Czy instytucja cezarystyczna może sprzyjać demokracji?
 
Autor: Władysław Loranc
 

Wciąż jeszcze traktuję jako odkrywczą myśl, którą A. Gide zanotował w Dziennikach: ?Nie cała inteligencja jest po stronie wolnej myśli i nie całe głupstwo po stronie religii?. Z tego punktu widzenia spojrzę na pytanie, które stało się tematem dwóch dyskusji na corocznym, statutowym posiedzeniu Rady Krajowej TKŚ w pierwszych dniach grudnia 2011 r. oraz w połowie tegoż miesiąca na tradycyjnym seminarium zorganizowanym przez krakowski TKŚ. Dyskutując w Polsce o znów bardzo trudnych stosunkach między państwem i Kościołem niewiele zrozumiemy z przyczyn tych komplikacji, jeśli na ten ważny dla kraju problem będziemy patrzeć z formalno-prawnego punktu widzenia, który nazwę konkordatowym. Ten dokument, nawiązujący formą do już zapomnianej w polityce międzynarodowej tradycji regulowania stosunków ze Stolicą Apostolską, eliminował konwencję, formę bardziej nowoczesną, dającą obu stronom status mniej więcej równy. Konkordat naiwnie sugeruje, że państwo i Kościół są ?niezależne i autonomiczne w swoich dziedzinach?.
 
Nie pozostawia jednak wątpliwości, że państwo zostaje zobowiązane do bezstronności w sprawie przekonań religijnych, z równoczesną powinnością respektowania stanowiska Kościoła w sprawie tzw. wartości chrześcijańskich. Przy respektowaniu tej oczywistej nierówności stron inne niż ideologiczne rozstrzygnięcie dylematu: dialog czy kontestacja w stosunkach państwo ? Kościół nie jest możliwe. W konkordatowym bukiecie został ukryty chwast sporu o inwestyturę. Autor i adresaci konkordatu zapomnieli, że premier rządu polskiego nie jest Henrykiem IV, a Benedykt XVI, czy nieco wcześniej Jan Paweł II, nie jest Grzegorzem VII. Próba powrotu do konkordatu wormackiego z 1112 roku, tej wciąż ponętnej dla Watykanu prawnej podstawy uniezależnienia się kleru i Kościoła od władzy świeckiej, to przykład ahistoryczności myślenia. Wszelkie cezarystyczne gesty książąt Kościoła, ich upodobanie do herbów i książęcych tytułów, to tylko próba zastąpienia odpowiedzi na pytanie: ?Dokąd iść?, odpowiedzią na pytanie ?dokąd wrócić??. Jeśli nawet układ sił w stosunkach międzynarodowych perswaduje Watykanowi wymuszanie powrotu do średniowiecznej tradycji, to tenże układ nie jest na tyle silny, by zniechęcić hierarchów do dezaprobaty Oświecenia jako źródła myśli demokratycznej i demokratycznych rozwiązań ustrojowych. Kwestia dialog czy kontestacja wymaga rozwiązań innych niż te, którym sprzyja większość w polskim Episkopacie. Kościół powinien realistycznie spojrzeć na współczesny świat i potrzebę demokracji. Powinien zauważyć, że wielkiej zmianie uległa nie tylko cywilizacja, zwłaszcza narzędzia pracy i jej organizacja, ale także to, co z braku innych słów nazwę ?sztuką zniewalania ludzi?. Ta, której doznajemy, skażona jest logiką kapitalizmu z obecnej fazy jego istnienia. Kapitalizm globalistyczny nadal operuje głodem i bezpośrednim używaniem przemocy, także militarnej. Gustuje jednak w nowoczesnych formach zniewalania, zwłaszcza w obezwładnianiu psychicznym. Człowieka pozbawia się osobowości. Jednostka traci swą podmiotowość, a staje się monadą tłumu. Tresują ją tak, by polubiła i wybierała tylko to, co wskaże jej marketing. Właściwe dla człowieka wychowanego na demokratycznych zasadach, demokratycznych tradycjach Oświecenia wyznanie: ?Myślę, więc jestem? zastąpiono wyznaniem globalistów: ?Kupuję, więc jestem?.
 
