Kodeksowa kreatywność bez refleksji etycznej

Autor: Józef Kabaj
 

Kodeks Nauczyciela z 1872 roku stanowił:
„1. Nauczyciel każdego dnia powinien zadbać o to, aby lampy były napełnione, a kominek czysty.
2. Każdy nauczyciel winien codziennie przynosić wiadro wody i kubeł węgla.
3. Pióra należy przygotowywać starannie. Końcówki piór można ostrzyc zgodnie z indywidualnymi upodobaniami wychowanków.
4. Nauczycielowi płci męskiej zezwala się na wykorzystanie jednego wieczoru w tygodniu na sprawy osobiste (bądź też dwóch wieczorów, jeśli regularnie uczęszcza do kościoła).
5. Po spędzeniu dziesięciu godzin w szkole, nauczyciele mogą oddać się czytaniu Biblii lub innych pożytecznych ksiąg.
6. Nauczycielki, które wychodzą za mąż bądź angażują się w romanse dostaną natychmiastowe wypowiedzenie.
7. Nauczyciel, który pali, używa alkoholu w jakiejkolwiek formie, uczęszcza do kasyna lub domu publicznego, lub tez goli się u fryzjera dostarcza znakomitych powodów, by żywić poważne wątpliwości, co do jego wartości, zamiarów, prawości i uczciwości.
8. Nauczyciel powinien odkładać drobne sumy z każdej wypłacanej mu pensji, aby w latach starości nie stać się ciężarem dla społeczeństwa.
9. Nauczyciel wykonujący swą pracę sumiennie i wiernie przez 5 lat spodziewać się może podwyżki w wysokości dwudziestu pięciu centów tygodniowo, o ile zarząd wyrazi na to zgodę.”
(Przepisane z sieci.)
 
A teraz parę słów komentarza na temat etyczności i nieetyczności niektórych artykułów kodeksów etyk zawodowych.
 
Czym mógłby być – ewentualnie – kodeks etyczny dowolnej grupy zawodowej?
 
1. Najpierw rzecz podstawowa, czyli rozumienie, o czym mowa. Co to ma znaczyć „kodeks etyczny”? Przymiotnik „etyczny” funkcjonuje bowiem w naszym języku głównie w dwu znaczeniach: wartościującym (etyczny znaczy wówczas tyle co „moralnie dobry” lub „moralnie właściwy”, jak np. w zwrocie „etyczne postępowanie”), albo systematycznym, czyli porządkująco-wyliczającym, tak jak np. „kodeks cywilny” jest zbiorem artykułów prawa cywilnego, tak też w danym przypadku „kodeks etyczny” byłby zbiorem artykułów prawa moralnego. Najczęściej bowiem termin „etyka” jest u nas synonimem moralności. Problem tylko w tym, że pojęcia „prawo moralne” używamy bądź to jako przenośni (np. powtarzając za Kantem „akt strzelisty”: „Niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie”), bądź też jako ideowego postulatu (w rodzaju wolterowskiego stwierdzenia, że „Gdyby Boga nie było, to należałoby go wymyślić”) – bo prawo moralne zdaje się potrzebne.
 
2. Wobec tego powstaje druga kwestia, też zasadnicza. Czy owo – jakieś – prawo moralne istnieje również w konkrecie, a nie tylko w przestrzeni wirtualnej? Niemal wszystkim wydaje się, że tak, owszem, bo przecież „musi być” jakieś prawo moralne, poczucie tego, co właściwe, poza kodeksami prawnymi, stosowanymi przez instytucje sądownictwa i poza regulaminami zakładów penitencjarnych. Czyli gdzie? Odpowiadamy sobie na to pytanie ogólnikowo, że mianowicie w ludzkim sumieniu.
 
3. Lecz nawet gdyby dla kogoś ta lokalizacja była wystarczająco konkretna („wiem, co to takiego sumienie, wiem też, gdzie ono się znajduje”), to i tak trudno będzie się oprzeć kolejnej wątpliwości. Przyjmijmy bowiem roboczo, że istotnie posiadamy „wdrukowane” artykuły prawa moralnego, czyli zbiór zasad moralnych, zwany potocznie kodeksem etycznym. Wszak potężne instytucje przez wieki doskonalą stare formy i wynajdują nowe środki indoktrynacji moralnej, stosowanej na szeroką skalę. Przykładami na to są m. in. liczne komentarze do norm objawionych i innych prorockich iluminacji, które uczniowie muszą wkuwać w odpowiednich szkołach bądź na specyficznych lekcjach (chedery, medresy czy katecheza). Po co w takim razie jeszcze jeden, dodatkowy kodeks moralności?
 
4. Odpowiedź, jaką na to słyszymy, brzmi: posiadamy w sobie (w duszy, w sumieniu) uniwersalne prawo moralne, niejako zarys ogólnych norm moralnych, które wymagają uszczegółowienia w rozpisaniu na poszczególne role, czyli grupy zawodowe. Niegdyś formułowano takie przepisy w podziale na stany. Przykładem stanowego uregulowania może być samurajskie busido, czy Kodeks Honorowy Bohdziewicza. W zasadzie tendencja jest słuszna, a w każdym razie taką się wydaje: nauczyciel nie powinien przecież kląć jak szewc, a lekarz obchodzić się z ludzkim ciałem jak rzeźnik z mięsem. Bo szewc – jeżeli klnie – to go słyszy jedynie kopyto (klienta przecież nie zruga), a lekarz – w szczególności chirurg – operuje przeważnie na jeszcze żywym organizmie, który dysponuje zwykle zapleczem prawnym. Swoją drogą ciekawe, czy w kodeksie etycznym szewców jest zakaz używania brzydkich wyrazów? Co do nauczycielskiego nie mamy wątpliwości… Poza tym czytamy, czarno na białym, w pewnym zupełnie przyzwoicie napisanym Kodeksie Etycznym Nauczyciela:
„Nauczyciel uczy zasad kultury osobistej oraz wpływa na kształtowanie postaw prorodzinnych ucznia.”
(Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 4 w Słupsku).
 
