nie dla wszystkich ówczesnych uczestników życia publicznego była to idea, którą zdolni byli zaakceptować. Co więcej, po obu stronach barykady wtedy, ale i dziś pozostają niewzruszeni w swych anachronicznych przekonaniach.
 
Dwudziesta rocznica Okrągłego Stołu i wszystkich kolejnych doniosłych wydarzeń, którym dał początek, to wielkie święto polskiej demokracji, polskiej roztropności, która stała przykładem dla Europy i świata. Teksty, które niżej publikujemy dają dobitny wyraz tym przekonaniom.
 
 
***
 
 
Autor: Zdzisław Cackowski
 
 
Dwadzieścia lat temu „Okrągły Stół” był społecznym sukcesem, bo wyprowadzał Polskę z dużych konfliktów między środowiskiem „Solidarności” (środowiskiem ROBOTNICZYM) a ówczesną władzą, władzą partii, ale też uwarunkowaną międzynarodowo. Był to sukces, bowiem rozwiązywał konflikty pokojowo, a przy tym przy udziale obu stron, co chcę szczególnie podkreślić, wskazując ze strony partyjnej na szczególną rolę Generała Wojciecha Jaruzelskiego oraz Mieczysława Rakowskiego. Obie strony wtedy, szczególnie „Solidarność”, reprezentowały środowiska robotnicze. Partia jednak wówczas robotników już w dużej mierze zawiodła. „Solidarność” JESZCZE NIE.
 
JEDNAKŻE po porozumieniach „Okrągłego Stołu” rozwój Polski nie poszedł w kierunku interesów najemnych pracowników. David Ost w swej wielkiej książce, tak objętościowo jak i problemowo („Klęska Solidarności”), która powinna być przedmiotem wielkiej dyskusji w Polsce, a nie wywołała prawie żadnych publicznych reakcji, wskazał nie tylko tytułem, że „Solidarność” poprowadziła Polskę w kierunku przeciwnym do swoich wcześniejszych zapowiedzi, w kierunku przeciwnym wobec interesów robotniczych.
 
Obecny kryzys jest dużym wstrząsem, wstrząsem światowym, dla wyjścia z którego trzeba szukać nie tylko doraźnych środków, ale także środków bardziej długodystansowych. Dwadzieścia lat temu ludzie „Solidarności” kierowali się hasłem „Mniej państwa!” albo „Zero państwa!” Teraz bodaj na całym świecie odwraca się te hasła, wołając o środki państwowe dla szukania wyjścia z kryzysu, ale bardzo często angażuje się działania państwowe nie w obronie „wspólnego dobra” społeczeństw i świata, ale w obronie interesów elit gospodarczych, a zwłaszcza elit finansowych, ELIT FINANSOWYCH SPEKULACJI, oderwanych w dużej mierze od produkcji.
 
Dzisiejszy kapitalizm jest zdominowany właśnie przez finanse spekulacyjne, w ogromnej mierze niezależne, oderwane od produkcji i wymiany towarowej. Zakończę tę wypowiedź zacytowaniem Juliana Tuwima ( „Kwiaty polskie”, część III, tak zwana „Modlitwa” z czasów ostatniej wojny):
 
A kiedy lud na nogi stanie,
Niechaj podniesie pięść żylastą:
Daj pracującym we władanie
Plon pracy ich we wsi i miastach,
Bankierstwo rozpędź – i spraw, Panie,
By pieniądz w pieniądz nie porastał.
 
A WŁAŚNIE PORASTA I PORASTA! CORAZ BARDZIEJ W OBECNYM KAPITALIZMIE.
 
Autor jest znanym filozofem, profesorem Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie; członkiem zespołu naszej redakcji.
 
***
 

Auror: Kazimierz Morawski
 
 
Przyleciałem właśnie tego dnia z Waszyngtonu z ekumenicznego spotkania i niemal od razu z lotniska pojechałem do Pałacu Namiestnikowskiego by zasiąść przy Okrągłym Stole. W sali która była świadkiem różnych ważnych wydarzeń, czy to w czasie zaborów czy potem po odzyskaniu niepodległości 1918 roku i potem w PRL. Ale to wydarzenie miało znaczyć wiele, wiele więcej. Tak, to jedna z najważniejszych dla Polaków dat XX wieku. Oczekując na rozpoczęcie obrad wyjrzałem przez pałacowe okno. To co zobaczyłem, ten tłum warszawiaków i to głównie młodych ludzi wiwatujących z zadowoleniem, odprowadzających liderów Solidarności, którzy szli na obrady, ale i oznakami obawy, czy aby się nie poddadzą, czy się uda. Czy to w ogóle możliwe.
 
Pamiętam to wejście na salę. Szli razem całą grupą z Wałęsą na czele by zasiąść w światłach kamer przy jednym okrągłym stole z dotychczasowymi wrogami. Naprzeciwko nich gospodarze spotkania Kiszczak, Kwaśniewski, Miller czy Miodowicz. Na wszystkich twarzach po jednej i drugiej stronie czuło się napięcie piekielne.
 