Kościół katolicki ulega tym zmianom. W trosce o własny interes broni swych praw do niedzieli jako czasu oddanego jemu w leasing. Ale tak, jak zmienił misterium mszy na stadionowe wiece religijne, gotów jest otworzyć kaplice w supermarketach. Przedmiotem troski Kościoła w Polsce nie jest już jednostka ludzka, lecz tłum. Papież ogromnieje! Jest nie tylko głową Kościoła, ale namiestnikiem Chrystusa, a papież Polak był po prostu namiestnikiem Boga na ziemi.
 
Hierarchowie polskiego Kościoła ufają tylko sile rąk używających krzyża jako narzędzia do wymuszenia posłuchu. Organizują zbiorowy podziw dla obrazu Jasnogórskiej Pani jako symbolu najwyższych wartości. Nie martwi ich uderzające podobieństwo tych gestów do trywialnych doświadczeń kultury masowej. Kościół konsekwentnie odwraca się od prozy życia, od realiów egzystencjalnych. Kler przestaje widzieć, że ludzie nie obawiają się diabła jako abstrakcyjnego symbolu zła. Zwykli ludzie boją się bezrobocia. Panicznie lękają się bossa, bezkarnego, gdy im komunikuje: ?Od jutra nie pracujesz. Jesteś nam niepotrzebny?. Młodzi odkrywają świat, w którym ukończenie studiów, z zasady na koszt rodziców, przynosi im status bezrobotnego z dyplomem. To są autentyczne problemy w stosunkach społecznych w Polsce. One najwyraźniej nie martwią ludzi Kościoła. Ich zajmuje przede wszystkim trwałość poręczeń uprzywilejowanej pozycji. Atakują wszystkich i każdego, kto z tego punktu widzenia nie jest wystarczająco dyspozycyjny. Nie martwią ich arogancja i wilcze kły rekinów kapitału finansowego. Pilnują gwarancji zapewniających klerowi przywileje materialne i prestiż. Głuchota Kościoła na losy demokracji, jego obojętność na dialog z demokratycznym państwem i współdziałanie, są fragmentem większej całości. Elita kościelna lubi rozprawiać o naturze zła. Na Zachodzie nie ma jednak złych struktur społecznych i nieuzasadnionych przywilejów. Nie ma kultu siły, maniakalnego bogacenia się, brutalnej grabieży zasobów krajów ekonomicznie słabych. Panuje tylko zło nieposłuszeństwa. Nie docieka się natury czynników sprawczych osłabienia kondycji społeczeństw, epidemii stosowania terroru, zwłaszcza psychicznego. Nieustannie apeluje się o poszanowanie chrześcijańskich wartości. W tej sytuacji należy pytać: ?Co nam z natrętnej obecności Kościoła w każdej sferze życia publicznego i prywatnego, jeśli on sam widzi siebie w roli cesarza uderzając w sedno nauczania chrystusowego co cesarskie cesarzowi, co boskie Bogu, co ma myśleć człowiek o wartościach bezradnych przecież wobec pogłębiającego się rozdarcia między biedą i bogactwem??. By zrozumieć tę zastanawiającą awersję polskich hierarchów do dialogu i współdziałania z demokratycznym państwem, trzeba obserwować nie tylko polskie realia polityczne, lecz także europejskie, a przede wszystkim amerykańskie. W czasie prezydentury Reagana i Busha wpływowe siły konserwatywne w kulturze amerykańskiej lansowały takie oto diagnozy: ?Wyparcie religii z życia publicznego podkopało historyczną tożsamość Ameryki [...] Problemem jest bezbożna kultura, która dopuszcza masowe morderstwo w formie aborcji?.
 
Z tego myślenia republikanie wysunęli dwa wnioski: ?Bóg umieścił Busha w Białym Domu?. Po tej pochwale roztropności Boga sformułowano dyrektywę popularyzowaną także w Polsce: ?Gdy zepsuciu ulega cała kultura moralna, przywódcy muszą rządzić narodem wbrew jego woli?. No i rządzą! Właściciel radia ?Maryja?, lider PiS Kaczyński, abp Michalski  ? to szczególny przypadek politycznej ?trójcy świętej?. Osoby są trzy, ale cel jeden ? żadnego dialogu i żadnego współdziałania!
 
