Ludzka rzecz

Autor: Józef Kabaj
 
Motto:
Quand on est mort, c’est pour longtemps; quand on
est b?te – c’est pour toujours (prawdopodobnie Marc
Antoine Desaugiers lub parafraza jego sentencji).

O temacie i o sobie
 
Należę do tej generacji, która w większości rozumie tytuł dwumiesięcznika „Res Humana”. Jesteśmy dziś świadkami – a nieraz również uczestnikami – sporu o rozumienie moralnej wartości człowieczeństwa. Stawiamy sobie – albo nam się stawia – pytanie, czy jest w nas jakieś dobro i jakieś zło, a jeśli tak, to jakie oraz ile, czy któreś z nich przeważa, jest trwalsze względnie na czym opiera się ewentualna symetria pomiędzy nimi oraz jaka jest ich dynamika. Pragnę podzielić się kilkoma refleksjami na ten temat. Jestem primo voto filologiem, secundo voto zaś historykiem filozofii. Sklasyfikowano mnie jako reprezentującego filozofię religii. Poza tym jedna z uczelni powierza mi od kilku lat prowadzenie wykładów i ćwiczeń z etyki, ponieważ i w tej dziedzinie mam jaką taką orientację, a nawet skromny dorobek.
 
Ad rem (humanum)

1
 
Wiele jest ludzkich rzeczy. Zwłaszcza patrząc z naszej perspektywy, tj. świeckiego środowiska, praktycznie wszystko co postrzegamy nosi nasz ludzki charakter. Niegdyś mówiono nawet o piętnie. To co ludzkie przeciwstawiano bowiem temu, co boskie jako nieporównanie lichsze. Mówiło się „podlejsze” lub „podłe”. Ludzkie sprawy nosiły mianowicie – jakoby – piętno grzechu pierworodnego, czyli rzekomego sprzeniewierzenia się domniemanych pierwszych rodziców ludzkiego rodzaju swojemu Stwórcy, względem ich boskiego pierwowzoru, który mieli ucieleśniać jako Jego „obraz i podobieństwo”. Coś jednak nie wyszło. Żaden z teologów nie wypowiedział się dotąd jasno, jak do tego doszło i co się właściwie stało – poza dwiema metaforami o zakazanym owocu (z „drzewa życia” względnie z „drzewa wiadomości dobrego i złego”). Mówi się natomiast, iż za karę, że zjedli wbrew boskiemu zakazowi, dostali wolną wolę. Byłaby więc wolna wola, według tradycji biblijnej, pierwszą ludzką rzeczą. Oczywiście, jeżeli nie liczyć samego powodu wspomnianego sprzeniewierzenia się, którym miała być chęć bycia czymś znacznie więcej niż sam „obraz i podobieństwo”. Jak to im wąż obiecywał, „otworzą się oczy wasze i będziecie jako bogowie, wiedząc dobre i złe” (Wujek, Księga Rodzaju 3, 5; BT: „otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło”).
 
2
 
Sam „obraz Boga”, jaki by on (tj. obraz) nie był, też zresztą – ze świeckiej perspektywy rzecz ujmując – jest rzeczą ludzką. Skrojony jest bowiem na naszą miarę, jak by na to nie patrzeć. Mieli tego świadomość już bardzo dawni teologowie. Na przykład św. Grzegorz z Nyssy (332 – ok. 390), który jest jednym z głównych przedstawicieli tzw. teologii negatywnej. Według niej każda próba mówienia o Bogu, a już zwłaszcza charakteryzowania Go, czyli podawania jego atrybutów – np. boskiej wielkości, która przerastać ma ludzkie wyobrażenie i pojęcie – zakrawa na bluźnierstwo. Nawet gdy się mówi, że Bóg jest „ponaddobry” lub „ponadsprawiedliwy”. Jako że nie sposób podać, o jaką wielkość lub jakość jest On większy względnie lepszy czy sprawiedliwszy od największego, najlepszego czy najbardziej sprawiedliwego człowieka. Lepiej więc nic nie mówić. Co najwyżej można westchnąć nabożnie. Stąd wzięli się wozdychjeńcy – jedna z wielu sekt prawosławnych na Powołżu (przed ostatecznym rozwiązaniem przez Stalina kwestii sekt w Radzieckiej Rosji).
 
3
 
Inną ludzką rzeczą jest Biblia. Napisana rękami ludzi i dla ludzi. Reprezentująca ludzkie myśli o świecie przyrodzonym i nadprzyrodzonym. Przypuszczam, że zgodzą się z tym nawet teologowie – przynajmniej niektórzy. Sam słyszałem tę tezę o ludzkim charakterze Biblii – dzieła literackiego jak inne – z ust ks. prof. Aleksego Klawka bodaj w roku 1960 lub 1961 w Klubie Inteligencji Katolickiej w Krakowie. Wreszcie, by się już nie rozwodzić dłużej nad ludzkimi rzeczami niebędącymi pierwszoplanowym powodem niniejszej wypowiedzi, ludzką rzeczą jest niechybnie moralność. Ludzka w każdym calu.
 
