Relacje native speakera

Autor: Wacław Sadkowski
 
 
Wiesław Łuka, Nie oświadczam się, Warszawa 2014, s. 281 nlb. 1.

Ten reportaż wszedł do kanonu najcenniejszych ? i najcelniejszych ? dokonań reportażu prasowego w Polsce w drugiej połowie wieku XX. Pozycję tę utwierdza jego obecność w wydanej również w zeszłym roku monumentalnej antologii reportażu polskiego.

Zbiór relacji reportażowych Wiesława Łuki pod intrygującym tytułem Nie oświadczam się składa się z kilku powstałych w różnym czasie tekstów. Trzon książki stanowi ?reportaż-matka?: powstała przed trzydziestu kilku laty obszerna relacja z miejsca wyjątkowo nikczemnie uknutego i okrutnego mordu na trojgu istnień ludzkich (i płodzie noszonym w łonie jednej z tych istot) oraz wytoczonego jego sprawcom procesu (rozsławionego wówczas jako ?sprawa połaniecka?). Swoistą kontynuacją tego trzonu jest seria reporterskich zapisków zarówno z własnych, późniejszych ?wizji lokalnych? dokonywanych przez autora w toku kolejnych lat, jak i z dalszych postępowań prawnych, aż po ich finał. W trakcie swych wypraw autor odbywał niezmiernie znamienne rozmowy z uczestnikami przedstawianych wydarzeń, jak też sporządzał systematyczne sprawozdania z kilku kolejnych rozpraw sądowych mających na celu ustalenie sprawców tej wyjątkowo bestialskiej zbrodni oraz wymierzenie im sprawiedliwości. Udało się to osiągnąć dopiero po kilku kolejnych sądowych orzeczeniach, odrzucających uporczywie składane przez sprawców mordu odwołania. Cały zaś stworzony w ich toku przez reportera zapis owych wytrwałych i zarazem dramatycznych postępowań sądowych stworzył wyjątkowo sposobną okazję po temu, by podjąć próbę docieczenia szczególnych cech mistrzostwa reporterskiego Wiesława Łuki i głównej przyczyny niepospolitego sukcesu jego książki.

Morderstwo opisane przez Łukę cechowało się doprawdy wyjątkową nikczemnością; popełniono je ? w imię małostkowej zemsty ? w noc wigilijną, w trakcie powrotu grona bliskich znajomych (częściowo wzajemnie spokrewnionych lub spowinowaconych) perfidnie podstawionym (?zorganizowanym?) autobusem do rodzinnej wsi, z pasterki, odbytej w sąsiedniej, parafialnej miejscowości. Autobus zatrzymał się w przydrożnym lesie, ofiary wyciągnięto podstępem i przemocą, kilku oprawców zabiło najpierw mężczyzn, a następnie żonę jednego z nich (która próbowała ratować się ucieczką ? trzeba ją było dogonić, a po zadaniu kilku zbójeckich ciosów wytrwale dobijać). Zwłoki ułożono tak, by upozorować wypadek samochodowy. Wszystko to dawało się widzieć pozostałym w autobusie uczestnikom bożonarodzeniowej mszy powracającym w domowe pielesze. Ale przypatrywali się tej zbrodni tylko niektórzy z nich, a i to czynili nie nazbyt uważnie ? zachowanie grupy pozostałych w autobusie objąć można biblijną formułą: wszyscy byli odwróceni. Po dokonaniu tego mordu zaś wszyscy pasażerowie tego autobusu składali jakieś magiczne przysięgi zobowiązujące do zachowania całej sekwencji tych wydarzeń w bezwzględnej tajemnicy; umacniać ich w tej osobliwej dyskrecji miały dość szczodre datki pieniężne wręczane w trakcie tych dziwnych obrządków, mieszających zabobony iście pogańskie z zakrystyjnymi formułkami słownymi.