Jeszcze parę tygodni temu Michnik i Kuroń mieli być niedopuszczeni do obrad. Strona rządowa bała się, ale najzupełniej niesłusznie, gdyż to właśnie ci dwaj wybitni liderzy KOR zrobili bardzo wiele dla osiągnięcia porozumienia. Potem w następnym okresie byli konsekwentnymi zwolennikami budowania porozumienia ponad podziałami dla dobra kraju. Spotkanie to już od początku robiło na uczestnikach ogromne wrażenie. Była nadzieja, ale i obawy. Cała Polska oczekiwała w tych dniach wielkiego, ważnego kompromisu.
 
No i udało się bo chodziło o coś najważniejszego dla nas Polaków. O Polskę. Ale pamiętamy, że nieczęsto w naszej przeszłości tak się właśnie udawało. Polak niestety często bywał mądry po szkodzie. Tym razem stało się inaczej.
 
Wydaje mi się, że dla nas wszystkich, którzy braliśmy udział w tych obradach, było to jedno z najważniejszych wydarzeń w naszym publicznym życiu. Narodziła się wtedy nowa szkoła politycznego myślenia. Ściana nienawiści i nieufności zbudowana z tragicznych doświadczeń przeszłości została zastąpiona dialogiem – miejsce konfrontacji ulicznej zajęła partnerska rozmowa o polskich problemach, niedawny wróg stawał się stopniowo politycznym rywalem. Co było charakterystyczne? Uwidoczniła się wśród uczestników obrad po jednej i po drugiej stronie wspólna cecha: odpowiedzialność za Polskę. Była ona silniejsza niż dzielące ich różnice ideologiczne. Pozwalała zasypać przepaście pomiędzy obozami politycznymi. Sądzę, że to nie strach czy przebiegłość, ale właśnie odpowiedzialność za Polskę ówczesnych polityków przekonanych, że tak dalej być nie może była fundamentem na którym zbudowany został gmach porozumień.
 
Okrągły Stół pokazał, że wielkie narodowe cele Polaków mogą być osiągnięte bez rozlewu krwi, rewolucji i wstrząsów, tj. także przesłanie na dziś. To co na dziś właśnie wydaje się ważne patrząc z perspektywy porozumień Okrągłego Stołu to podjęty wówczas wysiłek i udanie zrealizowany przez obie strony, by zagrodzić drogę elementom skrajnym z lewa, ale i może z prawa, szukających rozwiązania w zderzeniu, co groziło wprost rozlewem krwi polskiej. Aparat partyjny twardogłowy niełatwo godził się przecież na przekazanie władzy przez ekipę Wojciecha Jaruzelskiego politykom solidarnościowej opozycji. Pierwszy premier niekomunistycznego rządu Tadeusz Mazowiecki, uczestnik aktywny Okrągłego Stołu, przejmował władzę w trudnych warunkach. Był jeszcze Układ Warszawski, działała PZPR. Prezydentem III RP wybranym przez zgromadzenie narodowe został Wojciech Jaruzelski. To on właśnie, o czym niektórzy dziś zapominają, włożył wiele wysiłku by dopomóc Mazowieckiemu w przejmowaniu władzy i potem wprowadzaniu programów nowego rządu w życie. To właśnie Jaruzelski miał wówczas zasadniczy wpływ na zachowania resortów siłowych. A byli tam ludzie nie zawsze nastawienie przychylnie do dokonujących się zmian demokratycznych.
 
Dziś w obliczu ogromnych zmian jakie dokonały się w świecie, a także i w Polsce, w świecie globalizacji i coraz większej integracji w ramach Unii Europejskiej, nasze zachowania polityczne muszą być dostosowane do tych przemian w mentalności naszego społeczeństwa. Dlatego dziś, dwadzieścia lat po Okrągłym Stole w wolnej, demokratycznej i suwerennej Polsce musimy szczególnie troszczyć się o przezwyciężanie partyjnictwa i o wartościach nadrzędnych dla państwa. Pojawia się zbyt często wciąż warcholstwo polityczne wspomagane nienawiścią i populizmem. Mamy też czas, w którym w różnych środowiskach ludziom może się ciężej w sensie materialnym żyć. To może oczywiście stwarzać niekiedy grunt dla większej aktywności tendencji prawicowo-populistycznych, którym nasze demokratyczne osiągnięcia mogą przeszkadzać. Dlatego sądzę, że kierując się duchem Okrągłego Stołu nie bez znaczenia byłoby zastanowienie się jak ukształtować szeroki obóz sił demokratycznych, w łonie którego znalazłyby się siły rządzącej centroprawicy i ludowcy, ale i ugrupowania reprezentujące demokratyczną lewicę. Oczywiste zróżnicowanie programowe tych partii i sił politycznych nie powinno uniemożliwiać współpracy tam, gdzie chodzi o przyszłość polskiej demokracji i powiem otwarcie, o zmarginalizowanie polityczne sił populistycznej prawicy mających przecież za plecami ducha autorytaryzmu. Rząd premiera Tuska, co by o nim nie powiedzieć, reprezentuje zdecydowany kurs na umacnianie demokracji, głębszą integrację europejską, na modernizację Polski i budowanie wokół naszych granic atmosfery dobrosąsiedzkiej współpracy a nie wrogości. Są to wszystko sprawy, które nie mogą być obojętne dla centrolewicy, która pozostaje w opozycji.
 
