Etos, sacrum i nauczyciele w dziejach cywilizacji

Autor: Jerzy Kolarzowski


Od dawna byliśmy i mniemam, że dalej jesteśmy gośćmi Stworzenia.
Gospodarzowi winniśmy wielkoduszność stawiania pytań.
Ostatnie zdanie książki G. Steiner, Gramatyki tworzenia.

Za sprawą wydawnictwa Zysk i sp. otrzymaliśmy kolejną książkę Georga Steinera Nauki Mistrzów. Tak jak w przypadku kilku poprzednich jego książek m.in. W zamku Sinobrodego czy Gramatyki tworzenia1 również i ta pozycja stanowi zapis wykładów, jakie uczony ten wygłosił w roku akademickim 2001/2002 na harwardzkiej katedrze im. Charlsa Eliota Nortona.

Trudny „derridiański” styl Steinera charakteryzujący się semantyczną wirtuozerią, nowatorstwem w zakresie stylistyki wymagającej od czytelnika wzmożonej uwagi. Jest to książką, która wprawdzie stanowi zapis tego, co najpierw było wypowiedziane, ale jej stylistyka nie odwołuje się do płynności ludzkiej mowy. Odchodzi od płynności w imię poszukiwania nowych znaczeń w przestrzeni między-słownej. Stanowi to o szczególnej wartości zapisków Steinera.

Wykłady Steinera zostały poświęcone odwiecznej kwestii złożoności relacji mistrz – uczeń. Mimo, że relacja mistrz – uczeń dotyczyła Starożytności, Średniowiecza, czasów współczesnych, była obecna w kulturze antycznej Grecji i nowożytnej Europy, pochłaniała wiele ludzkiego wysiłku w obszarze dalekowschodnich kultur religijnych: buddyzmu, hinduizmu, taoizmu czy konfucjanizmu –nigdzie nie została, ani wyczerpana w sensie jakiegokolwiek uogólnienia obejmującej problematyki, ani nie była ujęta w postaci zawsze weryfikowalnych konkluzji czy ostatecznych rozstrzygnięć. Równie trudne okazało się wypowiedzenie na ten temat jednej sentencji czy aforyzmu. Stąd też relacja mistrz –uczeń, egzemplifikując: wybitny nauczyciel i zdolni uczniowie, nieraz równie zdolni jak mistrz bądź przerastający swego pedagoga to doskonały temat dla prezentowania wielu publicznych wykładów.

Można na ten temat powiedzieć cokolwiek. Można na tak postawiony problem powiedzieć mnóstwo, przytaczając przykłady z historii kultury, filozofii, muzyki, teatru a nawet sportu. Zalecam pochylenie się nad książką Steinera dlatego, że jej treść znacznie bliżej sytuuje się w pobliżu tego co istotne a nie tego potencjalnego jakkolwiek – które tak często występuje w różnorodnych analizach pisanych przez przedstawicieli jednej konkretnej dyscypliny.

G. Steiner nie przywołuje w swoim opisie Hegla i szkoły heglowskiej. W tym sensie jego książka Nauki mistrzów dobitnie odchodzi od historyzmu, ujęcia historycznego, ducha heglizmu czy marksowskiego pośród wielu pism jaki ukazały się w humanistyce od czasów upadku komunizmu. Ale nie jest to praca pisana z pozycji konserwatywnych, nigdzie nie razi tradycjonalizmem, często obecnym w pedagogice konfesyjnej, uprawianej na potrzeby wielu szkół religijnych2. Amerykański humanista dobrze rozumie jak istotną rolę odgrywa postęp. Ale droga do jego zrozumienia jest niezwykle odległa od sposobu rozumienia postępu jaki poprzez marksizm został narzucony elitom XIX i XX wieku. Steiner nie przywołał doskonale znanego przykładu z Fenomenologii Ducha G. W. Hegla mówiącego o relacji pana i niewolnika. Przypomnijmy: niewolnik poprzez stałe obcowanie ma wielki wpływ na pana, zmienia jego psychikę i osobowość. To dzięki niewolnikowi pan staje się kimś innym. Relacja w drugą stronę także zachodzi, niewolnik nade wszystko chce stać się panem, zająć jego miejsce i ewentualnie tak jak jego pan korzystać ze wszystkich uciech świata także z przyjemności posiadania własnych niewolników. Jest to wiec dialektyka pełna i nierozwiązywalna. Cóż zatem prostszego jak przypisać nauczycielom rolę panów, a uczniom rolę niewolników. Przecież nie gdzie indziej jak właśnie w szkolnictwie następuje wymiana polegająca na tym, że ktoś kto nauki odbiera potem sam staje za katedrą i naucza młodszych. Steiner jednak tego nie robi i poprzez całą książkę pobrzmiewa zarysowany w pierwszym rozdziale los dwóch wielkich nauczycieli Europy Sokratesa i Jezusa.