Tylko kilka osób z otoczenia zamordowanych (w tym wyjątkowo wrażliwy i prawy chłopiec ? ?małolat?) odważało się w dalszym toku wydarzeń dawać świadectwo prawdzie. Absolutna większość świadków popełnianego zabójstwa (przede wszystkim zaś jego wykonawcy) zapierała się wszystkiego. Dopiero w toku paroletnich dochodzeń ludzie ci, przyparci do muru nie dającymi się odeprzeć dowodami uzyskanymi w wyniku wnikliwego śledztwa i krzyżowych przesłuchań, bąkali nieskładnie, że nie zdawali sobie sprawy z tego, co się dzieje, nie dosłyszeli rozpaczliwego wzywania pomocy przez dobijaną kobietę, nie zorientowali się, po co właściwie autobus zatrzymał się w środku lasu na dłuższą chwilę. I właśnie w toku tych wykrętnych tłumaczeń podsuniętą im przez wynajętych przez sprawców zbrodni obrońców ?samoobronną? formułkę prawniczą przekształcili na swój sposób w absurdalną zbitkę frazeologiczną (wykorzystaną przez reportażystę jako tytuł dla jego książki). Po wyjściu z sądu zaś przez całe lata tłumaczyli się, że przyznanie się do prawdy perfidnie na nich wymuszono.

I otóż ten proces trwania w zakłamaniu, a w wielu wypadkach w samozakłamaniu, Wiesław Łuka uchwycił z przejmującą, chciało by się powiedzieć ? powalającą wyrazistością. Punktem wyjścia jest dlań możliwie jak najściślejsze odtworzenie przebiegu wydarzeń na podstawie właśnie owych relacji wydzieranych w toku przesłuchań z uczestników owej potwornej pielgrzymki ?pasterkowej? oraz uzyskiwanych przez reportera w toku wiedzionych z nimi rozmów. Pierwszym jego niebywałym osiągnięciem reporterskim jest nakreślenie nieodparcie prawdziwego obrazu tych wstrząsających zbrodniczych wydarzeń. Dowiódł nim Łuka swego talentu pisarskiego, mistrzostwa wstrzemięźliwego w operowaniu słowem podatnym przecież na emocjonalną egzaltację; on strzegł się jej konsekwentnie, posługując się rygorystycznym nazewnictwem sprawozdawczym, umożliwiającym czytelnikowi niemal dotykowe poznawanie rzeczywistego przebiegu i kształtu wydarzeń. Autentyzm relacji Łuki daje się porównać z najbardziej przejmującymi świadectwami ludobójczego okrucieństwa doby wojennej, jakie wystawiła literatura polska, piórami Nałkowskiej (Medaliony), Buczkowskiego (Czarny potok), Borowskiego (Pożegnanie z Marią).

Z drugiej zaś strony owe systematycznie ponawiane przez reportera ?wizje lokalne?, a przede wszystkim prowadzone w ich trakcie jego rozmowy z dramatis personae, pozwalają odkryć drugi jeszcze atut jego reporterskiego rzemiosła: sposób przeprowadzania owych rozmów, język, w jakim są prowadzone. Pokrewne gatunkowo doniesienia reporterskie o najstraszliwszych zbrodniach popełnionych w Polsce w toku XX stulecia ? i to opowieści najwyższej klasy pisarskiej ? spisywały indagacje prowadzone przez przybyszów z zewnątrz, z innego jakby, normalnego świata i odnotowywały ? nawet jeśli programowo odcinały się od wszelkich uprzedzeń i wyrokowania z góry. W sposobie formułowania ich relacji tkwił pewien dystans, jaki odczuwamy w stosunku do środowiska egzotycznego, owe szczególne pochylenie badawcze nad zjawiskiem dla nas niepowszednim, skansenowym, wymagającym niejako etnograficznego przebadania, niekiedy wręcz dekodowania języka używanego przez świadków i uczestników wydarzeń objętych reporterską narracją. Nawet jeśli reporter powstrzymuje się przed ocenianiem lub choćby tylko wartościowaniem wydarzeń i zachowań ludzkich, tłumacząc wysłuchane wypowiedzi ich uczestników na swój język dokonuje wartościującej interpretacji owych zasłyszeń. Klasycznym przykładem owej transmutacji może być słynny, klasyczny reportaż Ksawerego Pruszyńskiego z Przytyku ? miasteczka pod Radomiem, w którym w latach trzydziestych zeszłego wieku dokonano głośnego w owym czasie pogromu antysemickiego.

