Dramat nadziei
 
Autor: Zdzisław Słowik
 
 
Magdalena Grochowska, Strzelecki. Śladem nadziei, Wydawnictwo Świat Książki, seria Autorytety, Warszawa 2014, s. 637 +1nlb.

Zamysł napisania tej rozległej książki o Janie Strzeleckim, a wcześniej poświęconych innym wybitnym osobom Polski powojennej i tworzących już zbiór o randze edytorskiego wydarzenia, tak oto przedstawia sama Autorka:
?Napisałam tę książkę na przekor drapieżnym czasom. Niech Jan Strzelecki opowie nam o braterstwie i solidarności. O swej utopii lewicowo-humanistycznej.

Napisałam ją, by z postaw okresu PRL wydobyć odcienie szarości, wbrew dzisiejszym upodobaniom do krzywdzących kontrastów w obrazie tamtego świata i wbrew skłonnościom do potępień.

Los Strzeleckiego skupia dramatyczne wątki historii Polski w XX wieku, spośród których rozprawa z lewicą socjalistyczną należy do kluczowych. Opisując ten proces, pragnęłam odsłonić pasma biografii niesłusznie zapomnianych.

Napisałam tę książkę, by płaskiej twarzy współczesnego polskiego katolicyzmu przeciwstawić tę, która ujęła Strzeleckiego ? chrześcijańskiego personalizmu.

Poprzez namysł nad jego losem chciałam zapytać ? choć rzadko stawia się dziś takie pytanie ? o to, co nadaje sens ludzkiemu istnieniu.

To opowieść o ujarzmianiu. Upadaniu. I prostowaniu się człowieka?.

To zamysł i opowieść, przyznajmy, tyle ambitne, co interesujące nie tylko ukazaniem ?odcieni szarości?, ale całej gamy barw tamtych lat, tamtych wydarzeń, ludzi, tamtych klimatów.

Idźmy zatem tak wyznaczonym szlakiem, aby odnotować najpierw cztery części książki kolejno zatytułowane: Ikar, Syzyf, Hamlet i Doktor Rieux, cztery czytelne wcielenia jej bohatera, poprzez które i trzydzieści cztery zwięzłe rozdziały całości, wejść w wartki nurt opowieści o Janie Strzeleckim i jego czasach, na tyle wszelako silny, że rzadko pozwala na chwilę oddechu, refleksji a może i dyskusji z tym, co czytamy.

Może zacznijmy od dyskusji: wywołuje jej potrzebę nie meritum książki, nie jej język, budzący szacunek, nie jej wyważone sądy, udokumentowane benedyktyńskim trudem, lecz może jej konstrukcja czy struktura dzieła. Osią tej konstrukcji, jej głównym nurtem jest, oczywiście, osoba Jan Strzeleckiego: wszelako towarzyszą jej nurty poboczne, jakby ?dopływy? tej wielkiej rzeki, ale zarazem takie ?dopływy?, jak poświęcone dziełom Leszka Kołakowskiego czy francuskim chrześcijańskim personalistom, albo przypominające wydarzenia całego powojennego czasu, w którym żył i działał Strzelecki, że w tym fascynującym skądinąd ?tłoku? wydarzeń, spraw, ludzi i kwestii gubi się niekiedy jej główny bohater, gubią pytania i odpowiedzi, jego dotyczące. To zapewne pomysł literacko ciekawy, nawet intrygujący, lecz nieco dekoncentrujący uwagę od autora choćby kolejnych zbiorów jego esejów ? Kontynuacji czy Prób świadectwa.

Kończmy jednak ten wątek, aby wkroczyć w intelektualną i polityczną biografię autora Humanizmu socjalistycznego, książki wydanej w 1946 r., o której tezach wyrażono opinię, że pozostaną ?jednymi z najważniejszych momentów naszej historii intelektualnej? (Marcin Czerwiński), książki sumującej jego przemyślenia jeszcze sprzed wojny, lecz zarazem stanowiącej drogowskaz jego obecności w życiu naukowym i politycznym już po wojnie i powstaniu warszawskim, po jego gorzkim doświadczeniu tych dramatycznych wydarzeń i po zderzeniu się z realiami nowych powojennych czasów.

Wybór ideowy został dokonany: był to wybór wartości socjalistycznych w ich ludzkim wymiarze, wyrosłych z ich polskiego i europejskiego dziedzictwa, zwróconych ku społecznej sprawiedliwości, emancypacji klas dotąd zepchniętych na margines, które teraz muszą być podniesione z kolan w imię ludzkiej godności. ?Humanizm socjalistyczny ? pisał Jan Strzelecki ? to postawa wobec życia, tradycji i przyszłości. To dostrzeżenie ?sprawy ludzkiej? w sprawie robotniczej?. Ale to zarazem sprzeciw wobec socjalizmu etatystycznego, bez ?ludzkiej twarzy?, jego modelu, który wyłonił się w Polsce po wojnie, i który budził jego narastający niepokój.

