W oczekiwaniu na rozszczelnienie bram cywilizacji
 
Autor: Szczepan Kutrowski
 

Dystans i refleksja nad tym, co się dzieje wokół, ma miejsce. Organizm ludzki nie tylko spontanicznie akceptuje to, co jest mu oferowane (jakby tego chciał Markuse), ale też znajduje osobiste reakcje na świat, tworzy mniej lub bardziej udane osobiste światy.

?Zinstytucjonalizowana desublimacja? (termin Markuse)? Możliwe, ale... tylko możliwe, nie konieczne.

Pisał Artur Sandauer, że człowiek może trwać w poczuciu swego niedorastania do wymogów obiektywnego świata i czuć swoje moralne zwycięstwo w tym.(1)

Takie myślenie o człowieku przekracza wszelkie namiary na sytuacje, w jakiej znalazła się orientacja indywidualistyczna współcześnie.

Gdy analitycy tego, co indywidualne, stawiają bariery, których przekroczyć się nie da, wyrasta obok nich ta oto jednostka ze swymi słabościami, niczym jakiś nowy Nietzsche, tylko że bez aspiracji jego: w zakresie rokowania wobec człowieczeństwa w ogóle, bez zamaszystości myśli, a tylko ze swoimi przekonaniami i odczuciami, ze swoim poczuciem podobieństwa do wielu istot ludzkich. Jej racje są odsuwane gdzie się tylko da, ale one istnieją jako takie, pędzą swój byt w ciszy, w milczeniu albo i nie. Kiedyś napisałem że to, co pozostaje po tym, co udało nam się sformułować, nazwać w języku, tym jesteśmy naprawdę. O wiele dalej jesteśmy dziś w pojmowaniu człowieczeństwa niż to było za czasów Parmenidesa, dla którego to, co nienazwane, nie istnieje. Do dziś przeważa, a Ludwig Wittgenstein stworzył uzasadnienie, które zbudowało pewną filozofię języka, teza, że jeśli nie da się czegoś nazwać, to nie należy w ogóle o tym mówić(2).

Moje przekonanie wskazuje, jak bardzo możliwe są niuanse, inwarianty tego, co cenne, co się liczy w świecie. Może coś z tego, co pojawia się w ludzkim mózgu, nie musi zaraz nabierać znaczenia, ale to nie znaczy, że nie istnieje. A świat to jednak są ludzie. Może nie człowiek z jego zakamarkami, tylko ludzie, ale nie zaprzecza to istnieniu pośród ludzi także tego oto osobnika w pojedynczym wydaniu.

Jego władztwo też sięga daleko, skoro potrafi zachować własną, a nie społeczną tożsamość. Ciekawie sprawę obecności tego, co jednostkowe, postawił Stefan Symotiuk, pisząc: ?Pytania ? prowokacje stawiane ludziom i sobie mogą być fragmentem ingerencji jednego z elementów rzeczywistości, w której i tak wszystko jest nawzajem dla siebie prowokacją i wyzwaniem(3).

Czy ludzka jednostkowość ma jakąś siłę przeciwdziałającą chaosowi powstającemu w świecie? Wyraźnie na nią wskazywał Jan Szczepański, właśnie w kontekście możliwego chaosu.

Zygmunt Bauman jednostki ludzkie ubrał jednak w kostium bądź włóczęgi, bądź spacerowicza, turysty czy gracza, których jest tak wielu, że to nie są żadne jednostki.