W związku z postacią Sokratesa w ostatnim półwieczu pojawiły się dwie zaskakujące hipotezy, jedna lingwistyczna a druga teofaniczna. W dawnej Grecji język, którym można było posługiwać się w miejscach publicznych był językiem sklasyfikowanym – formułkowym. W miejscach publicznych można było porozumiewać się za pomocą z góry ustalonych logii i tylko ten kto ich używał mógł być uczestnikiem procesu komunikowania się w miejscach publicznych. Sokrates przez swą metodę majeutyczną zadawania pytań, na które nie zawsze można było znaleźć odpowiedź, ten zrytualizowany język rozbił. Działalność mistrza i jego uczniów mogła przypominać trupę aktorów, która wtargnęła na nabożeństwo i język mszału przekształciła w dramat z bardzo silnym podtekstem etycznym i filozoficznym.
Z badań nad Grekami czasów Sokratesa wyłania się kolejna hipoteza teofaniczna. Otóż uczniowie Sokratesa podzielili się na dwie grupy. Jedna to ci którzy skupili się wokół Platona i jego Akademii, gdzie z Sokratesa uczyniono centralną postać wielu Dialogów. Grupa druga, ponoć słabiej wykształcona i bardziej plebejska zaczęła Sokratesowi oddawać cześć boską. Ponieważ obie grupy dzieliła mentalna i materialna przepaść – ci którzy chcieli widzieć w Sokratesie delegata panteonu z Olimpu, człowieka-boga byli w ówczesnych Atenach w mniejszości. Słuch po nich zaginął na wiele wieków i dziś trzeba prawdę, o dwóch kręgach recepcji Sokratesa, odkrywać w szczególnego rodzaju zapiskach i świadectwach.

Pomiędzy nauczycielami ludzkości Sokratesem i Jezusem rysuje się asymetryczna paralela. Pozbawiane tożsamości narody zaludniające cesarstwo rzymskie nie chciały zatracić swej tożsamości w śródziemnomorskim łacińskim uniwersum. Co mogły uczynić, żeby tak dobrze jak Żydzi zachować swoją tożsamość, mieć poczucie wyjątkowości i zdobyć niedostępne dla nich prawdy zapisane w żydowskiej Księdze, jaką do czasów chrześcijańskich była Biblia. Nauki jednego z tych, którego wewnętrznie podzieleni Żydzi nie mogli uznać nawet za nauczyciela narodu, po pewnych przekształceniach zostały przelane na narody zamieszkujące świat śródziemnomorski i Azję Mniejszą. Postępowi Żydzi ( w tym Żydzi mesjaniści) od dawien dawna twierdzili, że Chrystus był mesjaszem ale dla narodów pogańskich, politeistycznych. Bez nauki Nazarejczyka narody inne niż żydowski nie poznałyby Księgi – Biblii i może nie zbliżyłyby się do monoteizmu. Fakt, uczyniły to za cenę okropnego bałwochwalstwa, odstępując od zupełnego monoteizmu i uprawomocniając swoje zabiegi deifikacją Jezusa. Ale musiała być taka kolej rzeczy, gdyż miejsce dla prawdziwego Mesjasza, który pojawi się, kiedy wypełnią się dzieje, nie zostało zajęte. Mesjasz prawdziwy, prawdziwie – żydowski dopiero nadejdzie.

Wypada zapytać czy relacja mistrz – uczeń może znaleźć jakikolwiek wspólny wymiar z relacją człowiek – Bóg? Odpowiedź na to paraboliczne pytanie musi być twierdząca: prawdziwy mistrz potrzebuje prawdziwych uczniów. Na świecie pojawiają się Mistrzowie, którzy w zamęcie dziejów dla swoich uczniów i uczniów tych uczniów przyoblekają się w cechy boskie. Jest to cena, jaką trzeba ponieść w sytuacjach, gdy rozziew intelektualny pomiędzy najprawdziwszym z mistrzów a jego otoczeniem jest nie do ogarnięcia. Deifikacja w relacji mistrz – uczeń nawet jeżeli okazuje się konieczna, nie jest czymś dobrym. Uczeń Boga nie może zostać bogiem. Deifikacja zatem czyni relację mistrz – uczeń nieprzekraczalną. Wyznawcy dzielą się na bezkrytycznych strażników tradycji i heterodoksyjnych marzycieli nauczających, że wysiłek adeptów powinien być nakierowany na to, by uczniowie stali się ze swym nauczycielem – jednością – w wymiarze intelektualnym i duchowym.

Może, ktoś posądzić Steinera, że promuje dawną teozoficzną prawdę, mówiącą, że założyciele wielkich religii: Mojżesz, Budda, Chrystus, Mahomet to najprawdziwsi, najwięksi nauczyciele ludzkości. Byłby to jednak wniosek błędny. Nie czytalibyśmy wielu stron o związkach łączących E. Huserla z M. Hedeggerem, M. Heideggara z H. Arendt, Z. Feuda z C. G. Jungiem i A. Adlerem i wielu innych ciekawych historii zaczerpniętych z historii kultury i cywilizacji.

Ludzkość zarówno dawniej jak i współcześnie w dobie elektronizacji intelektualnego przekazu potrzebowała i nadal potrzebuje wybitnych nauczycieli. Nauczyciele ci powinni mieć grupę wybranych uczniów o szczególnych uzdolnieniach. Na pewno potrzebne jest, by zapewniono im w miarę znośne warunki materialnej egzystencji, a nade wszystko powinni cieszyć się społecznym szacunkiem i być obdarowywanymi ludzką miłością.


Forum Myśli Wolnej nr 44-45/2010, s. 52-54

G. Steiner, Nauki Mistrzów, przekł. Jerzy Łoziński ,Wydawnictwo Zysk i sp, Poznań 2007, s. 296.
 
Przypisy:
1 G. Steiner, W zamku sinobrodego. Kilka uwag w kwestii przedefiniowania kultury. Wykłady ku czci T. S. Eliota wygłoszone w roku 1970, przekł. O. Kubińska, wyd. Atext, Gdańsk 1993. [Tenże] Gramatyki tworzenia. Na podstawie wygłoszonych w roku 1990 wykładów imienia Gifforda, przekł. J. Łoziński, Poznań 2004.
2 Mam tu na myśli nie tylko pedagogikę na uczelniach katolickich czy protestanckich ale także myśl pedagogiczną Dalekiego Wschodu, która kładzie ogromny nacisk na wierność linii przekazu, nie dostrzegając często roli postępu w dziejach.