Spory o oświatę

Autor: Marian Dziwisz
 

Wraz z wprowadzeniem w życie ustawy z 1991 r., jak na to wskazuje praktyka, oświata została oddana jeżeli nie w rzeczywiste, to duchowe władanie Kościoła rzymskokatolickiego. Stąd też trudno mieć jakiekolwiek pretensje do jego duchownych funkcjonariuszy, że bronią powierzonego im przez organy państwa terenu działania. Trudno mieć pretensję o to, że skutecznie działają poprzez rodziców, nauczycieli i dyrektorów szkół, by to co zostało oddane ich opiece było oznaczone stosownymi symbolami przynależności. Stąd w sekretariatach szkół, w gabinetach dyrektorów, w każdej sali lekcyjnej znalazły się krzyże. Czy ich zawieszaniu towarzyszyła modlitwa?! Czy towarzyszyła chwila zadumy i refleksji, czy jedynie wola podkreślenia, że przestrzeń szkoły, jest przestrzenią działania Kościoła. Przestrzenią, w której – jak mówi prof. Andrzej Zoll (w „Gazecie Wyborczej” z piątku 22 października 2010) „Większość powinna oczywiście szanować jej [mniejszości inaczej myślących i być może inaczej wierzących] prawa, ale i mniejszość powinna pamiętać, gdzie się znajduje”. Czy należy się przeto dziwić, że nagle rozlega się larum, gdy w prywatnej szkole podstawowej i gimnazjum Salwator w Krakowie – jak odnotowano w tej samej „Gazecie Wyborczej” – dyrektor po jej remoncie postanowił nie zawieszać krzyży. Krzyż i symbole religijne inny wyznań mają się znaleźć w remontowanej jeszcze sali katechetycznej.
 
Prof. Jan Hartman filozof i etyk komentując to wydarzenie dla „Gazety Wyborczej” mówi: „Zdjęcie krzyży nie może być odczytywane jako negatywny stosunek do religii katolickiej. Powinno za to być czytane jako pozytywny stosunek do polskiej konstytucji. Nadanie szkole świeckiego charakteru poprzez zdjęcie krzyży to nic innego jak gest szacunku dla konstytucyjnego porządku”.
 
Tak oto obecność krzyży w przestrzeni publicznej, która jest tłem dla wielu wydarzeń społecznych staje się kwestią pierwszoplanową bądź to w sporze o ten z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie, bądź też o te w szkole. A przecież tak naprawdę w tych sporach nie chodzi wcale o znaczenie symbolu, ale oto do kogo należy teren nim naznaczony. Jeżeli bowiem z materialnym krzyżem, bądź też krzyżem pojęciem nie jest związane zrozumienie jego istoty, gdy jest traktowany, jak totem, który poprzez samą swoją obecność ma chronić przed złem i wskazywać na dobro, to wówczas albo on powszechnienie – zostaje sprowadzony do rangi zwyczajnych przedmiotów – albo może stać się przyczyną nieszczęścia, gdy na przykład ktoś będąc w górach podczas burzy, wierząc w magiczną moc krzyża, chroniącą przed złem ucieka pod jego metalowa konstrukcję na szczycie, zamiast jak najdalej od niego uciekać. Z takim właśnie traktowaniem krzyża nie godził się Juliusz Słowacki w „Kordianie”:

Wsteczną drogą do źródła mętnego powracam.

Dróg zawartych przesądem nie przestąpię krokiem.
(…)
Chyba, że w owej drodze jak milowe słupy
Mija stare przesądy – zbladłe wieków trupy.
Nie, są to raczej krzyże przy ubitej drodze,
Prostak przy nich koniowi zatrzymuje wodze
I żegna się, i pokłon oddaje – gdy mija…
Potem mędrkowie prostsze wytkną ludziom szlaki,
Z wolna na drogę nową zjeżdżają prostaki;
Na zapomnianym krzyżu bocian gniazdo zwija,
Mech rośnie, pod nim dzieci w piasku sadzą kwiaty…
Nieraz krzyż, u stóp samych podgryziony laty,
Pada, zabija dzieci z sielskiego pobliża,
A lud płacze, że zwalić nie pamiętał krzyża.
Więc idę na świat rąbać nadpróchniałe drewna.

[Akt I, scena I]
 
Prof. J. Hartman odczytał gest dyrektora szkoły, jako spełnienie woli Kordiana, bądź też jako wyraz obywatelskiej postawy. „Gazeta Wyborcza” też donosi, że w związku z postawą dyrektora szkoły Salwator krakowska kuria zastanawia się czy nie wycofać z niej katechezy. On sam uważa, że groźba kurii jest śmieszna, gdyż jego zdaniem: „Nauczanie religii w szkołach to przywilej, który państwo dało księżom i jeszcze im za to płaci. Nie wierzę, że kuria z tego zrezygnuje”.
 