Duch Okrągłego Stołu nakazuje dziś czynić wysiłek w kierunku gdzie to konieczne dla Polski i jej demokratycznego rozwoju: wspólnego rozwiązywania ważnych problemów narodowych. W 1918 roku po I wojnie światowej Józef Piłsudski kształtując zręby nowej, niepodległej Rzeczpospolitej pokazał jak to trzeba czynić. Jak godzić zwaśnionych Polaków pochodzących z różnych zaborów Polski. Także wtedy aktualne było uciekanie od ideologiczno-partyjnych nacisków ku pragmatyzmowi i myśleniu ponadpartyjnemu.
 
Okrągły Stół i jego przebieg pokazały jak Polacy niezależnie od politycznych nastawień i głębokich podziałów mogą się porozumieć i wspólnie rozwiązać to, co wydawało się nie do osiągnięcia. Czy dziś ten duch tamtych dni nie powinien szerzej zagościć w naszym życiu społecznym i politycznym?
 
Autor jest znanym działaczem katolickim, uczestnikiem Obrad Okrągłego Stołu; piastuje godność przewodniczącego Rady Fundatorów Ekumenicznej Fundacji TOLERANCJA; był doradcą prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
 
 
***
 

Autor: Andrzej Romanowski
 
 
Około roku 1950, w rozmowie z przewodniczącym francuskiego Zgromadzenia Narodowego, Edouardem Herriotem, nuncjusz apostolski we Francji, Angelo Giuseppe Roncalli (późniejszy papież Jan XXIII), powiedział niespodziewanie: „Cóż właściwie nas dzieli? Nasze poglądy. Przyzna pan, że to tak niewiele.” Przypomniałem sobie te słowa, gdy otrzymałem zamówienie na niniejszy komentarz. Bo przecież z redakcją „Res Humana” niewątpliwie dzielą mnie poglądy – w mym przypadku katolickie i (cokolwiek by to znaczyło) „solidarnościowe”. Ale to naprawdę niewiele. Bo czy ludzie dobrej woli mieliby ze sobą nie rozmawiać?
 
Okrągły Stół był również takim spotkaniem – rzecz jasna, że na nieporównanie większą skalę. Ludzi, którzy wtedy siedli obok siebie, dzieliły nie tylko poglądy. Dzieliła ich przepaść dziesięciu bez mała lat spędzonych w zupełnie różnych rzeczywistościach. Nie jest łatwo więźniowi stanąć twarzą w twarz z dozorcą wiezienia. Nie jest łatwo dozorcy pogodzić się z faktem, że więzień mógł mieć rację. Zgoda: dla obu stron spotkanie roku 1989 było koniecznością – ówczesna sytuacja polityczna i gospodarcza była patowa. Lecz przecież różnie bywa z koniecznością, gdy poprzeczka psychologiczna znajduje się wysoko.
 
Ale takie spotkania były regułą w historii Polski. Ilekroć Polacy chcieli „wybić się na niepodległość”, tylekroć musieli najpierw porozumieć się sami ze sobą. W czasie Sejmu Czteroletniego Stronnictwo Patriotyczne, składające się także z dawnych, radykalnie antykrólewskich konfederatów barskich, porozumiało się z „rosyjską marionetką”, Stanisławem Augustem, i dzięki temu mogło obalić rosyjski protektorat i przeforsować Konstytucję 3 Maja. W latach 1918–1919 liderzy dwóch zwalczających się orientacji, Roman Dmowski i Józef Piłsudski, porozumieli się powołując rząd Ignacego Paderewskiego, a w konsekwencji mogli odbudować utracone państwo. Taki był mechanizm odzyskiwania niepodległości, lecz skala porozumień i tak nie była najwyższa. Bo wcześniej, gdy 16 września 1658 roku Polacy i Ukraińcy podpisali Unię Hadziacką, potrafili wziąć w nawias śmierć 8 tysięcy Kozaków wyrżniętych przed siedmiu laty w jednej tylko bitwie pod Beresteczkiem (a ileż ofiar – z obu stron – pochłonęło całe powstanie Chmielnickiego?). To dopiero obecne generacje nie są w stanie wziąć w nawias 99 ofiar represji lat osiemdziesiątych, choć od tamtego czasu minęło nie 7, lecz 20–27 lat.
 