Oni nie mają powodów do zadumy i stawiania pytań. Są zrytualizowani. Oni chaos w tym świecie przezwyciężają ?z marszu?. Turysta płaci i wymaga, stawia warunki, oczekuje tubylczych pokłonów, czuje się tam, gdzie jest, bezpiecznie. Włóczęga wałęsa się bez celu, nigdzie długo nie zabawi, ruch jest dlań ważniejszy od celu, przeto stara się sprytem wykorzystać szanse, to, co mu się trafia, ale bez wysiłku. Spacerowicz jest ukryty w tłumie, jego wolność jest umowna, rodząca się z niewiedzy, bezsilna, naskórkowa, nacechowana brakiem ciekawości wobec tego, czego nie wystawiono na pokaz, kolekcjonująca tylko wrażenia, jakby od niechcenia, co jest wzorem kulturowym elity; ona osiąga szczyt suwerenności, swobody, gdy się spaceruje ekranem telewizyjnym i to, co tam się widzi, jest bardziej rzeczywiste niż rzeczywistość. Wreszcie rytualność gracza polega na zdawaniu się na łut szczęścia, ryzyko, nie na zgłębienie czegokolwiek, ale na przechytrzanie Drugiego, nie obdarzanie go sympatia, ale bezwzględnością, w czym wszyscy są do siebie podobni, bo bunt przeciw temu na nic się zda(4).

Jakże obco wobec tej diagnozy brzmi diagnoza dana przez Bertranda Russella: ?Człowiek jest istota społeczną, ale nie do końca. Ma swoje myśli, uczucia i popędy, które mogą być mądre lub nie, szlachetne lub podłe, pełne miłości lub inspirowane nienawiścią...

Choć mało ludzi osiąga szczęście w samotności, jeszcze mniej osiągnie je we wspólnocie niedopuszczającej żadnej swobody indywidualnego działania... Są rzeczy, których wartość nie zależy od użyteczności... Coś musi być cenione ze względu na same siebie, w przeciwnym razie użyteczność okaże się złudna?(5).
Diagnoza Russella nie zbacza na wikłanie się pośród ?czystej estetyczności?, w której lokować mają się, wedle naszych współczesnych cywilizacjomanów, pierwiastki moralności. Gdy Bogdan Suchodolski mówi, że przez sztukę jest najlepsza droga do moralnego wychowania (a Irena Wojnar to powtarza(6)), generalizując tezę, że każda z dziedzin kultury jest samodzielną drogą do wychowania całego człowieka ? tezę, która jest sednem teorii cywilizacji humanistycznej, alternatywnej do cywilizacji technologicznej ? to mamy do czynienia z ekspresją interpretacyjna, wyrażająca poczuwanie się do ustanawiania wyższego, mistycznego porządku rzeczy i przekonania, że są profesjonaliści stworzeni do ?wyższych rzeczy?, do zajmowania się wyłącznie tym, co można interpretacyjnie do tego świata wnieść ? co można wmówić naukowości, że właśnie do tego jest stworzona (czytaj uestetyczniona).

Według Markusego taka wiara niewiele daje, skoro istnieje iluzoryczność opozycyjnych działań. Istnieje w ogóle pluralizm dążeń, ale w nim następuje uodparnianie się na negację, przeto wkradanie się totalitaryzmu.

Nie sadzę, żeby naukowo dało się tym spostrzeżeniom Markusego zaprzeczyć. Można, co prawda, kreować język nienaukowy, ale on już nie jest w tym samym stopniu jak naukowy predystynowany do budowania wizji cywilizacji humanistycznej (Bogdan Suchodolski).

Na bazie tej diagnozy B. Suchodolskiego widać, kto jest powołany do posługiwania się językiem prognoz, przeto odkryć: profesjonaliści; tak samo jak językiem uzasadniania, wyjaśniania, przedstawiania wariantów, prototypów, modeli.

Zbigniew Kwieciński poszedł jeszcze dalej w konstruowaniu prerogatyw tego, do czego może dopuszczona być jednostka. Ją po prostu wystawia się na władcze określanie przez decydentów, co jest nadbadane ? co nie może zaistnieć w jej głowie, a co jest niedobadane, co musi zaistnieć w jej głowie.

Głowa rozumnego człowieka została, przeto, pozbawiona tej jego naturze przynależnej właściwości. Ludzkość zawsze dążyła, powiedział B. Suchodolski, by w naturze widzieć tylko zepsucie.

