Po wyborach parlamentarnych
 
Profesor Jerzy J. Wiatr
 
 
Tegoroczne wybory do Sejmu i Senatu zmieniły sytuację polityczną w stopniu znacznie większym niż którekolwiek z poprzednich wyborów przeprowadzonych po 1989 roku. Wynika to z trzech przyczyn.

Pierwszą jest zdobycie przez Prawo i Sprawiedliwość całej władzy w państwie. Mając swojego prezydenta oraz bezwzględną większość w Sejmie i w Senacie partia ta jest w tak silnej pozycji, jakiej nie miał w Polsce nikt od czasów utracenia przez PZPR władzy. Nie jest to władza absolutna, gdyż PiS nie ma większości pozwalającej na zmianę konstytucji, a co za tym idzie funkcjonować będą konstytucyjne ograniczenia nakładane na partię rządzącą przez Trybunał Konstytucyjny, Rzecznika Praw Obywatelskich, niezależnego od rządu prokuratora generalnego (którego jednak można pozbawić tej pozycji przywracając funkcjonującą do 2010 roku zasadę, że prokuratorem generalnym jest minister sprawiedliwości). W piętnastu województwach władze samorządowe pozostają w ręku obecnej opozycji i to się zapewne nie zmieni przez najbliższe trzy lata, chyba że Prawo i Sprawiedliwość przeprowadzi ustawę skracającą kadencję wszystkich lub części samorządów wojewódzkich. Będą  działały ograniczenia wynikające z członkostwa w Unii Europejskiej a więc konieczność liczenia się z prawem unijnym i z dyrektywami Komisji Europejskiej. Jednak nawet uwzględniając te ograniczenia trzeba dostrzegać ogrom władzy znajdującej się w ręku tej partii i jej szefa ? faktycznego, choć nieformalnego, ?naczelnika państwa?.

Tę pozycję Prawo i Sprawiedliwość zawdzięcza nie tylko wzrostowi poparcia wyborców (5,71 mln w 2015 roku wobec 4,3 mln w roku 2011, 5,18 mln w roku 2007 i 3,19 mln w roku 2005), ale także temu, że w tym roku aż 17 procent wyborców oddało swe głosy na partie, które nie przekroczyły progu wyborczego. Dlatego  w tym roku 37.6 procent głosów zdobytych przez PiS dało tej partii większość absolutną w Sejmie, czego nie osiągnęli zwycięzcy poprzednich wyborów, nawet wtedy, gdy uzyskiwali wyższe procenty głosów. Zwycięska partia powinna jednak liczyć się z tym, że jej przeciwnicy (PO, Nowoczesna, Zjednoczona Lewica, PSL i Razem) zdobyli łącznie prawie 49% głosów. To nie ma wpływu na skład Sejmu i Senatu, ale odzwierciedla nastroje polityczne społeczeństwa.

Drugą przyczyną, dla której te wybory są tak ważne, to fakt, że położyły one (a także wcześniejsze wybory prezydenckie) kres dominacji Platformy Obywatelskiej, o której nie tak dawno twierdzono, że nie ma z kim przegrać. To nie jest tylko przegrana w wyborach. To jest początek zmierzchu tej formacji, która w różnych wcieleniach wpływała (także będąc w opozycji) na politykę polską w całym minionym ćwierćwieczu. Platforma Obywatelska przegrała nie tylko przez arogancję i błędy taktyczne. Przegrała przede wszystkim dlatego, że stała się partią tej części społeczeństwa, która ma powody do zadowolenia z efektów transformacji, i zapomniała o istnieniu innej części mającej  mniej lub bardziej słuszne powody, by czuć się zapomnianą i rozczarowaną. Nie jestem pewien, czy z kryzysu, w którym się znalazła, Platforma potrafi się z czasem wydobyć. By to osiągnąć, nie może po prostu liczyć na niepowodzenia PiS i wynikające z nich zmiany nastrojów. Musi sama gruntownie się zmienić, odrzucić wizerunek bezideowej ?partii władzy?, wypracować swoje oblicze ideowe konsekwentnie przeciwstawne prawicowej, nacjonalistycznej i klerykalnej narracji Prawa i Sprawiedliwości. Czy to okaże się możliwe? Nie wiem.

