Wydłużenie perspektywy
 
Autor: Wacław Sadkowski
 
 
Garść refleksji po lekturze powieści Olgi Tokarczuk Wielka Podróż

W nawiązaniu do wnikliwych i trafnych uwag Jerzego Ładyki o książce Olgi Tokarczuk (por. ?Res humana?, nr 2/2015), wydanej w końcu zeszłego roku, pozwalam sobie przedstawić ? w trybie osobistego zwierzenia ? kilka refleksji, jaki mi nasunęła lektura tej niezwykłej powieści. Czynię to w przekonaniu, że jej ranga artystyczna i intelektualna oraz waga wkładu, jaki wnosi do wiedzy o naszej przeszłości zobowiązują do systematycznego zwracania na tę powieść uwagi czytelników. Dzieło to znakomicie wydłuża perspektywę widzenia naszej przeszłości, jakże często znanej nader powierzchownie, a w dodatku wytrwale zakłamywanej przez harcowników grasujących na rozległych przedpolach tzw. polityki historycznej. Podejmuje bowiem autorka tego dzieła tematykę nieczęsto (i nie zawsze szczęśliwie) w polskiej literaturze rozstrząsaną ? problematykę żydowską.

Powieść Olgi Tokarczuk jest utworem artystycznie złożonym i wysmakowanym. Strukturę i charakter tego dzieła najtrafniej określiła sama autorka w misternie wystylizowanym tekście szczodrze rozwiniętego podtytułu. Oto wierny zapis owego tekstu, lekceważąco pomijanego w większości dotychczasowych recenzyjnych i informacyjnych odnotowań, a wypełniającego bez reszty kartę tytułową:
Księgi Jakubowe albo Wielka podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych. Opowiadana przez zmarłych, a przez Autorkę dopełniona metodą KONIEKTURY, z wielu rozmaitych KSIĄG zaczerpnięta, a także wspomożona IMAGINACJĄ, która to jest największym naturalnym DAREM człowieka. Mądrym dla Memoryału, Kompatriotom dla Refleksji, Laikom dla Nauki, Melancholikom zaś dla Rozrywki.

W dziedzinę powieściopisarstwa historycznego wkracza autorka nie po raz pierwszy, rzecz jasna, ale tym razem z programem artystycznym zakrojonym na tle naszego piśmiennictwa tego typu najśmielej od czasu eksperymentów Teodora Parnickiego (z powieścią ?historyczno-fantastyczną? oraz z literaturą absurdu historycznego). W warstwie narracyjnej Księgi Jakubowe Olgi Tokarczuk są wprawdzie sprawdzoną już dokładnie parafrazą powieści oświeceniowej (typu Tobiasza Smoletta), ale skala objętych tą powieścią obszarów obyczajowości, kultury intelektualnej i duchowej, a także po prostu obszarów geograficznych (i geopolitycznych), na których toczyły się i rozstrzygały przedstawiane w tym utworze procesy, czyni z tego utworu dzieło o niepospolitej randze epickiej.

Nadaje to szczególną siłę oddziaływania przedstawionej w tym dziele problematyce. Po raz bodaj pierwszy w naszym piśmiennictwie zyskuje ona w ujęciu Olgi Tokarczuk już nie kolejne powielenie konwencjonalnych matryc powieści ? jeśli tak można powiedzieć ? etnograficznej ? relacji o środowiskach przez długie wieki niemal egzotycznych (w rodzaju Chaty za wsią Kraszewskiego i Meira Ezofowicza Orzeszkowej) czy też wypełnionych szlachetnym współczuciem, dydaktycznych opowieści piętnujących antysemickie pogromamy (w rodzaju Mendla gdańskiego Marii Konopnickiej). Nie jest to już także podniosły, ale przecież nazbyt odświętny i obrządkowy akt uznania współtwórczego udziału wybitnych przedstawicieli owych środowisk w tworzenie narodowej kultury politycznej, jakim był koncert Jankiela w Panu Tadeuszu. Nie jest to też oczywiście kontynuacja na pozór obiektywnej relacji społeczno-obyczajowej, w jakiej pobrzmiewają jednak żywe, a co najważniejsze, z pewnością w pełni uświadamiane sobie przez autorów echa powszechnie krążących ksenofobicznych przesadów i uprzedzeń. (Dla przykładu: Reymont nawet nie próbował zdystansować się od nich w Ziemi obiecanej, co w swym filmie wiernie odtworzył Andrzej Wajda). Nie muszę oczywiście dodawać, że powieść Olgi Tokarczuk jest biegunowo przeciwstawna żydożerczym paszkwilom ujmowanym w formy literackie, którym to quasi-artystycznym emanacjom plemiennej nienawiści dał początek Józef Weissenhoff swym pół- grafomańskim powieścidłem Hetmani (1911).