4
 
W tej sprawie również są dwa główne stanowiska. Szczególnie jeśli chodzi o podzagadnienie pochodzenia moralnej świadomości ludzi. Jedno starodawne i odwołujące się do tak lub inaczej pojmowanego Objawienia (proroctw, przebudzeń, natchnień, medytacji, a nawet snów), zgodnie z którym wywodzi się normy moralne oraz poczucie ich obowiązywania z bożego ustanowienia bądź innej nadprzyrodzonej inspiracji. Przy jednoczesnym obwarowaniu ich przestrzegania przeważnie wolą boską budzącą grozę, względnie przy ich opatrzeniu systemem zachęt w formie mniej lub bardziej konkretnych atrakcji. Alternatywa jest więc nader przejrzysta. Z jednej strony wyklęcie, potępienie i wieczne męki dla nieposłusznych „którzy się Boga nie boją”, albo obietnica szczęśliwego życia wiecznego dla stosujących się do boskich wymogów. Drugie zaś stanowisko – zwane naturalistycznym– traktuje ludzką świadomość moralną jako zjawisko spontaniczne, wynikające z ludzkich potrzeb oraz konieczności w miarę harmonijnego współżycia jednostek i grup społecznych w szerszych zbiorowościach, takich jak wspólnota plemion uformowana z czasem w naród.
 
5
 
Mamy więc szablon i standard, że muszą być jakieś reguły i normy „żeby się ludzie wzajemnie nie pozabijali”. Wygląda to na owoc myślenia apriorycznego opartego na założeniu, że ludzie są źli „z natury” i trzeba ich okiełznać oraz prowadzić za pomocą wędzideł niczym dzikie konie. Drugie zaś podejście polega na przeświadczeniu, że ludzie są jacy są, ani dzicy czy krwiożerczy, ani też zawsze potulne i dobrotliwe owieczki. Że sami sobie regulujemy wzajemne odniesienia (tj. relacje), głównie z potrzeby bezpieczeństwa i konieczności kooperacji, a nie tylko z odwiecznego nawyku rywalizowania każdego z każdym w ramach walki o przetrwanie – jak to ujął Tomasz Hobbes (1588–1679, angielski filozof i myśliciel polityczny, posługując się starodawną zresztą formułą homo homini lupus), widzący wyjście z tego naturalnego konfliktu interesów w zorganizowanym państwie, powstałym na drodze umowy. Że wspólnota moralna tworzy się spontanicznie, normy moralne zaś służą przede wszystkim ochronie słabszych przed przemocą i krzywdzeniem ich przez silniejszych, którzy mają po temu naturalną skłonność i co za tym idzie lekceważą wszelkie kodeksy włącznie z tymi, które sami układają. W sumie okazuje się jednak, że społeczność wychodzi lepiej na współpracy niż na walce wszystkich ze wszystkimi.
 
6
 
Już starożytny konfucjanista Mencjusz (Meng-cy, IV/III w. p.n.e.) głosił, że ludzie z natury są dobrzy. Rzecz ciekawa, że odwoływał się przy tym do związku moralności z mądrością, czyli w stylu o wiek starszego od niego Sokratesa, żyjącego zresztą na drugim końcu świata. Dowodził tego bowiem następująco: „Wszyscy ludzie mają umysł, który nie może znieść cierpienia innych. (…) Widząc dziecko, które za chwilę wpadnie do studni, każdy poczuje niepokój i przerażenie.” W przeciwnym razie „nie jest człowiekiem” (cytuję za: Feng Youlan, Krótka historia filozofii chińskiej, Warszawa 2001, s. 80. Jego pointa jest taka: „Poczucie dobra i zła jest zaczątkiem mądrości” (tamże).

7
 
W podobnym duchu wypowiadał się również Jeremy Bentham (1748–1832), angielski prawnik, filozof i ekonomista, prekursor pozytywizmu prawniczego i jeden z głównych przedstawicieli liberalizmu oraz jeden z autorów filozoficznej koncepcji utylitaryzmu (w ekonomii zwolennik wolnego rynku), o którym Wikipedia pisze ponadto, że „jedną z najsłynniejszych jego myśli było przekonanie, iż ludzie pragną w życiu przede wszystkim przyjemności cielesnych, które są dla nich ważniejsze niż dobro świata”. Otóż ów zdawałoby się (po lekturze sieciowej „encyklopedii”) hedonista, a faktycznie wegetarianin (co się raczej wyklucza, choć niekoniecznie – nie mogę stwierdzić stanowczo, ponieważ nie mam takich doświadczeń), postulował, moim zdaniem jak najbardziej dorzecznie, aby rozumienie wspólnoty moralnej, czyli zbioru podlegającego ochronie przed krzywdą, rozciągnąć na wszystkie istoty cierpiące, w sensie: odczuwające ból. Czyli żeby tym parasolem osłaniać – poza ludźmi – także te zwierzęta, co do których nie mamy wątpliwości, że cierpią. Ludzkie to, nieprawdaż? Po łacinie humanum.

Autor jest doktorem filozofii, wykładowcą w wyższych uczelniach.
 
 
Res Humana nr 6/2009, s. 13-14