Jan Paweł II, Kościół, teologia
 
Autor: Dionizy Tanalski
 

1
 
Jezus powiedział do Piotra: ?Tu es petrus"... (łac. petra - skała, opoka), [...],,ty jesteś Opoką, a na tej Opoce zbuduję Kościół mój, i bramy piekielne nie zwyciężą go. I tobie dam klucze Królestwa Niebieskiego: a cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebiesiech; a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebiesiech" (Mat. 16, 18-19).
 
I tak się zaczęło, choć początek był dramatyczny i krwawy. Jezus i Piotr zostali zabici przez ukrzyżowanie (Piotr głową w dół), zaś pozostałych uczniów i wyznawców Jezusa władze cesarstwa rzymskiego przez blisko trzysta lat krwawo prześladowały. Wszakże pod koniec wieku III wyznawcy Jezusa byli już tak liczną grupą, że cesarz Gallien wydaje wobec chrześcijan edykt tolerancyjny (r. 260). Konstantyn Wielki dla uzyskania ich poparcia ogłasza w roku 313 wolność ich wyznania, zaś w roku 325 zwołuje sobór (?Nicejski?), na którym ogłoszono oficjalnie boskość Jezusa, sformułowano obowiązujące wyznanie wiary (?Symbol nicejski?) i potępiono Ariusza, kapłana w Aleksandrii za heretyckie negowanie boskości Jezusa i dogmatu Trójcy Świętej. W końcu cesarz Teodozjusz Wielki uznał edyktem z roku 380 chrześcijaństwo za religię nie tylko dozwoloną, lecz i panującą w jego państwie i potwierdził to rok później kolejnym edyktem po drugim soborze chrześcijańskim, który zwołał do Konstantynopola w roku 381. Sobór ten zaś potępił herezję Macedoniusza i jego wyznawców, którzy głosili, że Duch Święty nie jest Osobą Boską. Tak rozpoczęło się wreszcie kształtowanie owego, zapowiedzianego przez Jezusa, Kościoła katolickiego (gr. katholikós - powszechny) ?odpornego na piekielne bramy?.
 
Świętego Piotra uznaje się za pierwszego biskupa tego Kościoła i przeważnie umieszcza się go na pierwszym miejscu listy papieży, których do dziś było ponad 270. Liczba nie jest precyzyjna, bowiem po drodze było jednocześnie kilku ?antypapieży?, a jeśli uwzględnić patriarchów Kościoła Wschodniego (Konstantynopol), którzy rościli sobie prawo do władzy papieskiej, to liczba ta będzie jeszcze większa. Otóż każdy z tych papieży dbał o swój Kościół, o jego trwałość i siłę, a do tego potrzebne były (i są) odpowiednia struktura organizacyjna (diecezje, parafie) i elementarna przynajmniej wspólnota myślenia, oraz kapłani (funkcjonariusze kościelnej struktury) strzegący i owej struktury, i owej wspólnoty myślenia. Dopóki chrześcijanie żyli w oddzielnych niewielkich grupach, każda o własnych siłach, nie było ostrego problemu ani surowej dyscypliny organizacyjnej, ani surowej dyscypliny myślenia. Gdy jednak chrześcijaństwo rozrosło się liczebnie i stało się w końcu częścią rzymskiego państwa jako religia państwowa, musiało się odpowiednio zorganizować, ustanowić władzę centralną i zagwarantować temu państwu ideologiczne bezpieczeństwo. Cesarze bardzo o to dbali i nawet sami zwoływali chrześcijańskie sobory, nawet bez udziału głównych chrześcijańskich hierarchów.
 