Napisana starannie archaizowanym językiem, wywiedzionym ze słownej ekspresji prozy i poezji polskiej drugiej połowy XVIII stulecia, powieść Olgi Tokarczuk kreśli dzieje odnowicielsko-asymilatorskiego ruchu tzw. frankistów ? od nazwiska jego założyciela, Jakuba Franka (1726?1791) ? jaki zrodził się i rozwinął w połowie tegoż wieku na rozległych terenach ówczesnego sułtanatu konstantynopolskiego, a głównie na tzw. kresach wschodnich ówczesnej Rzeczypospolitej, z których wywodził się owego ruchu założyciel. Źródłem inspiracji stała się dlań myśl mistyka judaistycznego Sabataja Cwiego (1626?1676), próbującego stworzyć swoistą syntezę mozaizmu z islamem (w czym miewał poprzedników), a także z chrystianizmem, w jego wersji ortodoksyjnej, wschodniej. Frank przesunął punkt ciężkości swych koncepcji ku chrystianizmowi rzymskiemu, w jego wcieleniu ?polonusowym?. U korzeni tych poszukiwań tkwiło pragnienie zdobycia w ten sposób statusu współgospodarza dla środowisk żydowskich w olbrzymim (jeszcze przed rozbiorami) kraju, uzyskania dla tych środowisk usankcjonowanego prawem statusu stałych mieszkańców jego terytorium upoważnionych do współwłodarzenia nim.

Chwila mogła wydawać się po temu sposobna: olbrzymi obszar naszego owoczesnego tworu państwowego (powtarzam: przed zaborami!) pozostawał był w większości słabo zaludniony, tedy przed jego infrastrukturą handlową i wytwórczą zdawały się otwierać nieograniczone wręcz możliwości. Stąd niejakie zainteresowanie warstw uprzywilejowanych zasileniem gospodarki kraju elementem ludzkim o przysłowiowej już wtedy ?obrotności?, zapowiadające powiększenie zysków tych, którzy je dotychczas uzyskiwali; nie było podstaw po temu, by się lękać zwiększenia takiej produktywności. Liczne więc rody szlacheckie dzieliły się godłami herbowymi z osobnikami ?nawróconymi? na chrześcijaństwo (potocznie nazywano ich ?przechrztami? ? przeobrażenia te odezwały się później sarkastycznym echem w ?chórze przechsztów? w Nieboskiej komedii Zygmunta Krasińskiego); małżeństwa ?mieszane? zaś zawierano seriami (oczywiście pod warunkiem, że nowo pobierający się wyznawali wspólną już obu stronom religię ? i oczywiście być to musiała religia panująca).

Wszystko to jednak dokonywało się na niejako ?wyższym piętrze? ? arystokratycznym, lub co najmniej na pół-piętrze ? zajmowanym przez zamożną szlachtę lub zasobne mieszczaństwo; niżej, w sferze ?gminu?, nie było już miejsca na takie wyrachowane strategie społeczne. Pewien nie zasługujący na lekceważenie wkład wnosiła w ożywianie resentymentów plemiennych i rozpalanie ostracyznu religijnego parafialna kadra duchowieństwa rekrutująca się głównie z ?gminu? właśnie. A do tego dochodził czynnie sprawowany terror dyktowany zabobonami, bynajmniej przez obrządkową religijność nie wygaszanymi ? przeciwnie: zdarzało się przecież jeszcze do niedawna spotykać lokalne pogromy dokonywane w ramach obrządków wielkopiątkowych i wywoływane zbożną chęcią pomszczenia ?zdrady Judasza?. W powieści Tokarczuk znajdujemy przykład tego zjawiska w postaci zainspirowanego przez biskupa Sołtyka pogromu antyżydowskiego, sprowokowanego przezeń dla zamaskowania przerastających jego możliwości finansowe długów karcianych (zaciągniętych u żydowskich kupców). Ówże biskup-hazardzista w kilka lat później, awansowany na arcybiskupa krakowskiego, stał się jednym z celebrantów seryjnego chrzczenia nawróconych na chrześcijaństwo.