Dlatego Okrągły Stół - dzieło porozumienia - był zjawiskiem najgłębiej zakorzenionym w samej istocie polskości. Był wręcz kwintesencją polskości. Już jednak słyszę okrzyki naszej prawicy: jakież może być porozumienie z „płatnymi zdrajcami, pachołkami Moskwy”? Ale ktokolwiek by tak formułował swój pogląd na historię najnowszą, grzeszyłby nie tylko zdradą ideałów solidarności (przez „s” małe, bądź duże – bez znaczenia). Grzeszyłby przeciw Polsce: wszak obóz ówczesnej władzy, to było kilka milionów rodaków, powiązanych w rozmaity sposób – czasem nawet rodzinnie – z obozem opozycji. Grzeszyłby też przeciw prawdzie, bo – aby przywołać ten tylko przykład – w październiku 1956, w obliczu zagrożenia sowieckiego, broń warszawskim robotnikom rozdał nie kto inny, lecz I sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR. Najwybitniejszy polityk katolicki czasów powojennych, Stanisław Stomma, nieprzypadkowo mawiał, że „komuniści realizowali rację stanu do granic swych możliwości”. Zgoda, nieraz bywały od tego odstępstwa. Jednakże Okrągły Stół był całkowicie realnym „porozumieniem Polaka z Polakiem”.

Ale był też nacechowany „nieoczekiwaną zmianą ról”. Obóz komunistyczny (cokolwiek by znaczyło to słowo) zachował się wobec obozu „Solidarności” z pełną lojalnością: nie tylko nie zakwestionował wyniku wyborów z czerwca 1989, ale i nie naruszył kierunku reform wdrażanych przez rząd Tadeusza Mazowieckiego. Natomiast układ okrągłostołowy złamał w 1990 r. obóz Solidarności – trochę tak, jak władze PRL złamały 13 grudnia 1981 porozumienia sierpniowe, choć tym razem oczywiście bez ofiar i bez przemocy. W obu tych nielojalnościach była jednak logika dziejów: w pierwszym przypadku logika realizmu, w drugim logika romantyzmu. Tyle, że romantyzm roku 1989 mógł się okazać również realizmem i może także dlatego władza skapitulowała tak łatwo. W każdym jednak razie, najdalszym rezultatem Okrągłego Stołu – a także późniejszego wypowiedzenia jego ustaleń – stała się Polska Niepodległa, ze wszystkimi jej atrybutami i symbolami.
 
Powstała więc Trzecia Rzeczpospolita – i trudno tu nie powiedzieć, że był to (i przecież wciąż jest!) najdoskonalszy twór państwowy w tysiącletnich dziejach Polski. I dobrze się stało, że jego ideowym fundamentem był radykalny antykomunizm, że odbudowa państwa nastąpiła w oparciu także o „londyński” legalizm... Niestety, III RP została zbudowana na absolutyzacji jednej tylko, solidarnościowej, strony. Innymi słowy: została ufundowana – obok sprawiedliwości i prawdy – także na kłamstwie, a kłamstwo – jak uczą choćby dzieje PRL – ma zawsze krótkie nogi. W rezultacie dzieje III RP stały się procesem stopniowego odchodzenia od narodowego konsensu, aż do projektu IV RP – w istocie antynarodowego, bo w ten konsens wymierzonego. O ile bowiem III RP była państwem dla wszystkich, o tyle projekt IV RP wracał do państwa równych i równiejszych, l to jest grzech całego obozu „Solidarności”: że przyłożył do tego rękę, lub że zjawiskom tym nie chciał (nie mógł?) zapobiec.
 
A zaczynało się tak niewinnie! Na przykład od gardłowania o „płatnych zdrajcach”. Dziś o zdradę polskich interesów solidarnościowa prawica oskarża tę samą solidarnościową prawicę. I zaczynało się tak patriotycznie. Na przykład od uznania zwycięstwa SLD za groźbę dla bytu narodowego. Dziś zwycięstwo Platformy jest odbierane przez PiS w tych samych kategoriach. Polityczny ostracyzm, jaki elity solidarnościowe stosowały wobec „komuchów”, wrócił jak bumerang. I to właśnie dlatego wymogiem chwili stało się nowe spotkanie ludzi dobrej woli. Wielki powrót do Polski, do demokratycznego państwa prawa – czyli do ducha Okrągłego Stołu.
 
Autor jest profesorem na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz pracownikiem Instytutu Historii PAN, redaktorem naczelnym Polskiego Słownika Biograficznego; w 2007 roku wydał dwie ważne książki – „Prawdziwy koniec Rzeczy Pospolitej” i „Rozkosze lustracji”; w roku ubiegłym został wyróżniony Medalem „Zasłużony dla Tolerancji” oraz prestiżowym Kowadłem nadanym mu przez środowisko stowarzyszenia „Kuźnica”.
 