Dyskusyjnie, jako argumentacja historyczna, brzmi powyższe wyjaśnienie powodów, dla których wyłącznie ponad głowami ludzi ma się dokonywać decydowanie o tym, co jest istotne.

Łatwo to zrozumieć w świetle opinii Marii Ossowskiej: ?W sprawach moralnych trzeba chodzić po ziemi, trzeba bardzo rozważać wszystkie za i przeciw, dopuszczać ograniczenia reguł ogólnych, samodzielnie myśleć, nie szukając jakichś punktów oparcia, które by nas od tego obowiązku zwolniły(7).

Co może być lepsze od odwołania się do instancji rozumu wyjaśnia Lech Witkowski. Lepsze ma być zwrócenie się do tego, kto doznał wtajemniczenia (teza Eliadego), bądź do tego, kto pozwoli przekroczyć horyzont samego siebie ? mistrza (teza Eriksona), bądź do tego, kto wskaże horyzonty możliwego myślenia (teza Rorty?ego), bądź wreszcie do tego, kto uczy patrzeć na siebie oczyma innego (teza Bachtina). Tak oto ponad moralnością ma się stawać człowiek. Ma się stawać w aureoli czyjegoś mistrzostwa. Czysty dydaktyzm ? pokłosie pedagogiki Józefa Półturzyckiego.

Z pedagogiką udydaktycznioną związała się takowa też edukacja estetyczna. W jej świetle sztuka nie jest to, co tworzy dzieło, ale to, co je prowadzi i ukierunkowuje (I. Wojnar(8)). Ideologizacja taka może być efektywna tylko przy rozwiniętej perswazji. Perswaduje przeto pedagog estetyczny na rzecz swej mistyki, osiągając rangę kogoś wtajemniczonego, przeto kompetentnego (według powyższego wyjaśnienia Eliadego i Witkowskiego), przeto profesjonalisty (według ZKwiecińskiego). Ktoś, kto potrafi ukierunkowywać innych, jest artystą (człowiekiem kulturalnym wedle Andrzeja Tyszki(9)). Artysta przysparza piękna, a przeto i dobra.

Cóż tam istniejące już od czasów świętego Tomasza z Akwinu wątpliwości co do równoznaczności dobra i piękna. Sztuka doznająca autonomizacji, instytucjonalnej desublimacji, znosi wątpliwości w powyższym zakresie, służąc idei pragmatyzmu, która wyraża się generalnie w zwalczaniu gdzie tylko to się udaje wątpliwości. Sztuka służy społeczeństwu (pośrednio jednostce).

Pedagogika estetyczna dowodzi, że osiągając przez sztukę dobro moralne, wpisując się w reguły życia w społeczeństwie, służy się zarówno sobie ? jednostce, jak społeczeństwu. Trzeba zgłębiać swą samowiedzę estetyczną ? brzmi żelazna reguła edukacji estetycznej, wyartykułowana przez Irenę Wojnar.
W życiu moralnym osiąga się pewną estetyczność, ale czy zrównanie jednego z drugim może być regułą? Jest regułą dla tych, którzy traktują pedagogikę za teorię praktyki. Teza o sztuce jako podręczniku życia ciekawie brzmi, niesie w sobie jakaś estetyczność, przeto i dobro. Ja bym tej totalizacii sensu podręcznika życia ? sztuki ? chciał życzyć jak najlepiej, ale jakże daleko jej do liczenia się z człowiekiem, znającym, co to godność. Cóż, kiedy ponad zachowywanie swej godności stawia się w nauce (etyce: Andrzej Grzegorczyk) po prostu służenie dobru, które zawsze jest dobrem społecznym. Koło się zamyka. Poza dyskurs o tym, co społeczne, nie ma wyjścia: powie Z. Kwieciński.