Trzecia wielka zmiana to klęska lewicy. Po raz pierwszy znalazła się ona poza Sejmem. Polska stała się jednym z bardzo nielicznych państw demokratycznych bez parlamentarnej reprezentacji lewicy. Prawie półtora miliona wyborców, którzy oddali głosy na Zjednoczoną Lewicę lub na partię Razem, nie ma swojej parlamentarnej reprezentacji. Oznacza to, że po raz pierwszy pojawia się tak znaczna opozycja pozaparlamentarna, która będzie o sobie dawała znać mobilizując społeczny opór wobec szkodliwych dla demokracji posunięć rządzących.

Klęska lewicy nie jest ? jak twierdzą niektórzy politycy i publicyści SLD ? skutkiem nawiązania koalicji z innymi ugrupowaniami. To prawda, że idąc do wyborów samotnie SLD zapewne przekroczyłby pięcioprocentowy próg i wprowadziłby do Sejmu swą reprezentację ? ale szczuplejszą niż poprzednia, która też była mniej liczna niż jej poprzedniczki z 2007 i 2005 roku. Odwrócenie tego trendu wymagało znacznie wcześniejszego stworzenia szerokiej koalicji lewicowej, wysunięcia nowych przywódców, a przede wszystkim uczciwego i intelektualnie dojrzałego ocenienia dotychczasowej drogi, która prowadziła od wielkich sukcesów do równie poważnej klęski. Tegoroczna klęska w wyborach prezydenckich i parlamentarnych nie spadła jak grom z jasnego nieba.

Spadek poparcia dla lewicy trwa nieprzerwanie od 2004 roku, gdy wybory do Parlamentu Europejskiego ukazały, jak dalece SLD roztrwonił wielkie poparcie zdobyte w poprzednich latach, w tym w wyborach 2001 roku. Politycy SLD (z niewielkimi wyjątkami) ignorowali liczne głosy lewicowych środowisk intelektualnych wskazujące na głębokie przyczyny tego stanu rzeczy. Próbowano poprawiać sytuację chwytami marketingowymi, niekiedy tak nieudanymi, jak wystawienie Magdaleny Ogórek w wyborach prezydenckich. Wymieniano przewodniczących (pięć razy w latach 2004?2011). Zarazem prowadzono niekończącą się wojnę z innymi ugrupowaniami lewicowymi, której echem są obecne pretensje części polityków SLD do partii Razem, że odebrała Zjednoczonej Lewicy parę procent głosów i tym samym pozbawiła ją miejsca w Sejmie.

Były oczywiście błędy taktyczne, które pogłębiły porażkę lewicy. Zbyt późno zawarto koalicję. Stworzono koalicję a nie wspólną partię, której łatwiej byłoby uzyskać dobry wynik. Niekonsekwentnie wysuwano na czoło młodych polityków dając im wprawdzie pierwsze miejsca w ważnych okręgach (w tym w stolicy), ale nie oddając w ich ręce kierownictwa partii. Wszystko to było konsekwencją niezrozumienia powagi sytuacji i wiary w to, że bardzo dobry wynik jest w zasięgu ręki. Przede wszystkim jednak nie poddano poważnej rewizji przesłania, z którym lewica poszła do wyborów. Hasła ekonomiczno-społeczne, choć na ogół słuszne, nie mogły porwać wyborców, bo podobne głosiło Prawo i Sprawiedliwość. Sprawa walki o świecki charakter państwa i prawa mniejszości, choć podnoszona, nie odgrywała centralnej roli, a postulat skorygowania zbyt radykalnie antyrosyjskiej polityki zagranicznej w ogóle nie był podnoszony.

Stało się i na nic nie zda się rozdrapywanie ran. Trzeba iść do przodu. Wzmacniać, a nie niszczyć, jedność lewicy. Nadać tej jedności jak najszybciej nowy kształt instytucjonalny. Oddać ster lewicowej partii w ręce młodych działaczy, wolnych od odpowiedzialności za błędy poprzednich kilkunastu lat. A przede wszystko pamiętać, że to, co się stało, nie jest kresem polskiej lewicy, lecz poważnym kryzysem, z którego może ona wyjść wzmocniona i gotowa do przyszłych zmagań.

Autor wypowiedzi jest wybitnym socjologiem polityki, długoletnim profesorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego; był posłem do Sejmu dwóch kadencji oraz ministrem Edukacji Narodowej w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza; jest redaktorem naczelnym ?Myśli Socjaldemokratycznej?.