5. Inną kwestią jest to, że istnieją zawody „zaufania publicznego”, co do których mamy szczególne wymagania. Wprawdzie rozmiar stóp klienta(-ki) czy ich kształt też jest w pewnych przypadkach sprawą intymną, której szewc nie powinien rozgłaszać wszem i wobec, jednak skala nieszczęścia, na które jest narażony klient adwokata lub sędziego, czy też notariusza lub tłumacza przysięgłego, w przypadku ujawnienia danych, którymi oni dysponują, jest znacznie większa i poważniejsza, wręcz nieporównywalna z tamtą u szewca. W związku z tym owe oczekiwania społeczne zdają się tłumaczyć ów pęd do kodyfikacji norm moralnych, który obserwujemy w dzisiejszych (także) czasach. W szczególności dotyczy to owych newralgicznych, nader wrażliwych czynności, które się wykonuje przy naszym ciele (pielęgnacja – lekarze), psychice (wychowywanie – nauczyciele) czy swobodach (ograniczenia – policja, wymiar sprawiedliwości, więziennictwo).
 
6. Lecz dotychczasowe doświadczenia z kodeksami moralności nie napawają optymizmem. Ileż to razy obserwowaliśmy zaklinanie się w sądach na Boga i Biblię, że się będzie mówiło „całą prawdę i tylko prawdę”, albo słyszeliśmy odwołanie „Tak mi dopomóż Bóg” (chodzi tu o źródło norm moralnych i gwarancję ich stosowania), po czym widzieliśmy „poświadczenia nieprawdy” i inne, nawet zupełnie pospolite łgarstwa i oszustwa, np. posłów czy ministrów przy wypełnianiu przez nich konstytucyjnych ich obowiązków.
 
7. Najgorsze jest jednak to, że autorzy kodeksów, zwanych etycznymi, nagminnie wykazują nieznajomość podstaw etyki, będącej teorią filozoficzną o randze naukowej od 2,5 tys. lat. Ignorują na przykład kwestie sporne, pomijają co najmniej wątpliwe i przesądzają, albo wyrokują o dobru i złu moralnym. W bardzo poważnym i wartościowym – w porównaniu z innymi - kodeksie etyki, przyjętym przez Naczelną Izbę Lekarską, czytamy np. taki oto artykuł: „Art. 31. Lekarzowi nie wolno stosować eutanazji, ani pomagać choremu w popełnieniu samobójstwa.”
 
Z kontekstu widać, że eutanazja została potraktowana jak zabijanie, czyli dokładnie wbrew znaczeniu, w jakim to pojęcie bywa używane od starożytności przez ludzi oczekujących po lekarzach pomocy również w sytuacjach terminalnych, czyli skrócenia męki nieodwracalnego procesu konania, rozciągającego się nieraz na tygodnie i miesiące. Z drugiej zaś strony tenże kodeks nie ma nic przeciwko przerywaniu tzw. uporczywej terapii. A jest to praktyka codzienna w tysiącach szpitali, w których lekarze podejmują decyzje o odłączeniu kroplówki lub respiratora. Nie wolno zatem podać zbyt silnego środka przeciwbólowego, który sprawiłby, że nastąpiłaby śmierć bezbolesna (wszak istnieją takie anestetyki), wolno natomiast przerwać podawanie czynnika podtrzymującego życie i tym samym narazić pacjenta na długotrwałe męczarnie lub zwykłe uduszenie się. Namiastkę tego drugiego procesu znają np. ci, których usypiano do zabiegów operacyjnych eterem. Uśpienie do operacji środkiem podanym w zastrzyku następuje natomiast niezauważalnie dla pacjenta. Wiem o tym, ponieważ doświadczyłem obu tych sposobów.
 
Mamy więc i tu do czynienia, jak widać, z zupełnym brakiem refleksji etycznej, opartej na filozoficznym instrumentarium pojęciowym oraz logicznym.
 
8. Jest rzeczą jasną, że pojęcie „dobrej śmierci” jest wewnętrznie sprzeczne w powszechnym rozumieniu. Ogół bowiem boi się śmierci, nierzadko nawet panicznie. Zrozumiałe, czemu. Chodzi przecież o umieranie, które jest procesem ze wszech miar przykrym, a co najmniej nader uciążliwym. Tak było od zawsze, że ludzie się przy tym męczyli. Obecnie jednak są możliwości po temu, aby się aż tak bardzo nie męczyć, jak to się dzieje w bardzo wielu przypadkach. W dawnych czasach dobijano nierzadko ludzi z litości, podobnie jak się to czyni ze zwierzętami („usypianie”). Istniały nawet specjalne sztylety, zwane z łacińska „miłosierdziem” (miserocordia). Teraz zaś jesteśmy straszeni perspektywą masowego „mordowania” staruszków i nieuleczalnie chorych, które miałoby jakoby nastąpić po przyzwoleniu na radykalne i ostateczne znieczulenie. Czyli miotamy się pomiędzy skrajnościami, jakimi są: przyzwolenie na długotrwałe męczarnie i konwulsje oraz przyzwolenie na zabijanie ludzi. A gdzie złoty środek? Nie da się pomyśleć? Przecież myślenie czasami przynosi zupełnie dobre rozwiązania.
 
Autor jest doktorem filozofii, etykiem, wykładowcą w wyższych uczelniach.

Res Humana nr 3/2011, s. 12-14