Wspomniane wyżej pierwsze sobory, Nicejski i Konstantynopolitański, już zastosowały kary za ?nieprawomyślne? poglądy. Wyklinano, więziono, zabijano ?ad majorem Dei gloriam? (ku większej chwale Bożej), przez całą historię ?powszechnego? katolickiego Kościoła, aż do końca XIX wieku, kiedy to w Meksyku spalono pięć kobiet oskarżonych o czary. Władze Kościoła rzymskokatolickiego (biskupi, sobory, inkwizytorzy) dbali o doktrynalne uzasadnienie karania heretyków. Mocne racje tych kar wyłożył święty tegoż Kościoła, dominikanin Tomasz z Akwinu, który po powołaniu się na prawo karania fałszerzy monet nawet śmiercią, pisze [...] ?tym słuszniej heretyków nie tylko się ekskomunikuje z chwilą dowiedzenia im herezji, ale także skazuje na śmierć. Kościół jednak jest miłosierny i oczekuje nawrócenia się tych, którzy błądzą. Dlatego nie skazuje ich natychmiast, lecz dopiero po pierwszym lub drugim upomnieniu - zgodnie z Apostołem. Jeśli jednak heretyk okazuje upór, wówczas Kościół, pozbawiony nadziei nawrócenia, aby ocalić innych, separuje heretyka przez ekskomunikę i w końcu powierza go sędziemu świeckiemu, aby go zgładził z tego świata? (S. Teol. II-II, 11, 3, resp).
 
2
 
Tadeusz Bartoś w swojej książce - Jan Paweł H. Analiza krytyczna ? stawia zarzuty papieżowi Janowi Pawłowi II: nie starał się zrozumieć problemów intelektualnych XX wieku i nic uwzględniał ewolucji w teologii, zatrzymał reformy soborowe i nie rozmawiał na tematy niewygodne, dopuszczał tylko teologię ?odgórną? i nie popierał teologicznych dyskusji, uznawał tylko swoją ?prawdę?, nie tolerował wolności w Kościele i usuwał z katedr ?nieprawomyślnych? teologów, sprzeciwiał się teologii wyzwolenia, aprobował koszarową dyscyplinę i wychowywanie duchownych na posłusznych ?janczarów?, biernych, miernych ale wiernych, kanonizował założyciela swoistej półtajnej gwardii Kościoła, ?Opus Dei?, Josemarię Escrivę de Balaguera, upierał się przy celibacie, zakazie przerywania ciąży... Był monarchą absolutnym strzegącym papieskiego prymatu (uchwalonego przez Sobór Watykański I 1869-1870) i kultu papieża (?kultu jednostki?).
 
Zarzuty trafne i bardzo ciężkie, ale można i trzeba by postawić je w jakimś stopniu wszystkim poprzednim papieżom i całej kierowniczej kadrze rzymskiego Kościoła. Dziś wprawdzie heretyków nie karze się śmiercią, ale obowiązek doktrynalnej ?prawomyślności? obowiązuje w Kościele nadal i uparcie nieposłusznych ekskomunikuje się, lub przynajmniej ogranicza ich prawo dostępu do religijnych sakramentów, czeka się ich ?nawrócenia?, a jeśli oczekiwanie okaże się płonne - grzebie ?pod płotem?, itd. Kościelny indeks ksiąg zakazanych wprawdzie już od roku 1948 nie jest uzupełniany, lecz biskupie imprimatur nadal, niezmiennie, obowiązuje. Tadeusz Bartoś, a także inni krytycy Kościoła rzymskokatolickiego, w Polsce m. in. prof. Stanisław Obirek i prof. Tomasz Węcławski, są świadomi tej sytuacji i, aby swobodnie wypowiadać się na temat wiary i Kościoła, musieli z niego odważnie wyjść.
 
3
 
Prócz tych zarzutów, dotyczących funkcjonowania struktury organizacyjnej Kościoła rzymskokatolickiego i tradycyjnego papieskiego absolutyzmu, autor stawia Janowi Pawłowi II trzy zarzuty o zasięgu bardziej filozoficznym.
 
Pierwszy, to niepersonalistyczne traktowanie ludzi. Ewangelia to nie działania masowe - stwierdza autor. Jest ona skierowana do jednostki, a nie do grupy i nie nadaje się do statystycznego umasowienia. W religijnej perspektywie chrześcijaństwa pierwsza jest jednostka a nie grupa. Jezus uwzględniał osobowość każdego człowieka i nie sprowadzał tej osobowości do jednej postaci; rozmawiając publicznie rozmawiał w istocie z każdym człowiekiem osobno i szanował osobno każdego człowieka. Doświadczenie religijne nie zstępuje z góry, lecz jest wewnętrznym indywidualnym doświadczeniem człowieczeństwa. Nie ma krzywdy w ogólności, są jedynie konkretni skrzywdzeni ludzie. Łaska nie jest ?dodana z zewnątrz?, ona działa ?jakby ?od wewnątrz??. Natomiast ulubiona przez hierarchię kapłańską rzymskiego Kościoła uniwersalna reguła skierowana ?od góry? jednakowo do wszystkich ludzi, nie do osób, lecz do mas ludzkich, nie jest personalizmem, lecz obcą Jezusowi anulacją i alienacją ludzkiej istoty.
 