 
***
 

Autor: Janusz Reykowski
 
 
Im dłuższa perspektywa dzieli nas od Okrągłego Stołu tym większą mam pewność, że było to wydarzenie o wielkiej doniosłości nie tylko dla naszej narodowej historii, ale także wydarzenie o skali międzynarodowej. Jego reperkusjami bezpośrednimi była gwałtowna akceleracja przemian w całym regionie, jego reperkusjami pośrednimi było zniesienie pojałtańskiego podziału Europy i zakończenie „zimnej wojny”. Powiedział ktoś trafnie, że mieliśmy do czynienia ze ścisłym związkiem między porozumieniami przy Okrągłym Stole a upadkiem muru berlińskiego.
 
Ale ewentualna zgoda co do doniosłości tego wydarzenia nie przesądza jego oceny. Wciąż słychać bowiem, przede wszystkim po prawej stronie spektrum politycznego, wiele zarzutów wciąż wysuwanych pod adresem porozumień Okrągłego Stołu. Ich waga wydaje się im tak duża, że wiele zaangażowanych w to wydarzenie osób czy środowisk prawicowych stara się o nim zapomnieć, a przynajmniej zapomnieć o swoim w nim udziale. Myślę, że łączy się to z faktem istnienia wciąż żywego sporu wokół tego czym faktycznie był Okrągły Stół. Dotyczy on różnych spraw i przebiega na wielu płaszczyznach, z których trzy wydają mi się szczególnie interesujące i ważne: po pierwsze – jest to spór o mechanizm społecznej zmiany; po drugie – o kształt życia politycznego w III Rzeczypospolitej i po trzecie – jest to spór o zasady na jakich jest i może być budowany ład demokratyczny. W ten sposób spór o interpretację nieodległego wydarzenia historycznego dotyczy nie tylko przeszłości, ale i teraźniejszości.
Nie rozwijając tego wątku warto natomiast przypomnieć niektóre elementy ówczesnej sytuacji, która określała pozycje różnych osób czy środowisk w czasie poprzedzającym bezpośredni obrady Okrągłego Stołu. Cztery elementy tej sytuacji są, jak sądzę, warte przypomnienia. Po pierwsze, mieliśmy do czynienia w owym czasie z powszechnym niezadowoleniem z istniejących stosunków oraz z faktem istnienia silnego ruchu opozycyjnego kontestującego władze. Jedną z istotnych przyczyn powszechnego niezadowolenia była utrata zdolności rozwojowych, przy czym najdotkliwiej doświadczało tego młode pokolenie, co też określało dynamikę procesów społecznych w tym czasie. Drugą cechą charakterystyczną ówczesnej sytuacji to zanikanie wiary w socjalizm jako ustrój, który może ludziom zapewnić pomyślność, a równocześnie wzrost wiary w gospodarkę rynkową i poparcie dla zasad demokracji. Trzecim aspektem sytuacji był brak – mimo wspomnianych okoliczności – tego, co można by nazwać potencjałem rewolucyjnym, choć trzeba pamiętać, że narastanie niezadowolenia wśród młodego pokolenia, zwłaszcza pokolenia „po stanie wojennym”, mogło przyczyniać się do wzrostu tego potencjału. Po czwarte wreszcie, wiele danych wskazywało, że w społeczeństwie polskim przeważała zdecydowanie preferencja dla polityki porozumienia, dla rozwiązań niekonfrontacyjnych; niewielkie było natomiast poparcie dla rozwiązań siłowych. Z tym stanem rzeczy, który tu przypominam, musiały się liczyć zarówno ówczesne władze jak i kręgi przywódcze „Solidarności”.

W tej sytuacji oferta Okrągłego Stołu dobrze trafiała w interesy obu stron: była dla władzy szansą pokonania bezsilności wobec wyzwań istniejącej sytuacji, dla kierownictwa „Solidarności” natomiast stwarzała pewność, że nie utraci kontroli nad stanem umysłów tej części społeczeństwa, które „Solidarność” wspierało. Wreszcie oferta Okrągłego Stołu odpowiadała też większości społeczeństwa, które chciało zmian a nie chciało konfrontacji.

Sadzę, że niemniej ważną przesłanką powodzenia rozmów przy Okrągłym Stole było przyjęcie pewnych zasad i sposobów ich prowadzenia: zapewnienie pełnej równości negocjujących stron, stworzenie atmosfery wspólnego zadania, powstrzymanie się od wszelkich prób manipulacji czy wreszcie unikanie konfliktów symbolicznych, np. sporów o przeszłość. W czasie rozmów było kilka momentów krytycznych, ale udało się uratować proces negocjacyjny właśnie dzięki sposobowi negocjacji, jaki przyjęli uczestnicy tego procesu.