Większość tych celebrantów nie zajmowała się bynajmniej kwestiami teologicznymi wynikającymi z pojawienia się dość licznej grupy nowo zwerbowanych wyznawców, którzy w znacznym stopniu dochowywali wierności swym religijnym tradycjom, językowi rodzimemu i rodzimej obyczajowości. W tym planie powieść Olgi Tokarczuk zdaje się wypełniać puste dotychczas miejsce w polskiej literaturze ? jeśli tak to można określić ? ?religioznawczej?, skądinąd w ogóle nader ubogiej intelektualnie, wypełnionej naiwną hagiografią, od czasów porozbiorowych zaprawioną potężną dawką cierpiętniczego patriotyzmu. Mistyka ?starotestamentowa? nie zyskiwała w tym piśmiennictwie nawet śladowego zainteresowania badawczego. Tokarczuk podjęła tedy wręcz pionierski wysiłek zobrazowania tego nurtu myśli i uczuciowości religijnych uprawianych na naszych ziemiach przez stulecia. W jej ujęciu mozaistyczna doktryna religijna, będąca istotnym dziedzictwem ruchu frankistowskiego, była nie tylko ważnym memento przed wkradającym się w monoteistyczną z założenia doktrynę chrześcijańską, zwłaszcza u nas zadziwiająco żywotnych remanentów politeizmu, lecz także przykładem mistycyzmu w o wiele wyższym stopniu uduchowionego od powszechnej u nas (i wtedy, i dziś) religijności obrzędowej. W końcu, nad tę powszechną powierzchowną paplaninę katechizmową w dziedzinie kultury piśmienniczej utrwaliło się kilka zaledwie osobowości wyróżniających się autentyczną, pogłębioną duchowością: Ładysław z Gielniowa, Kazimierz Jagiellończyk (nie, nie ten oczywiście, który został królem, ale zmarły młodo autor łacińskiego pienia Omni diae / Dic Mariae/ Mea laudens /Anima, w polskim przekładzie zbanalizowanego do granic możliwości: Już od rana/ Rozśpiewana/ Chwal o duszo/ Maryję/ Cześć jej świątkom....). Może należało by dodać do tej króciutkiej listy jeszcze wytrawnego mistrza słowa poetyckiego, Franciszka Karpińskiego ? autora iskrzącej się wspaniałymi oksymoronami kolędy Bóg się rodzi /Moc truchleje/ Pan niebiosów obnażony/ Ogień krzepnie/ Blask ciemnieje/ Ma granice nieskończony...

Wróćmy jeszcze na chwilę do mistycyzmu mozaistycznego, pojmowanego i praktykowanego przez frankistów na miarę ich obyczajowości i horyzontów myślowych. Był ich mistycyzm w stopniu o wiele większym od mistycyzmu polskich chrześcijan osadzony w psychofizycznej strukturze człowieka; w końcu, u jego źródeł znajdujemy Salomonową Pieśń nad pieśniami. Frankiści ? wedle zachowanych dokumentów ? nie uznawali taboo ani granic obcowania seksualnego, co budziło w dookolnych kręgach ludzkich zarówno potępienie (zapewne w wielu wypadkach podszyte zazdrością!) jak i namiętną zawiść. Tu i ówdzie, tędy i owędy starano się więc iść w ich ślady, co mogło zresztą nieco sublimować naszą rodzimą obyczajowość seksualną, obfitującą w gwałty, wymuszenia i grubiańskie zabiegi uwodzicielskie, dziś nazywane molestowaniem. W powieściowej wizji Olgi Tokarczuk, życie seksualne frankistów cechowało się spontanicznością i przyjazną dobrowolnością z obu stron.

Może wiec ta księga o Wielkiej podróży, jaką podjęła Olga Tokarczuk w głąb najmniej zbadanych regionów naszej przeszłości, zdoła wydłużyć i poszerzyć perspektywy naszego widzenia i pojmowania tej przeszłości?
 
 
Res Humana nr 5/2015, s. 28-30