W tym miejscu napotykamy bohatera tej opowieści w punktach kluczowych jego życia. To najpierw i przede wszystkim decyzja o nie opuszczaniu partii, tej jaką była, lecz kontynuowanie działalności w jej wnętrzu, do kwietnia 1979 r., kiedy go z niej usunięto. A wkrótce potem, przypomnijmy, nadeszły tragiczne wydarzenia na Wybrzeżu. One nim wstrząsnęły. Spotyka tam Tadeusza Kowalika, doradcę strajkujących i pacyfikowanych stoczniowców i napisze: ?Jesteśmy PO DRUGIEJ STRONIE. Przeszliśmy obszar panowania władzy, która chciała zbyt dużo, a umiała zbyt mało; stoimy przed nową przestrzenią, której zagospodarowanie będzie zaprzątało nas przez długi czas? (s. 535). Przestrzenią, w której była jego działalność z różnych strukturach opozycji demokratycznej, czas stanu wojennego i internowania. A także czas jego głośnych Prób świadectwa: w nich bowiem, odmiennie od Leszka Kołakowskiego, dowartościowującego w Obecności mitu religię, afirmuje braterstwo. Co więcej: potwierdza swoją wiarę ?w trajektorię humanistycznych horyzontów, socjalizmu i języka lewicy? (s. 465).

Swoistość dokonanego przez Jana Strzeleckiego wyboru polegała zarazem na odnalezieniu w chrześcijańskim personalizmie, już wspomnianym, sojusznika w realizacji swoich przekonań, swojej życiowej trajektorii. Pozostał do końca wierny tej drodze, z której narodziła się idea i praktyka dialogu ludzi światłego Kościoła z odważnymi przedstawicielami myśli socjalistycznej czy po prostu laickiej. Uczestniczył w tych inicjatywach do końca swojego życia. Jakże brakuje dziś, skonstatujmy, Jana Strzeleckiego czy Tadeusza Mazowieckiego, jakże brakuje osób takiego formatu, dziś zastąpionych przez wykrzywione twarze toruńskich mediów.

Wróćmy do książki. Odnajdujemy na jej kolejnych kartach głośne Niepokoje amerykańskie, książkę Jana Strzeleckiego opublikowaną w 1962 r. po jego wcześniejszym pobycie w Stanach Zjednoczonych, rozważania, ?będące krzykiem sprzeciwu wobec tyranii rynku i upodmiotowienia człowieka przez pieniądz? (s. 130).

?Wstrząsnęła nim ? czytamy Magdalenę Grochowską ? wizja duchowej pustki pośród nadmiaru posiadanych rzeczy. Bezwzględnej gry o sukces. Alienacji. Redukcji pojęcia sumienia?. Pisał potem na te tematy w kolejnych esejach ?Rozważanie ?kwestii ekonomicznej? nie jest kluczem do spełnienia człowieka?. Za Thorstenem Veblenem sądził, że ?Rynek buduje społeczną piramidę bogactwa o zhierarchizowanych warstwach, z których każda ma własne regulacje dotyczące ilości i sposobu konsumpcji?; i że po upadku komunizmu ? to za Tony Judtem ? Europa Wschodnia przeszła od represyjnego egalitaryzmu do nieskrępowanej chciwości?. Wyprzedził swój czas: wolno te myśli uznać za prekursorskie we współczesnej krytyce neoliberalizmu ekonomicznego, jego wynaturzeń, których dziś doświadcza świat i poddaje coraz śmielej surowej krytyce.

Był osobowością odmienną w swoich poglądach na temat religii, religijności i działalności Kościoła. Witał z szacunkiem encykliki Pawła VI Populorum progresio i Laborem exercens Jana Pawła II, dwa kościelne dokumenty definiujące społeczną naukę Kościoła, których treść przekonywała go o wartości swoich poglądów, podobnie jak wcześniej dzieła J. Maritaina i J. Mouniera, twórców chrześcijańskiego personalizmu. Z pewnością był człowiekiem wiary, lecz wiary podobnej do wiary dr Rieux z Camusowskiej Dżumy, który w zadżumionym mieście służył ludziom bez odwoływania się do transcendencji (?Nie mam upodobania do świętości ? mówił dr Rieux. Obchodzi mnie, żeby być człowiekiem?).

Pozostał Jan Strzelecki takim do końca swojego życia, które przekraczał często w odosobnieniu i ciszy, dla wielu często niezrozumiałym, a zarazem życia pełnego godności i niezwykłego dzieła. Nikt nie sądził, że zakończy się ono tak dramatycznie owej nocy na warszawskiej Wisłostradzie 30 czerwca 1979 r., z rąk dwóch zbirów, którym ? jak innym ? ufał, że nie będą zdolni odebrać mu życia, poza skromną pensją pracownika naukowego Polskiej Akademii Nauk. Ale oni go zakatowali na śmierć.

Zabijając Jana Strzeleckiego zabili nadzieję. Wielką nadzieję już spełnioną, ale wciąż daleką od jej końca.
 

Res Humana nr 3/2015, s. 19-21