Przeto przychodzi nam, cywilizacjomanom, traktować ? jak radzi L. Witkowski za Lacanem ? o przesuwaniu się granicy między możliwym i niemożliwym, na rzecz tego pierwszego. Wszelako, radzi Witkowski, trzeba dobrze rozpoznawać niemożliwe. Na takie dictum nie ma zgody wśród pedagogów estetycznych, którzy generalizują to, co jest przez sztukę ? dzięki niej ? możliwe. A ma być możliwe, jakby, dzięki niej wszystko, to znaczy głównie zasłanianie wszelkich wizji katastrofy cywilizacyjnej, a ponadto zaprzeczanie temu, że jakakolwiek praktyka może wyprzedzić teorie. Sztuka może przesłaniać wizję katastrofy, bo ona istnieje nie przez swe konkretne dzieła, ale przez to głównie, w jakim świecie wartości się mieści, co ku niej prowadzi, co się myśli o niej. Gdy w obszarze pozytywów, z którymi generalnie kojarzy się sztukę, nie ma wizji katastrofy, to żadne doniesienia o jej, katastrofy, zbliżaniu się nie mogą być ? pod groźbą wykluczenia ze świata, gdzie dominuje dobro, piękno i prawda ? brane pod uwagę. Racja naukowa o tym przesądza, racja, w której mieści się zgoda na arbitralność orzekania, mająca swoje uzasadnienie w anarchizmie metodologicznym, czyli niesprzeczności sądów ze sobą sprzecznych(10).

Ale sztukę tylko ludzie bardzo odważni i zarazem dobrzeją znający, jak Stefan Morawski, mają odwagę kojarzyć z negatywami. Oni zarazem produkują najwięcej środków zaradczych, bezpośrednio kierowanych do sztuki, a nie do edukacji przez sztukę. Oto jedne z tych środków:

1.?Wierz w istnienie wielu bogów, a kiedy znajdziesz wreszcie Twego, pamiętaj, że możesz go zmienić.
2.?Pamiętaj, że każdy z nas jest ustawicznym grzesznikiem, bo jest pielgrzymem, a nie graczem, spacerowiczem, włóczęgą czy turystą.
3.?Traktuj wszelkie formuły i hasła tak, jak na to zasługują, to znaczy wyrzuć je jak wszelkie inne śmiecie(11).

Już Karol Irzykowski mówił, że największym złem jest trzymanie się schematów. Gdy powtórzył to Stefan Morawski i nadal mało kto chce słyszeć o tym, że sztuka może być nosicielem zła, a nie tylko dobra, to jest to zastanawiające, warte mego prywatnego dyskursu.
 
Przypisy:
1?A. Sandauer, Poeci trzech pokoleń, Warszawa 1962.
2?L. Wittgenstein, Dociekania filozoficzne, Warszawa 1992.
3?S. Symotiuk, Kultura. Cywilizacja. Barbarzyństwo, Lublin 2014.
4?Z. Bauman, Dwa szkice o moralności ponowoczesnej, Warszawa 1994.
5?B. Russell, Władza i jednostka, Warszawa 1995.
6?I. Wojnar, Zmienność trwałych wartości, w: Trwałe wartości i zmienny świat: konferencja w Środborowie 20?22 listopada 1990, zbiór studiów pod red. B. Suchodolskiego, Warszawa 1995.
7?M. Ossowska, Normy moralne, Warszawa 1985.
8?I. Wojnar, Estetyczna samowiedza człowieka, Warszawa1982.
9?A. Tyszka, Człowiek kulturalny, w: Model wykształconego Polaka, red. B. Suchodolski, Warszawa 1980.
10?J. Niżnik, Rozwój nauki a społeczny kontekst poznania, Warszawa 1987.
11?Dziesięć przeciw ? przykazań, w: S. Morawski, Szkic do portretu, Łódź 1984.
 
Autor tekstu jest doktorem nauk humanistycznych, przez wiele lat wykładowcą w Uniwersytecie im. Jana Kochanowskiego w Kielcach; jest członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków. Publkowany za zgodą Autora fragment pochodzi z jego książki Waloryzacja humanizacji  wydanej w 2014 r. w Wydawnictwie MADO w Toruniu.
 
 
Res Humana nr 1/2016, s. 19-22