Myślę, że kiedy mówimy o zasługach to, jak już wspomniałem, dzieło Okrągłego Stołu było rezultatem wysiłku wielu osób i środowisk, zwłaszcza, co chcę podkreślić, wymagało wielkiego hartu moralnego i odwagi ze strony przywódców „Solidarności”. Nie wolno bowiem zapominać, że większość ludzi „Solidarności”, którzy podjęli dzieło porozumienia z władzą, było wcześniej przez te władze prześladowanych. Dlatego jeżeli chcemy dokonać rzetelnej i moralnie uczciwej oceny tamtego wydarzenia, to nie można jedną miarą mierzyć obu stron uczestniczących w przedsięwzięciu i sukcesie Okrągłego Stołu. Zdając sobie sprawę z różnic tych miar, trzeba tym bardziej docenić gotowość okazaną przez najważniejszych przywódców „Solidarności” do rozmów i porozumienia.

Najważniejszą lekcją tego doświadczenia było i pozostaje wspomniana przeze mnie zdolność do porozumienia ludzi bardzo od siebie odległych biografiami, perspektywą, sytuacją życiową. Taka zdolność porozumienia jest jednym z istotnych składników tego fundamentu, na którym opiera się ład demokratyczny. Wprawdzie istnieją koncepcje, zgodnie z którymi demokracji nie są potrzebne żadne porozumienia, że wystarczy gra, w której zwyciężają ci, którzy zdobywają większe poparcie wyborcze i oni są uprawnieni do dyktowania innym swoich warunków. Podzielam zdanie krytyków takiej koncepcji demokracji. Uważam, czemu dawałem już wielokrotnie wyraz, że dobrze funkcjonujący mechanizm demokratyczny nie może opierać się wyłącznie na mechanizmach gry wyborczej, że musi w równym stopniu posiadać zdolność do kompromisów i porozumień.

Patrząc z tego punktu widzenia na obecną klasę polityczną w naszym kraju trzeba stwierdzić, że tę zdolność do porozumień posiada w bardzo ograniczonym stopniu. Dlatego sądzę, że studiowanie doświadczeń Okrągłego Stołu może być ważnym elementem wzbogacającym mechanizmy ładu demokratycznego. I w tym zakresie, będąc doświadczeniem konkretno historycznym, Okrągły Stół posiada zarazem walor uniwersalny.
 
Profesor Janusz REYKOWSKI należy do grona najwybitniejszych polskich psychologów; jest cenionym znawcą problemów psychologii społecznej i stosunków politycznych; jest członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk. Będąc od grudnia 1989 roku członkiem najwyższego kierownictwa partyjnego uczestniczył aktywnie w przygotowaniach i w obradach Okrągłego Stołu.
 
 
***
 

Autor: Jerzy J. Wiatr
 
 
Był to jeden z największych sukcesów Polski w poprzednim stuleciu, tym większy, że osiągnięty bez ofiary krwi, w wyniku mądrego kompromisu. Tym bardziej wymowne jest to, że obecnie – z perspektywy dwudziestu lat – jest on zażarcie atakowany z dwóch stron: przez radykalną prawicę i przez skrajną lewicę. Pierwsza przedstawia umowy Okrągłego Stołu jako co najmniej wynik małoduszności, jeśli nie wręcz zdrady „solidarnościowych” elit, zarazem zaś jako chytry wybieg ówczesnych władz mający na celu utrzymanie władzy przez dokonanie jedynie kosmetycznych zmian w sposobie jej sprawowania. Druga widzi w ówczesnym porozumieniu „zdradę socjalizmu”. Krytycy Okrągłego Stołu i wyrosłej z niego Trzeciej Rzeczypospolitej w jednym są zgodni: w pryncypialnie negatywnej ocenie ostatniego dwudziestolecia.
 
Są w tych krytykach zawiedzione nadzieje, rozczarowania, ideologiczne skrajności, ale także jest jakiś refleks tego, że nie wszystko i nie dla wszystkich potoczyło się tak, jak wtedy chcieliśmy. Starsi o niemal tyle lat, ile trwała międzywojenna Druga Rzeczpospolita, mający przed oczyma nie tylko własne, ale także cudze doświadczenia zmiany ustrojowej, powinniśmy ocenę porozumień 1989 roku przeprowadzać rzeczowo i sprawiedliwie.
 
Wystrzegać się trzeba przede wszystkim ahistorycznego spojrzenia na ówczesną sytuację Polski i świata. W rok 1989 wchodziliśmy w świecie podzielonym, w którym nowa polityka Michaiła Gorbaczowa przekreślała logikę „zimnej wojny”, ale w którym było wiele sił gotowych podjąć próbę odwrócenia tego procesu. Latem 1991 roku pucz moskiewski pokazał, jak mało brakowało, by korzystna dla Polski koniunktura międzynarodowa uległa raptownej zmianie. Były powody, by się spieszyć.
 