Reportaż Łuki jest od takiego zdystansowania najzupełniej wolny. Język jego relacji jest absolutnie przejrzysty w swej naturalności, jest ? jeśli można się tak wyrazić ? rdzennie autentyczny. Do ludzi mówiących jakimś językiem bez akcentu zaliczają się najczęściej osoby wychowane w danym środowisku językowym ? określamy je angielskim terminem native speaker. I kimś właśnie takim jest wobec swych rozmówców autor omawianego reportażu. Nie jest przez nich postrzegany jako ktoś obcy, przybyły z innego świata. Nawet jeśli budzi w nich zaniepokojenie, nasuwa pytanie, po co właściwie przyjechał i po co wdaje się w rozmowy z uczestnikami tych zgroźliwych zdarzeń, nawiązanie kontaktu słownego z nim przychodzi im łatwo, wpadają nieraz w ton gawędziarski. Oczywiście, są nadal czujni, kontrolują swe wypowiedzi, ale nie odsłaniają się (nie ?oświadczają?!) przed nim.

On sam zaś nie musi przestrajać się na modłę językową rozmówców, ani też wmyślać się w podteksty wypowiadanych przez nich wyrażeń, dekodować używanych przez nich idiomów, nie musi się mozolnie domyślać niedomówień ? odsłania je niejako w biegu. Ale w toku rozmowy nie komentuje w żadnej formie tego czego wysłuchuje, wyrzeka się wszelkiego osądzania, a zwłaszcza przygważdżania niekonsekwencji, wewnętrznych sprzeczności w wywodach rozmówcy ? wystarcza, że je dosłyszał i odnotował: czytelnik musi sam się w nie wmyśleć. Reportażysta nie może wyjść z roli medium ? groziło by to utratą i tak nader ograniczonego zaufania, jakim obdarzają go rozmówcy, podchodzący uważnie (by nie powiedzieć: podejrzliwie) także do siebie nawzajem. A w gruncie rzeczy w tenże sam sposób traktujących siebie samych: jednym z najciekawszych tropów dających się odszukać w reportażu Luki jest podchwycona w nim najczęściej podświadoma, ale niezmiennie wytrwała dążność osób czyniących reportażyście zwierzenia do umocnienia się w wierze w prawdziwość składanych mu wyznań, czyli przekonania samych siebie o szczerości wykalkulowanych zeznań. Można by więc zastosować wobec tych wynurzeń strawestowaną lekko maksymę Woltera: Kłamcie, kłamcie, coś z tego co wymyślacie w jakiś sposób nawet w was samych zostanie.

I ta właśnie cecha omawianego reportażu (zatytułowanego ? jak się okazuje ? z zaskakującą wieloznacznością) nadaje mu porażającą moc przekonywania o jego niczym nie zamąconej, w żaden sposób nie retuszowanej prawdziwości. Stworzony przez Wiesława Łukę obraz zarówno zbrodni samej, jak i owych, nader mozolnych, kilkunastoletnich dochodzeń ukazujących jej sprawców i jej świadków, ma wymowę wręcz porażającą. Oto w Polsce, w samym jej geograficznym sercu, w regionie, który ludziom oczytanym musi się kojarzyć z nazwiskiem bohaterów programowo moralistycznej w założeniu, a najgłębiej antymoralnej w wymowie powieści ?późnego Sienkiewicza? (na wszelki wypadek przypominam: chodzi o Rodzinę Połanieckich, w której zaraz po jej pojawieniu się Stanisław Brzozowski odsłonił istotę etycznego zakłamania), w drugiej połowie XX wieku, dokonano w noc wigilijną, w obecności kilkudziesięciu świadków, bestialskiej zbrodni na kilkorgu osobach ludzkich (jedna z nich ? przypominam! ? spodziewa się dziecka) ? a zagorzali obrońcy społeczeństwa przed ?cywilizacją śmierci? milczą. Proboszcz kościoła, z którego wyruszył w tę ?cichą, świętą noc? podkradzionym autobusem morderczy korowód, wybąkuje reporterowi kilka katechizmowych banałów, a wieść o tej wstrząsającej kaźni ? która dzięki relacjom prasowym i telewizyjnym obiegła cały kraj ? nie zmniejszyła po dzień dzisiejszy w najmniejszym stopniu pewności siebie rzecznikom tysiącletniej chrystianizacji Polski, mającej wedle nich ?odmienić oblicze tej ziemi?.