Drugi, to sprowadzenie religii do etyki. Tadeusz Bartoś w ogóle uważa, że Jan Paweł II był filozofem, poetą i aktorem, ale nie teologiem. Teologii nie uprawiał i nie lubił, zaś ulubioną etykę sprowadzał, niestety, do definitywnego absolutu nie uznającego racji innych etyk i wymagał, zwłaszcza od kapłanów, życia radykalnie heroicznego. Ponadto nie przyjmował do wiadomości, że należy pozytywnie ustosunkować się do aktualnych problemów etyki seksualnej, doniosłych zwłaszcza w krajach ?trzeciego świata?, gdzie jest nędza i szerzą się choroby związane z seksem. Tymczasem - powiada Bartoś - Jezus nie był prawodawcą i występował przeciw etyce kodeksowej. Jego słynne Kazanie na Górze nie było instrukcją do wykonania, bo ta z góry zakłada niespontaniczność ludzi, ich nieszczerość i wyrachowanie, oznacza fałsz. Kazanie to miało sens duchowy wymagający wewnętrznego przeżycia przez człowieka, autentyczności - i owa autentyczność właśnie jest źródłem moralności, a nie zewnętrzny rozkaz. Samym sercem myśli biblijnej jest zmienność ?prawa?, jego ewoluowanie. Przekładanie Ewangelii na język niezmiennego prawa jest błędem, wręcz niesprawiedliwością, bowiem niektóre wskazania Nowego Testamentu wręcz się dezaktualizują i etyka niezmienna, ponadczasowa staje się niemożliwa.
 
Trzeci zarzut dotyczy tradycyjnego romantycznego, polsko-chrześcijańskiego mesjanizmu i polskiej zakompleksionej historiozofii. Ludzkość jest prowadzona przez Ducha, a Jan Paweł II ponadto nie wyzbył się poglądu, że Polska w tym pochodzie pełni ciągle rolę ?Chrystusa Narodów? mającego zbawić zepsuty Zachodni Świat, a jego ?cywilizacji śmierci? przeciwstawić ?cywilizację miłości?. I tu znowuż dochodzi do głosu papieski konserwatywny radykalizm religijny negujący możliwość dobra w zlaicyzowanej kulturze pozareligijnej. Owa walka ?cywilizacji miłości? z ?cywilizacją śmierci? wyklucza dialog, porozumienie, podsyca niesprawiedliwe oskarżenia bogatego Zachodu o hedonizm, harmonizuje z mitologią ?maluczkich ubogich?. Ale przecież ? polemizuje Tadeusz Bartoś - nie jest tak, że ubóstwo i bieda zawsze uszlachetniają, bogactwo zaś zawsze upodla. Bogactwo samo w sobie nie jest złem, złem jest niewłaściwe z niego korzystanie. Dechrystianizacja nie zawsze wpływa na pogorszenie poziomu moralności, laicyzacja i ateizm nie są nierozerwalnie związane z demoralizowaniem, a człowieka można zrozumieć bez Chrystusa i bez jakiejkolwiek religii. Teoretyczną i aksjologiczną konkluzję swoich wywodów Tadeusz Bartoś sprowadza do następującej frazy: ?Czy papież może odsłaniać własną niepewność wobec tajemnicy Nieskończonego? Odpowiedź w moim przekonaniu brzmi: nie tylko może, lecz także powinien? (s. 68).
 