Wewnętrzna sytuacja Polski wymagała odważnych zmian. Kryzys gospodarczy trwał a prognozy ekonomiczne były alarmujące. Bez poważnych reform Polsce groził kolejny wybuch, tym groźniejszy, że w fabrykach i kopalniach ton nadawali ludzie bardzo młodzi, bardziej radykalni niż aktyw „Solidarności”. Ta ostatnia trwała w podziemiu, największym, wielotysięcznym nielegalnym ruchu opozycyjnym w całej historii państw rządzonych przez partie komunistyczne. Podziemna „Solidarność” wiedziała, że nie jest w stanie obalić istniejących władz, ale ludzie stojący na czele państwa wiedzieli, że mimo represji „Solidarność” nie znikła i nie zniknie. Po obu stronach dojrzewała myśl, iż konieczny jest kompromis. Po wizycie Gorbaczowa w Polsce w lipcu 1988, gdy otwarcie odrzucił on „doktrynę Breżniewa”, stało się też jasne, że porozumienie w Polsce nie wywoła radzieckiej interwencji. To, co osiem lat wcześniej było niemożliwe, stało się realną szansą.
 
Wykorzystanie tej szansy zależało od mądrości polityków obu zwaśnionych stron. Porozumienie miało wielu ojców, ale historia uzna, że dwaj z nich – Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa odegrali wtedy rolę najważniejszą Bez ich determinacji, a zarazem gotowości do kompromisu porozumienia by nie było. Obaj musieli nie bez trudu przełamywać opory wśród własnych zwolenników. Na szczęście obaj mieli dość siły i autorytetu, by opory te przełamać. Jestem przekonany, że Polska bardzo drogo zapłaciłaby za zmarnowanie tej szansy. Co więcej, myślę, że fiasko porozumienia w Polsce i bardzo prawdopodobny wybuch społeczny spowodowałyby zupełnie inny, znacznie mniej korzystny, bieg wydarzeń w innych państwa socjalistycznych, w tym także w ZSRR. Nie da się precyzyjnie przedstawić hipotetycznej historii Europy po załamaniu się próby porozumienia w Polsce, ale istnieją bardzo poważne przesłanki, by uważać, że byłaby to historia znacznie mniej optymistyczna.
 
Porozumienia miały trzy podstawowe człony. Ich realizację oceniać należy rozmaicie. Pierwszym członem było przyjęcie zasady wolności zrzeszania się w związkach zawodowych, a tym samym ponowna legalizacja „Solidarności”. Jak później potoczyły się losy tego związku, dlaczego dziś Lech Wałęsa nie chce już być jego członkiem, a ton związkowi nadają ludzie, o których nie słyszeliśmy ani w 1980 ani w 1989 roku – to już inne sprawy. Powrót na scenę polityczną „Solidarności” i ustanowienie wolności zrzeszania się w związkach zawodowych było wielką zdobyczą demokratyczną.
 
Drugim członem porozumień były postanowienia dotyczące zmian politycznych i prawnych. Nie zakładały one natychmiastowej pełnej restytucji demokracji, lecz były wielkimi krokami w tym kierunku. Co więcej, wszystkie „kontraktowe” ograniczenia pomyślane były jako przejściowe. „Kontraktowa” ordynacja wyborcza do Sejmu miała obowiązywać tylko w 1989 roku, a następne wybory miały być całkowicie wolne. Niepisane (ale sumiennie dotrzymane) porozumienie, mocą którego generał Jaruzelski został wybrany prezydentem bez konkurencji ze strony opozycji, zawarte zostało także tylko na ten szczególny okres przejściowy. Późniejsze wydarzenia w Polsce (imponujący sukces „Solidarności” w wyborach czerwcowych, zmiana sojuszy dokonana przez ZSL i SD) i poza nią (zmiana systemu w niemal wszystkich europejskich państwach socjalistycznych) spowodowały, że tempo wychodzenia z okresu przejściowego było szybsze niż początkowo zakładaliśmy. Demokracja polska zdała egzamin. W głośnej książce „Trzecia fala demokratyzacji” (1991 rok) niedawno zmarły wybitny politolog amerykański Samuel P. Huntington wyrażał pogląd, że Polska jest najbardziej prawdopodobnym kandydatem do załamania się młodej demokracji. Nic takiego się nie stało. Okazało się także, że lewica nie zeszła ze sceny. Wygrała wybory parlamentarne dwukrotnie i rządziła przez osiem lat (1993–1997 oraz 2001–2005) a jej przywódca Aleksander Kwaśniewski przez dziesięć lat był prezydentem RP. Dzisiejsza słabość lewicy polskiej nie powinna prowadzić do zapomnienia o tych stronach historii Trzeciej Rzeczypospolitej.
 