Tę właśnie okoliczność wypadało by przemyśleć rzetelnie i z zalecaną przecież nawet w katechizmowych poradnikach ?jak żyć? skromnością. Połaniecka zbrodnia nie jest jedyną plamą na sumieniu kościelnej zbiorowości; co jakiś czas wstrząsają opinię publiczną noworodki zakonserwowane w słoikach, ustawionych obok marynat i kompotów w domowych piwniczkach, dzieci zatłuczone na śmierć (swoistą ?okolicznością łagodzącą? bywa w doniesieniach o takich zbrodniach skrupulatnie odnotowywany fakt, że dopuścił się którejś z nich konkubent) lub podrzucane ? od wieków przecież ? w mniej dostępnych miejscach. Słyszymy wtedy, że przecież ?zawsze takie zdarzenia miały miejsce?; przychodzi mi wtedy na pamięć jeden z wczesnych wierszy Leopolda Staffa zamknięty melancholijną kostatacją: ?Chłop się powiesił w opuszczonym młynie (Dziewczyna dziecko utopiła w stawie...?). Skąd się to zło bierze? Najdoskonalsze nawet komputery uwzględniają w swych obliczeniach tzw. Random Numbers (RN) ? przypadkowe pomyłki cyfrowe; trudno więc uniknąć tego, by w wielomilionowej zbiorowości ludzkiej nie trafiali się osobnicy z niekompletną (lub nadkompletną) liczbą chromosomów, cierpiący wskutek tego na jakieś dewiacje lub na tzw. moral insanity ? brak lub niedowład komórek mózgowych odpowiedzialnych za uczucia wyższe. Nie ma dowodów, które by potwierdzały, że we wspólnotach religijnych procent takich genetycznych upośledzeń jest wyższy; ale też i nic nie wskazuje na to, by środowiska takie były przed ich pojawianiem się lepiej zabezpieczone. Wszystkie zbiorowiska i skupiska ludzkie są w przynajmniej w równym stopniu na takie upośledzenia narażone.

Ale nie wszystkie równie skutecznie sobie z nimi radzą. W mentalności ludzi skatechizowanych od pokoleń tkwi głęboko zakodowane uprzedzenie przed ich otwartym traktowaniem. Podobnie rzecz się przedstawia z rozmaitymi dolegliwościami psychfizycznymi, trapiącymi ludzi; zamiast leczyć, tai się je i dławi w sobie, w swej wspólnocie rodzinnej, w swej wspólnocie kongregacyjnej. I to tłumaczy drugą potworną zbrodnię obciążającą konto moralne i społeczne środowiska, które nie tylko wygenerowało zbrodniarzy winnych opisanego w książce Łuki zbiorowego mordu, ale utrzymywało ich przez lata w zbójeckim sprzysiężeniu milczenia, w zrakowaciałej formie solidarności międzyludzkiej. Bo samym lękiem świadków zbrodni przed zemstą jej sprawców wytłumaczyć zobojętnienia na nią nie sposób.
 

Res Humana nr 3/2015, s. 32-34 i IV okł.