4
 
Po przeczytaniu książki Tadeusza Bartosia powstaje wrażenie, że autor idealizuje obraz Jezusa jeszcze bardziej, niż czynią to Ewangelie: Jezus nie ganił, nie potępiał, miłował wszystkich i nie życzył sobie, aby jego nauki traktowano jako obowiązujące nakazy... Ale w Ewangeliach znajdujemy przynajmniej dwie wypowiedzi Jezusa nie harmonizujące z takim obrazem. ?Nie mniemajcie, że przyszedłem by przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem, by przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z ojcem jego i córkę z matką jej, i synową z teściową jej?. ?Kto zaś zgorszy jednego z tych małych, którzy wierzą we mnie, lepiej będzie dla niego, aby mu zawieszono u szyi kamień młyński i utopiono w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń. Wprawdzie zgorszenia muszą przyjść, lecz biada człowiekowi, przez którego zgorszenie przychodzi!? (Mat, 10, 34-35 i 18, 6-7). Ponadto zapowiedź Jezusa, że, zbuduje Kościół, którego nie zwyciężą bramy piekielne i który będzie miał władzę doczesnego i nadprzyrodzonego związywania i rozwiązywania (patrz Mat. 16, 18-19) jest programowym legitymizowaniem przez Jezusa instytucji Kościoła i takich jego działań, które skutecznie niwelują działania wszelkiego zła, umownie nazwanego bramami piekielnymi.
 
I Kościół rzymskokatolicki z zapałem ów Jezusowy program realizuje na miarę swoich sił i środków, tych zaś ludzi, którzy stają na drodze jego działań, usuwa. Fiodor Dostojewski uważał, że Kościół usunąłby nie tylko przeszkadzających ludzi, lecz i samego Jezusa, gdyby zechciał on misji Jezusowego przecież Kościoła w swój Jezusowy sposób przeszkodzić. W legendzie o hiszpańskim Wielkim Inkwizytorze, dominikaninie Tomaszu de Torquemadzie (1420-1498), któremu przypisuje się ponad 10 tysięcy wyroków torturowania i spalenia ludzi oraz ok. 97 tysięcy wyroków więzienia i galer, opisuje fikcyjną rozmowę Inkwizytora z Jezusem, który znienacka pojawił się na hiszpańskiej ziemi i został przez Torquemadę natychmiast uwięziony. ?Po cóżeś teraz przyszedł nam przeszkadzać? I cóż tak na mnie patrzysz w milczeniu i badawczo swoimi łagodnymi oczyma?[...] Spełnią się moje słowa, i królestwo nasze nastanie. Powtarzam Ci, jutro zobaczysz tę posłuszną trzodę, która na pierwszy mój znak rzuci się, aby podsycać płomień na tym stosie, na którym spalę Cię za to, żeś przyszedł nam przeszkadzać. Albowiem nikt tak sobie nie zasłużył na nasz stos jak Ty. Jutro Cię spalę.? (Bracia Karamazow, 5,5).
 
Czy Kościół rzymskokatolicki może zrezygnować ze swojej scentralizowanej i apodyktycznej władzy? Gdyby uznał słuszność (przecież niewątpliwie trafnych) zarzutów przedstawionych przez krytyków i zgodził się na ?oddolne?, demokratyczne a nie ?odgórne? autokratyczne formowanie wiary religijnej, stosowną ?oddolną? teologię, która obejmowałaby także wątpienia kapłanów, przede wszystkim biskupów i papieża - czego, między innymi, domaga się Tadeusz Bartoś, a co oznaczało by w istocie zgodę na różne teologie odpowiadające różnym grupom wiernych i nie regulowane odgórnie; oraz gdyby Kościół zgodził się na ?oddolnie? ustanawiane władze organizacyjne tych wyznaniowych grup (Kościołów?) - wszedłby na drogę samobójczą. A kto chciałby być przysłowiowym karpiem, który pragnął, by go zabito i zjedzono w podczas wigilijnej kolacji?! Zrobił to już protestantyzm i w efekcie rozpadł się na wiele mniejszych i słabych socjotechnicznie Kościołów.
 
Pomijam tu moralną stronę katolickiego autorytaryzmu i centralizmu oraz moralne wartości wyznań i struktur organizacyjnych innych Kościołów chrześcijańskich. Rozważam wyłącznie problem skuteczności doktryny i działań Kościoła rzymskokatolickiego w perspektywie historycznej. Jak dotąd, pozwalają temu Kościołowi nieźle funkcjonować na wielkich obszarach ziemskiego globu.
 