Można sobie wyobrazić, że kuria dotrzyma słowa. Czy wówczas dyrektor dla chcących uczęszczać na lekcję religii zatrudni nauczyciela, np. absolwenta teologii katolickiej UJ, lub też absolwenta Papieskiego Uniwersytetu Teologicznego, albo Ignatianum? Przecież są tacy, którzy daremnie pukają do bram kurii poszukując pracy w szkole, ale wówczas pojawia się pytanie, czy nie zostanie mu odebrana część subwencji oświatowej, przeznaczonej na opłacanie lekcji religii. Naruszyłby bowiem ustalone pomiędzy Episkopatem a MEN zasady zatrudniania i wynagradzania katechetów. A ktoś, kto by podjął się nauczania religii bez zgody kurii naraziłby się zapewne… trudno określić na co, bo taki precedens jeszcze nie zaistniał, ale na pewno na poważne skarcenie. Rodzi się też pytanie, czy hierarchowie Kościoła żądając wprowadzenia katechezy do szkół tak naprawdę czynili to w trosce o katolickie nauczanie i wychowanie dzieci i młodzieży. Powiedzmy szczerze, że istniał wówczas już wypróbowany system katechezy. Zbudowano wiele sal katechetycznych, lub też udostępniano na katechezę sale lekcyjne w szkołach. Okazało się to jednak za mało. Być może chodziło głównie o gwarancję zatrudnienia duchowieństwa w systemie oświaty. Danie mu takiej gwarancji, jakiej nie posiada żaden absolwent uniwersytetu czy szkoły pedagogicznej na wolnym rynku pracy?!
 
Tak na marginesie, to dziwne, że nikt nie wytyka duchownym, kiedy ci zdejmowali krzyże np. z salek katechetycznych i przeznaczali je na inne cele. Nikt na przykład nie zwrócił uwagi, jak w tym samym Krakowie przy ul. Filipa, pomieszczenie będąc w latach 1956–1961 kaplicą Małego Seminarium Duchownego XX Misjonarzy zostało przekształcone w butik. Dziś nie ma tam ołtarza, jest kasa, nie ma klęczników, są wieszaki, nie ma konfesjonału, przy którym się spowiadał.
 
Dziedzina oświaty zasługuje na coś więcej niż spór o: obecność krzyży w salach lekcyjnych; nauczanie etyki, która – jak wyjaśnia Grażyna Płoszyńska [„Gazeta Wyborcza” 22 października 2010; O lekcjach etyki u RPO] – „W rozumieniu MEN to po prostu lekcje wychowawcze, na których propaguje się właściwe postawy etyczne”. To wszystko są tła pierwszoplanowe. Istotą sporu zarówno w parlamencie jak też wśród uczonych powinien stać się stan polskiej oświaty, by swoimi treściami i formami nie cofała się w czasy średniowiecza i szkół parafialnych, ale by stała się nowoczesną.
 
Po pierwsze, nowoczesną w swojej bazie materialnej, co oznacza potrzebę powszechnej komputeryzacji procesów dydaktycznych, tak by zarówno nauczyciel jak też uczeń mogli się posługiwać najnowszymi technikami w nauczaniu wszystkich przedmiotów.
 
Po drugie, rzetelnego zbadania obowiązujących programów nauczania, podręczników i metod nauczania, by odpowiedzieć na pytanie: czy polska szkoła rzetelnie przygotowuje młodzież do podjęcia wyzwań kulturowych i cywilizacyjnych XXI wieku? Czy też bardziej troszczy się o umacnianie wiary niż rozumu, wbrew przestrogom papieża Jana Pawła II, który głosił, że: Złudne jest mniemanie, że wiara może silniej oddziaływać na słaby rozum; przeciwnie, jest wówczas narażona na poważne niebezpieczeństwo, może bowiem zostać sprowadzona do poziomu mitu lub przesądu. [Jan Paweł II, Encyklika Fides et ratio.]
 
Tylko w szkole, w której nauczanie przedmiotów, poza katechezą, będzie skorelowane z opinią specjalistów z poszczególnych dziedzin i autorytetów naukowych nie z treścią czwartego rozdziału Dyrektorium Katechetycznego Kościoła Katolickiego w Polsce przyjętym przez Konferencję Episkopatu Polski w 2001 roku, staną się zrozumiałe słowa C.K. Norwida będące mottem do dialogu Bogumił w Promethidionie: Nie za sobą z krzyżem Zbawiciela, ale za Zbawicielem z krzyżem swoim: ta jest zasada wszech-harmonii społecznej w Chrześcijaństwie – ten jest tego, co zowią materialnie specjalnościami, rytm i akord… Ta to jest nareszcie tajemnica ruchu sprawiedliwego….. [Warszawa 1989, s. 59]
 
Autor jest nauczycielem etyki, filozofem, doktorem nauk humanistycznych.
 

Res Humana nr 6/2010, s. 4-6