Najtrudniej ocenić trzeci pakiet porozumień, na który składały się rozmaite zobowiązania socjalne ustalane w duchu starego hasła „socjalizm tak, wypaczenia nie”. Czy mogły być wcielone literalnie w życie? Zapewne nie, gdyż nie brały pod uwagę ani bardzo trudnej sytuacji gospodarczej Polski ani nieuchronnych konsekwencji jej włączania się w światowy system gospodarki kapitalistycznej. Socjalne i ekonomiczne porozumienia Okrągłego Stołu zostały przez rząd Tadeusza Mazowieckiego wrzucone do kosza. Zamiast nich realizowano neoliberalne reformy. Rozczarowały one bardzo znaczną, zwłaszcza biedniejszą, gorzej wykształconą, starszą część społeczeństwa. Obok oczywistych sukcesów (wzrost gospodarczy, modernizacja, utorowanie drogi do Unii Europejskiej) reformy te spowodowały drastyczny wzrost społecznych nierówności i społeczne wykluczenie wielkich warstw społecznych. To jest największe niepowodzenie Trzeciej Rzeczpospolitej, u znacznej części społeczeństwa polskiego rodzące rozczarowanie i poczucie, że „nie tak miało być”. Lewica ma obowiązek traktować te nastroje poważnie. Moralne prawo do ubiegania się o ponowny mandat zaufania obywateli musi zdobyć przez wiarygodną odpowiedź, jak te wady Trzeciej Rzeczypospolitej naprawić.
 
W trzecie dziesięciolecie demokratyczna Polska wchodzi w trudnych warunkach światowego kryzysu. Mamy jednak podstawy do zadowolenia z tego, co wspólnymi siłami osiągnęliśmy. Te dwa dziesięciolecia nie były zmarnowane. Jestem przekonany, że historycy oceniający je po wielu latach uznają je w sumie za najlepszy okres najnowszej historii Polski. Mamy z czego być dumni.

Profesor Jerzy J. WIATR jest wybitnym socjologiem, zwłaszcza socjologii polityki i stosunków międzynarodowych; działaczem politycznym i państwowym; w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza (od lutego 1996 do października 1997 r.) był ministrem Edukacji Narodowej.
 
 
***
 
D o k u m e n t
SEJM RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
O OKRĄGŁYM STOLE
 
W dniu 23 stycznia 2009 r. Sejm RP powziął jednogłośnie uchwałę „W sprawie uczczenia rocznicy rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu i odzyskania przez Polskę wolności”, którą przedstawił Izbie jej marszałek Bronisław Komorowski. Oto tekst tej uchwały, którą uznać trzeba – w warunkach wciąż ostrych ataków wielu środowisk polskiej prawicy na dzieło Okrągłego Stołu – za dokument tyle znamienny, co doniosły.
 
Dwadzieścia lat temu, na początku lutego 1989 r., przy Okrągłym Stole zasiedli do wspólnych rozmów przedstawiciele opozycji demokratycznej, władz PRL i Kościoła. W wyniku zawartego porozumienia 4 czerwca przeprowadzono wybory, które – choć nie były w pełni demokratyczne – dowiodły masowego poparcia Polaków dla politycznych przemian. We wrześniu powołano pierwszy po wojnie niekomunistyczny rząd, na którego czele stanął Tadeusz Mazowiecki.
Wydarzenia te rozpoczęły w Europie Środkowo-Wschodniej demokratyczne przemiany, które zmieniły oblicze Polski i całego kontynentu. Oznaczały także zakończenie zimnej wojny i koniec porządku pojałtańskiego.
 
W 1989 r. Polska odzyskała wolność bez uciekania się do przemocy i bez ofiar. Jednak droga do Okrągłego Stołu znaczona jest wysiłkiem polskiego narodu, który przez blisko 50 lat wielokrotnie podejmował walkę w celu obalenia narzuconego systemu. To ten wysiłek, niejednokrotnie naznaczony krwią ofiar wolnościowych zrywów, przyczynił się do korozji totalitaryzmu w latach 80. XX w. i wymusił na władzach PRL podjęcie dialogu ze społeczeństwem przy Okrągłym Stole.
 
Dialog ten podjęli ludzie różnych przekonań i różnych stronnictw pochodzący z opozycyjnych obozów politycznych – z „Solidarności” i z obozu ówczesnej władzy. Gotowość do zawarcia kompromisu pozwoliła sprostać wyzwaniu historycznej chwili.
 
Pokojowe przekazanie władzy otworzyło drogę do budowy stabilnej demokracji w państwie o bezpiecznych granicach i dobrych relacjach z sąsiadami. Po dziesięciu latach Polska przystąpiła do NATO, a po piętnastu – do Unii Europejskiej.
 
Z perspektywy dwudziestu lat trzeba zauważyć i docenić to, że wielu spośród najwybitniejszych polityków i przywódców III RP odegrało znaczącą rolę w czasie rozmów przy Okrągłym Stole. Do rangi symbolu urasta fakt, że w wyniku bezpośrednich wyborów prezydentami zostali uczestnicy obrad Okrągłego Stołu: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Lech Kaczyński.
 
Dziś, w 20. rocznicę tych wydarzeń, Sejm wyraża uznanie dla mądrości i dalekowzroczności autorów ówczesnych przemian.
 
 
Res Humana nr 1/2009, s. 1-10