Zachodzą w światowej kulturze wyraźne procesy laicyzacyjne, Zachód Europy jest w poważnym stopniu świecki i tam doczesna władza Kościoła rzymskokatolickiego jest bardzo słaba. Przypuszczalnie owa laicyzacja będzie się rozprzestrzeniać i pogłębiać - trudno przewidzieć, jak daleko i w jakim stopniu, lecz jest to, moim zdaniem, ogólna historyczna prawidłowość. Kościół rzymskokatolicki, po doświadczeniach różnych schizm i protestów, we własnym interesie opiera się tej laicyzacji, a może to robić o tyle skutecznie, o ile może dysponować dobrze zorganizowaną i sprawnie funkcjonującą instytucją kierowaną centralnie, o ile może kierować wielkimi masami wiernych i o ile pozwalają mu na to środki materialne. Dba więc o to wszystko i oczywiście, na żadne propozycje przedstawiane przez Tadeusza Bartosia i innych autorów, aby zrezygnował z centralizmu, apodyktycznej autokracji i ściśle określanej dyscypliny kapłanów i wiernych, oraz autentyczne ubóstwo, się nie godzi. Autor pisze, że największym zagrożeniem dla Kościoła rzymskokatolickiego jest on sam i jego kapłani. To retoryczne zdanie jest banalnie trafne, żadna bowiem spetryfikowana struktura społeczna nie jest wieczna. Lecz czy Kościół rzymskokatolicki ma dla siebie nieautokratyczną i niecentralistyczną egzystencjalną alternatywę? - Chyba, że zrezygnuje z Jezusowej ?legitymacji? danej rzekomo Piotrowi, na którą się powołuje i zgodzi się na rozpad. Co nie musi wszak być zarazem śmiercią wiary religijnej. Lecz nie o wiarę tu idzie - bo krytycy Kościoła, od dawna działający i wypowiadający się na Zachodzie Europy a ostatnio także coraz częściej i w katolickiej Polsce, nadal przecież religijnie wierzą - a o istnienie i sposoby działania instytucji Kościoła.
 
Papież Jan Paweł II w omawianej tu kwestii nie był wobec swoich poprzedników wyjątkiem. Dbał o Kościół.
 
5
 
Tadeusz Bartoś wytoczył zarzuty pod adresem Jana Pawła II, choć nie neguje pozytywnych działań papieża, które akurat nie są przedmiotem jego rozważań. Docenia wyznanie win Kościoła rzymskokatolickiego wobec ludzi innych wyznań, dialog z judaizmem i islamem i w ogóle dialogowe nastawienie papieża wobec świata zewnętrznego, sprzeciw wobec wojny i zbrojeń, wobec kary śmierci. Odmawiając Janowi Pawłowi II aspiracji teologicznych pomija, wśród owych pozytywów, poważną modernizację teologii chrześcijańskiej, którą papież zawarł w fundamentalnej encyklice Laborem exercens (r. 1981). Pierwotne jest, powiada papież, błogosławieństwo pracy, a nie przekleństwo, jakie przyniósł ze sobą grzech pierworodny. W ten sposób Jan Paweł II reinterpretuje wersety Księgi Rodzaju, która powiada, że Bóg wypędził ludzi z raju i skazał ich na przekleństwo ciężkiej pracy jako karę za grzech pierworodny. Papież objaśnia jednak inaczej: ?Stworzony bowiem na obraz i podobieństwo Boga Samego [...] jest człowiek przez to samo od początku powołany do pracy. Praca wyróżnia go wśród reszty stworzeń [...] ogólna sytuacja człowieka w świecie współczesnym, rozpoznawana i analizowana w różnych aspektach geograficznych, kulturalnych i cywilizacyjnych, domaga się tego, aby odsłaniać nowe znaczenia pracy ludzkiej - a także, aby formułować nowe zadania, jakie w tej dziedzinie stoją przed każdym człowiekiem, przed rodziną, przed poszczególnymi narodami i całą ludzkością, wreszcie również przed samym Kościołem? (enc. L. ex., Wstęp i I, 2). Człowiek jest zatem podobny do Boga nie tylko dzięki swojej nieśmiertelnej, rozumnej i wolnej duszy (tradycyjnie wymieniane atrybuty człowieka), lecz także dzięki temu, że przetwarza świat i sam siebie współkształtuje przez pracę. Człowiek jest więc nie tylko ?stworzeniem?, lecz i współtwórcą: współtworzy siebie i tworzy nowy świat. W tym dziele pracy i tworzenia jest współpartnerem Boga - i na tym zasadza się jego godność i związek z Bogiem.
 