Tak gwałci się doświadczenie historyczne. Nasz ruch powinien przeciwdziałać, współpracując także z ludźmi autentycznej wiary, którzy rozumieją, że nie można bezkarnie wpychać ludzi do form zbiorowego bytowania, które odrzucili jako nieznośne. Państwo jest demokratyczne nie wtedy, gdy przypomina wartości religijne, ale jedynie wtedy, gdy jego działania tworzą realną alternatywę wobec państwa globalnego liberalizmu. Praktyka codziennie przypomina nam, że ?rewolucja moralna? to najbardziej odrażające z oszustw, którymi usiłuje się utrzymać władzę.
 
Myśl o powszechniejącej obłudzie jako lansowanym sposobie bycia zobrazuję zwróceniem uwagi na ważny, a przemilczany fakt. Po 1989 roku słowo robotnik zaczęło tracić swój tradycyjny sens. Odebrano mu funkcję informacyjną wskazującą zawód, klasę, zapowiedź nowego kształtu stosunków społecznych opartych na pracy. Mówiono przecież o świecie ludzi pracy. Odebrano robotnikom zdolność kreacji nowego świata, uznając tylko ich aktywną rolę w burzeniu starego układu. Nie ma słowa robotnik. Wypiera je pogardliwy synonim robol. Podobnie znika słowo chłop, a pojawia się megalomański epitet burak. Wyjaśnienie jest proste. Stało się tak, bo robotnicy razem z politycznymi partiami zlekceważyli istnienie ich zorganizowanego przeciwnika, czyli kapitalistów. Zwracam uwagę, że obserwujemy nie tylko cyniczną operację na języku polityki, lecz na żywym organizmie społecznym. Powinno dziwić, ale nie dziwi, że ta operacja nie spotkała się z powstaniem nowego Komitetu Obrony Robotników. Nie powstał żaden KOR bis. Tkwimy w klimacie wielkiej mistyfikacji. Rydzyk, Kaczyński, Michalski, Gowin i legion innych przemawiają językiem nowomowy. Nie powstał KOR bis, bo na to miejsce rozpanoszyły się Opus Dei i Bractwo Piusa X. Póki co, tej zmiany zaczyna się obawiać tylko część młodego pokolenia i bacznie obserwująca jego nastroje ?Gazeta Wyborcza?. Jest jeszcze pora, by ich w tym wesprzeć.
 
Na koniec krótko o zakłamywaniu historii PRL. To państwo miało rzeczywiście sporo wad, ale jeśli z generalnej oceny tego okresu wyłączymy lata 1949-1955, czas nieskutecznej próby stalinizacji Polski, to nigdy Polska Ludowa nie odbierała rozumu tym, co go mieli, a młodemu pokoleniu stwarzała realne warunki materialne, by każdy, co rozum mieć chciał, mógł go osiągnąć. Istniała przez cały czas kwestia osobistej odpowiedzialności za to, co się robiło, i kim się być chciało.
 
Podam przykład jeszcze świeży. W 1989 r. kler i KOR wnieśli w technikę zamachów stanu sporo chytrej socjotechniki, zupełnie nie martwiąc się tym, że ich krótkotrwały sojusz zaraził życie kraju przykładem cynicznego traktowania polityki porozumienia. Przemyślmy słynne hasło z lipca tamtego roku: ?Wasz prezydent ? nasz premier?. Przecież był to czystej wody zamach stanu dokonany rękami dwóch centrów przeciw polityce porozumienia. Do dziś nie możemy się wygrzebać ze skutków tej wojny na górze. Awersja hierarchii Kościoła katolickiego w Polsce do polityki dialogu i współdziałania jest tylko fragmentem tych fatalnych doświadczeń.
 

Forum Myśli Wolnej nr 52/2012, s. 13-15