W połowie wieku XX personaliści chrześcijańscy, głównie Emmanuel Mounier, Marie Dominique Chenu, Piotr Teilhard de Chardin, Jean Lacroix, Klemens Brockmoller, Karl Rahner, a w Polsce ksiądz (późniejszy kardynał) Stefan Wyszyński, podejmowali temat ludzkiej pracy i twórczości w polemice z dotychczasową tradycją teologiczną nie dostrzegającą jego doniosłości w budowaniu poprawnego egzystencjalnego wizerunku człowieka jako istoty twórczej, kontynuującej ?Boskie dzieło tworzenia? w doczesnym ziemskim ?kamieniołomie?. Biskup Karol Wojtyła w duchu tegoż personalizmu napisał dwa ważne dzieła: Miłość i odpowiedzialność; Studium etyczne (r. 1962) oraz Osoba i czyn (r. 1969). Encyklika Laborem exercens jest papieskim zwieńczeniem tego personalistycznego nurtu w chrześcijaństwie po ponad dwu i pół tysiącu lat od uformowania się biblijnej wersji pracy jako kary nałożonej przez Boga na grzesznych ludzi.
 
Nie można nie dostrzegać tej zmiany w fundamentach chrześcijańskiej teologii człowieka i teologii Boga. Bóg bowiem w tej wersji teologicznej przestaje być jedynym demiurgiem, a współdemiurgiem staje się człowiek. Teologowie jednak ostrożnie omijają teoretyczne konsekwencje tej zmiany, burzy ona bowiem odwieczny ustalony ład relacji między judeochrześcijańskim Bogiem a człowiekiem: Bóg - Stwórca i Pan władający człowiekiem za pośrednictwem Piotrowego Kościoła, człowiek - stworzenie zobowiązane do pokornego posłuszeństwa Bogu, czyli w praktyce, owemu Kościołowi, którego obowiązkiem jest zwalczać to, co uznaje on za zło. Ideologowie zaś Katolickiego Kościoła także ostrożnie omijają konsekwencje społeczne i polityczne tej zmiany, prowadzi ona bowiem do wniosku, że ?solą tej ziemskiej doczesności? jest człowiek pracujący. On ?kontynuuje Boskie dzieło tworzenia?, jest współarchitektem i budowniczym nowego świata. A więc tradycyjna hierarchia wartości ludzi: duchowny, władca świecki, rycerz, pan na włościach, intelektualista, chłop, robotnik zostaje zastąpiona hierarchią pracy: ten, kto pracuje najlepiej, kto najbardziej twórczo przysposabia doczesny świat, ten najlepiej spełnia swoje podobieństwo do Stwórcy. Robotnik też. I ma on na mocy tego podobieństwa takie samo autorskie prawo do projektowania i przetwarzania świata, zarówno materialnego jak i społecznego, jak dotychczasowi tradycyjni władcy ducha i materii. Ta głęboka reforma fundamentów chrześcijańskiej teologii człowieka, a co za tym idzie - także i teologii Boga, słabo przez teologów postrzegana, a może i celowo pomijana (?), ma w sobie ważną normę moralną: szacunek dla godności człowieka pracy. Pokazuje jednocześnie organiczny związek teologii i wiary z moralnością. Czy może istnieć wiara religijna i teologia bez moralności?
 
Jeśli kogoś razi powyższa retoryka o niemodnych dziś robotnikach i chłopach, niech sięgnie do przemówień Jana Pawła II do chłopów i robotników Ameryki Południowej, ale też i Europy, przemówień godnych tradycyjnego ludowego trybuna, do jego wypowiedzi o komunizmie jako historycznie uzasadnionym zjawisku, wypowiedzi, które pomija się wygodnym milczeniem; niech przypomni sobie, że Karol Wojtyła też był ciężko pracującym robotnikiem i etos pracy - co sam podkreślał już jako papież - wniósł do doktrynalnego dorobku Kościoła.
 
Jan Paweł II, etyk i moralista, pozostawił jednak po sobie, jak widać, trwały i bardzo pozytywny ślad w chrześcijańskiej teologii.
 
Autor tekstu jest profesorem filozofii, wykładowcą akademickim, członkiem zespołu redakcji RH.
 

Res Humana nr 2/2008, s. 18-23